Bezpośrednio przed dotarciem pochodu miesięcznicy smoleńskiej pod Pałac Prezydencki na jezdnię wjeżdżają furgonetki, a pisowska straż wbiega z pięciometrowymi banerami, które separują prezesa Kaczyńskiego od kontr-demonstrantów. Wkrótce prezesa ochroni ustawa o zgromadzeniach, chyba, że Obywatele RP coś wymyślą

Sobota 10 marca, kontr-pikieta smoleńska. Obywatele RP organizują ją od roku i nikt, przynajmniej w Warszawie, lepiej tego nie robi. Najlepiej udało im się 10 stycznia.

Podczas miesięcznicy nr 81, Kaczyński bezradnie rozglądał się, gdy Obywatele skandowali „katastrofa to nie zamach”, a także „ręce precz od grobów” [chodziło o przymusowe ekshumacje ofiar katastrofy smoleńskiej].  „Smoleńscy” próbowali  ich zagłuszyć wołając „Jarosław, Jarosław”.

„Żadne działania, by się nam przeciwstawić nie pomogom – powiedział Kaczyński w nie radząc sobie z „ą” w wygłosie. – Zwyciężymy”. Ten okrzyk podjęły obie grupy demonstrantów.

To był przykład demokracji w działaniu, czyli realizacji prawa do wyrażania poglądów, zarówno Jarosława Kaczyńskiego, jak Obywateli RP. Jak przypomniał w opinii o ustawie PiS o zgromadzeniach Adam Bodnar, „zgromadzenia współtworzą demokratyczną opinię publiczną, dają obywatelom i obywatelkom możliwość wpływu na proces polityczny, umożliwiając krytykę i protest.

Należą do porządku demokracji bezpośredniej. Dlatego ustawodawca powinien wolność zgromadzeń publicznych chronić przed nadmiernymi, bezzasadnymi i instrumentalnymi ograniczeniami. A nie je tworzyć”.



Z demokracją bezpośrednią przy okazji miesięcznic już 10 marca były kłopoty, a będą jeszcze większe.

Miesięcznica nr 83 (10 marca)

Czas oczekiwania na nadejście pochodu z Jarosławem Kaczyńskim wypełniony jest narracją Obywateli RP. Dzięki dobremu nagłośnieniu treści pryncypialne, o łamaniu demokracji, przeplatają się z żartobliwymi, czasem szyderczymi, ale bez przekroczenia granicy, za którą zaczyna się chamski hejt.

Jest więc patetyczny gniew, ale też groteskowy żart… Wiodący mówca i lider Obywateli Paweł Kasprzak to wiecowy retor, zarazem radykalny i dowcipny. Obowiązuje żelazna zasada, że kiedy uczestnicy miesięcznicy oddają się modlitwie, Obywatele milczą. Kasprzak kilkakrotnie przypomina, że

„tym,  którzy za chwilę nadejdą, nie możemy odmawiać ludzkiej godności. Bo na przekonaniu, że każdy taką godność posiada, zasadza się cały obywatelski protest i żądanie respektowania prawa”.

Żadne z haseł, żaden ze skandowanych okrzyków, tej zasady nie łamie. Najostrzejszy jest prognostyk dla Kaczyńskiego „Będziesz siedział”, który oddaje nastroje, choć wielu prawników uznałoby za nieuzasadniony, bo prezes nie ponosi osobistej odpowiedzialności za decyzje swojej premier czy prezydenta.



Prezes dociera i mówi o łotrach

Wreszcie prezes nadciąga, otoczony wianuszkiem oficjeli, w tym, m.in. Szydło, Kuchciński, Karczewski, Błaszczak Macierewicz, Terlecki), ochroniarzy, a także górników w strojach galowych. Łapie mikrofon i wyzywa Obywateli dosadnie, bo od „łotrów”. Rozmija się też z faktami zarzucając kontrmanifestantom, że „grają ‚Odę do radości’, by uniemożliwić Polakom korzystanie z ich praw. To pokazuje to niebywałe oszustwo, z jakim mamy dzisiaj do czynienia”.

Rzecz w tym, że to „niebywałe oszustwo”, czyli „Odę”, odegrano nie pod Pałacem Prezydenckim, gdzie teoretycznie mogłaby przeszkadzać, ale wcześniej, po drodze smoleńskiego marszu z Katedry

Obywatele RP rok temu zaczynali w ósemkę. 10 marca na kontr-miesięcznicę przyszedł tysiąc-półtora, w pełnym wachlarzu wieku, z dominantą czterdziestolatków.

To znacznie (dwukrotnie?) liczniejsza grupa niż uczestnicy miesięcznicy, wliczając w to służby porządkowe, wspomnianych górników oraz imponujący zastęp urzędników państwowych i partyjnych. Tak, jakby kruszył się zapał wiernych  smoleńskiej religii, Rodziny Radia Maryja czy klubów „Gazety Polskiej”.



Policja broni „smoleńskich”

Zapewne chęć uniknięcia powtórki z 10 stycznia sprawia, że policja łamie prawo, blokując przed Obywatelami RP dwie trzecie (jeden z chodników i całą jezdnię) szerokości Krakowskiego Przedmieścia przed Pałacem Namiestnikowskim. Mimo tego, że  Obywatele mają urzędową zgodę na demonstrowanie pod Pałacem również na jezdni.

Policyjna blokada, wypróbowana już 10 lutego,  ma na celu:

  • nie dopuścić do sytuacji ze stycznia, gdy poseł Kaczyński musiał przepychać się wśród niechętnego tłumu, narażając się na prawie fizyczny kontakt z „komunistami i złodziejami”, a potem przekrzykiwać ich okrzyki;
  • zapobiec ewentualnym przepychankom między obiema grupami.

Zdecydowanie bardziej skłonni są do tego uczestnicy miesięcznicy smoleńskiej, co udowadniali czynem w czasach, gdy ich przewaga liczebna była miażdżąca.



Kurtyna z banerów pod Pałacem

Odseparowanie obu manifestacji idzie dalej.  Tuż przed dotarciem pochodu z Kaczyńskim na jezdnię Krakowskiego Przedmieścia wjeżdżają wielkie furgonetki, a pisowska straż porządkowa wbiega z gigantycznymi (wysokości 4-5 metrów) banerami-transparentami.  Sprawiają, że ani prezes Kaczyński nie widzi nikogo z kontr-demonstrantów, ani oni jego.

Powstają dwa osobne spektakle po obu stronach „żelaznej kurtyny”. Na stronę kontr-demonstracji docierają co prawda słowa, i puszczane z taśmy pieśni, ale na stronę prezesa, dobiega chyba tylko słaby szum z półtora tysiąca gardeł i dziesiątków wuwuzeli.

Dzieje się tak dlatego, że

PiS zawczasu montuje pod Pałacem głośniki i wzmacniacze takiej mocy, że sprzęt audio Obywateli RP nie ma w konfrontacji z nimi żadnych szans.

Prezes bez żadnych przeszkód wygłasza swoją mowę: „Ta furia, ta nienawiść, ta ‚Oda do radości’ grana w imię nienawiści, nic tutaj nie zmieni. Ona jest tylko dowodem tego, jak bardzo boją się ci, którzy uczynili tyle złego Polsce i którzy dzisiaj próbują przejść do nowej ofensywy, jeszcze bardziej brutalnej, jeszcze bardziej wręcz niesłychanej”.

Mówi i mówi, ale choć patrzy w stronę kontr-demonstracji, to jej nie widzi i prawie nie słyszy. Komfort zapewniony.

Dbająca o tę separację policja twardo nie przepuszcza nikogo przez „kurtynę”. A jak ktoś się przedrze, bez pardonu wynosi delikwenta za ręce i nogi. Cały czas policjant z kamerą, pedantycznie i demonstracyjnie, filmuje protestujących jednego po drugim. W ten sposób władza wspiera wolność zgromadzeń.

„Za jakiś czas te policyjne filmy będą dowodem na przyzwoitość i odwagę, jak esbeckie filmy ze stanu wojennego. Będzie czym się chwalić wnukom” – mówi sąsiad, lat na oko 50.

Ustawa o zgromadzeniach wykluczy kontr-demonstrowanie

Ale taka sytuacja już się pewnie nie powtórzy. Ustawa o zgromadzeniach, którą w czwartek 16 marca rozpatrywać będzie – na wniosek prezydenta – Trybunał Konstytucyjny, zawiera przepis, że „odległość między zgromadzeniami [demonstracją i kontrdemonstracją] nie może być mniejsza niż 100 metrów”.

Tego prezydent nie zakwestionował. Nie posłuchał opinii  Adama Bodnara, że państwo powinno umożliwić obu zgromadzeniom pozostawanie w zasięgu wzroku i słuchu, na co wskazuje Europejska Karta Praw Człowieka oraz orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który stwierdza, że obywatele mają prawo do kontrdemonstracji, jeśli mają one pokojowy charakter.

Prezydent nie rozumie, podobnie jak cały obóz władzy, że „kontrdemonstracje są bowiem szczególną formą zgromadzeń jednoczesnych, których uczestnicy wyrażają wzajemny sprzeciw wobec swoich poglądów, a jedność miejsca i czasu dwóch zgromadzeń jest kluczowym elementem przekazu”.



Teoretycznie TK może obalić całą ustawę, a nie tylko zaskarżone przez prezydenta przepisy. Jest jednak mało prawdopodobne, że zdecyduje się na to skład orzekający zdominowany przez sędziów wybranych przez Andrzeja Dudę. Nawet więc jeśli TK zakwestionuje część ustawy, to przepis o 100 metrach zostanie i będzie mógł wejść w życie jeszcze przed 10 kwietnia. A to uniemożliwi dialog polityczny przed Pałacem Namiestnikowskim. Chyba, że Obywatele RP coś wymyślą.


Dziennikarz, działacz opozycji w okresie PRL, z wykształcenia polonista i teatrolog. Prezes Funduszu Mediów, fundacji założonej przez Towarzystwo Dziennikarskie, by „wspierać wartościowe dziennikarstwo i podnosić kompetencje dziennikarzy”. Sam jest dziennikarzem z wieloletnim i różnorodnym doświadczeniem, pracował w „Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Przekroju”, był naczelnym „Vivy” i „Filmu”. Rynek medialny poznał też od drugiej strony jako rzecznik prasowy TVP (2013-2015).

Piotr Pacewicz
Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".


Masz cynk?