0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot . Robert Kowalewski / Agencja Wyborcza.plFot . Robert Kowalew...

Ministra edukacji Barbara Nowacka jest gotowa na kolejne ustępstwa ws. edukacji zdrowotnej, o ile będą „poważne i rozsądne”. Taką deklarację polityczka Koalicji Obywatelskiej złożyła we wtorek 20 stycznia na antenie Radia Zet.

Ministra edukacji zasugerowała, że część treści z programu mogłaby być nieobowiązkowa, zgrupowana w jednym dodatkowym bloku. I choć Nowacka nie chciała powiedzieć wprost, o którą część programu chodzi, to wiadomo, że od początku punktem spornym jest edukacja seksualna.

Przeczytaj także:

„Jesteśmy otwarci na dialog z każdym, żeby wprowadzić ten przedmiot” – powiedziała szefowa resortu edukacji.

21 stycznia w wywiadzie dla Interii Nowacka przekonywała, że nie chodzi o ustępstwa wobec prawicy.

„Potrzebna jest decyzja polityczna. Tu akurat nie jest potrzebny podpis prezydenta, wystarczy rozporządzenie. Potrzebujemy więc zgody społecznej” – mówiła ministra edukacji.

Do rozmów MEN w pierwszej kolejności zaprasza Naczelną Izbę Lekarską, organizacje społeczne i organizacje pacjentów.

„Złości mnie, że w kontekście tego przedmiotu z rozsądkiem i wiedzą mogłyby wygrać kłamstwa, kołtuństwo i półprawdy. Widzę, że kwestie zdrowia stają się dla prawicy nowym gender. Kto budował się na zaprzeczaniu pandemii? To są dokładnie ci sami ludzie, którzy protestowali przeciwko edukacji zdrowotnej. Widać pole politycznego sporu. Ale czy po pół roku funkcjonowania tego dobrego przedmiotu dzieci mają być zakładnikami tego konfliktu? Zależy mi na tym przedmiocie. Bardzo” – dodała Nowacka.

Klęska nowego przedmiotu

Przypomnijmy, że we wrześniu 2025 roku edukacja zdrowotna w planie lekcji zastąpiła wychowanie do życia w rodzinie. To nie było tylko zerwanie z katolicką doktryną nauczania o seksualności w polskiej szkole. Edukacja zdrowotna, obok rzetelnych informacji o rozwoju psychoseksualnym dzieci i młodzieży, dostarcza uczniom wiedzy na temat zdrowia psychicznego, higieny cyfrowej i bezpieczeństwa w sieci, zdrowego odżywiania, zapobiegania uzależnieniom czy walorów aktywności fizycznej.

Mimo to prawica i kościół oprotestowały wprowadzenie przedmiotu do szkół. Rządowi zarzucali, że chce demoralizować uczniów i działa wbrew Konstytucji, odbierając rodzicom prawo do wychowywania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami.

Przedmiot miał być obowiązkowy, ale w styczniu 2025 roku ministra Nowacka ugięła się przed konserwatywną agendą i głosami własnego obozu politycznego. PSL i Koalicja Obywatelska nie chciały kolejnej awantury o „seksualizację dzieci” w trakcie kampanii prezydenckiej. Uniki nie przyniosły żadnych zysków politycznych Rafałowi Trzaskowskiemu, a cały manewr tylko zaszkodził szkołom, wprowadzając jeszcze więcej chaosu.

Od sierpnia 2025 Episkopat, organizacje pokroju Ordo Iuris, politycy PiS i Konfederacji ze zdwojoną siłą prowadziły akcję zniechęcającą rodziców i uczniów do przedmiotu, który w ich opinii jest „ideologiczny”, „łamie dzieciom sumienia”, „niszczy rodziny” i zachęca młodych do „odrzucenia swojej kobiecość i męskości”.

Konflikt z mediów przeniósł się na szkolne korytarze.

Jak mówili nam uczniowie liceów, szkoły w obawie przed protestami informowały o nowym przedmiocie jak najmniej albo wcale. W mniejszych miejscowościach nauczycielki edukacji zdrowotnej czuły się zaszczute, obwiniane przez lokalną społeczność, że będą deprawować młodych.

W planie lekcji przedmiot nieobowiązkowy siłą rzeczy znalazł się na pierwszych lub ostatnich godzinach. Nie wszyscy ufali też, że nauczyciel w-f, czy katechetka, którzy wcześniej uczyli wychowania do życia w rodzinie, w rok wyedukowali się wystarczająco, żeby prowadzić nowy przedmiot.

Efekt? Według danych MEN na edukację zdrowotną chodzi mniej niż co trzeci uprawniony uczeń i uczennica.

  • W szkołach podstawowych, gdzie decydują głównie rodzice, frekwencja wynosi 40,36 proc.,
  • w liceach ogólnokształcących już tylko 10 proc.

Niektórych odstraszyła nagonka, co widać po dysproporcjach regionalnych – w bastionach prawicy np. województwie podkarpackim frekwencja wyniosła zaledwie 17,19 proc. Dla porównania w Wielkopolsce było to dwa razy więcej – 38,59 proc.

Większość zrezygnowała jednak ze względów praktycznych.

„Liceum jest dość obciążające. Trudno traktować poważnie przedmiot, który miał być obowiązkowy, ale ze względów politycznych nie jest. Nikt nas z niego nie rozlicza, nie ma ocen, żadnych zysków lub strat do średniej. Kluczowe jest, czy ktoś ma czas, czy nie” – mówił nam Jakub Juszczak, uczeń LO nr XVI we Wrocławiu.

To była oczywista porażka resortu edukacji. Edukacja zdrowotna nie dostała kredytu zaufania ani od rodziców, ani od młodzieży. Wystarczy powiedzieć, że w roku szkolnym 2019/2020 w lekcjach wychowania do życia w rodzinie uczestniczyło 50,3 proc. uprawnionych uczniów. Pięć lat później, w roku szkolnym 2024/2025 było to już tylko 33 proc. uprawnionych – nadal więcej niż w pierwszym roku edukacji zdrowotnej.

Wojna o sex-ed

Nowacka podkreśla, że nie czeka na akceptację prezydenta Nawrockiego, bo zmiany zamierza wprowadzić rozporządzeniami.

Przypomnijmy, że Karol Nawrocki razem z ekspertami pracuje nad własnym pomysłem edukacji zdrowotnej. Prezydent chce, żeby przedmiot w szkołach był obowiązkowy, ale „bez elementów ideologicznych”.

Nowacka mówi, że potrzebuje poparcia społecznego i politycznej decyzji. To pierwsze to wytrych, którego używają politycy zawsze, gdy nie mają tego drugiego.

Społeczne poparcie najłatwiej budować konsekwentną i mądrą polityką – a o to trudno, skoro resort najpierw ogłosił, że wprowadzi obowiązkowy przedmiot, a potem, wbrew opiniom ekspertów i odpowiadając na doraźne potrzeby polityczne oraz panikę moralną, zdecydował, żeby obecność na lekcjach była dobrowolna.

Jeśli wprowadza się zmiany w tak wrażliwym obszarze jak edukacja, trzeba być ich zagorzałym fanem i najwierniejszym obrońcą. I tu wracamy do drugiego warunku wprowadzenia edukacji zdrowotnej do szkół jako przedmiotu obowiązkowego.

Do przeforsowania tej zmiany może nie potrzeba prawicy, ale niezbędne jest poparcie własnego obozu politycznego. A tu hamulcowymi są zarówno PSL, jak i sam premier.

Ministra Nowacka od miesięcy ubolewa nad tym, jak o przedmiocie opowiada prawica, ale warto przypomnieć, że to Donald Tusk w publicznych wypowiedziach zrównywał edukację zdrowotną z edukacją seksualną, dając do zrozumienia, że tej drugiej nie jest entuzjastą.

W styczniu 2025 roku mówił wprost, że to zrozumiałe, że temat „budzi emocje” i wpisuje się w spór polityczny, i to przecież nie tylko w Polsce, ale i np. w USA. „Szczególnie ważne, na ile mają mieć wpływ rodzice, jakie treści powinna zawierać ta edukacja i na ile ma być obowiązkowa” – oceniał szef rządu.

I dodawał: „Uspokoję wszystkich, którzy protestowali: przedmiot będzie nieobowiązkowy, będzie to decyzja rodziców. Myślę, że będzie pozbawiony jakiejkolwiek ideologii, prawicowej czy lewicowej”.

W ten sposób rząd znów ugiął się przed prawicową agendą, zgodnie, z którą każda inna niż katolicka edukacja seksualna, to edukacja ideologiczna.

MEN twierdzi, że decyzje dotyczącego tego, które treści od września 2026 będą obowiązkowe, a które dobrowolne, nie zapadły, ale można być pewnym, że jeśli coś wyleci poza program, to będzie to moduł dotyczący zdrowia seksualnego.

A co w nim znajdziemy? Np. zapis, zgodnie z którym po odbyciu lekcji uczeń VII i VIII klasy:

  • omawia kryteria świadomej zgody;
  • identyfikuje elementy seksualizacji oraz presji związanej z podjęciem aktywności seksualnej obecne w mediach społecznościowych, środkach masowego przekazu, kulturze młodzieżowej oraz we własnym otoczeniu, a także wymienia sposoby przeciwdziałania im i radzenia sobie z nimi;
  • omawia elementy dojrzałego, świadomego i odpowiedzialnego przygotowania się do inicjacji seksualnej;
  • wymienia konsekwencje przedwczesnej inicjacji seksualnej.

Według ekspertów w takiej formie podstawa programowa chroni dzieci i młodzież, a nie naraża je na seksualizację. Tyle że merytoryczne argumenty nie odgrywają tu większej roli.

Edukacja zdrowotna to kolejna z rządowych obietnic, która nie spełnia się nie dlatego, że zmiany blokuje prawica, tylko dlatego, że rząd boi się paniki moralnej rozniecanej przez politycznych oponentów, a także sam ma niejednoznaczne zdanie w tej sprawie.

;
Na zdjęciu Anton Ambroziak
Anton Ambroziak

Rocznik ‘92. Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o migracjach, społeczności LGBT+, edukacji, polityce mieszkaniowej i sprawiedliwości społecznej. Członek n-ost - międzynarodowej sieci dziennikarzy dokumentujących sytuację w Europie Środkowo-Wschodniej. Gdy nie pisze, robi zdjęcia. Początkujący fotograf dokumentalny i społeczny. Zainteresowany antropologią wizualną grup marginalizowanych oraz starymi technikami fotograficznymi.

Komentarze