PiS cofnął szkołę do XIX w. W dobie koronawirusa chce, by nauczyciele przenieśli ją w XXI w. Każe im uczyć on-line, bez przygotowania i narzędzi. Ci z kolei naukę przerzucają na rodziców. OKO.press zebrało relacje jednych i drugich. Widać już, że sytuacja uderzy najmocniej w uczniów z niezamożnych rodzin i tych, których rodzice w czasie epidemii pracują

W piątek, 20 marca 2020, premier Mateusz Morawiecki i minister edukacji Dariusz Piontkowski na wspólnej konferencji ogłosili, że szkoły pozostaną zamknięte przynajmniej do 14 kwietnia, czyli do końca przerwy wielkanocnej.

Od 25 marca do Wielkanocy mają prowadzić nauczanie zdalne. W tym czasie nauczyciele będą już realizować podstawę programową i stawiać uczniom oceny.

Dotąd (od zawieszenia nauki w szkołach), zgodnie z wytycznymi MEN, mieli tylko proponować uczniom korzystanie z rozmaitych materiałów dydaktycznych, utrwalających wiedzę zdobytą w szkole, rozwijających ich zainteresowania i pomagających w przygotowaniach do egzaminów. Uczniowie korzystali z nich dobrowolnie i nie mogli otrzymywać ocen.

Od środy realizowanie zadań wyznaczanych przez nauczycieli będzie obowiązkowe.

Kilka dni dobrowolnej zdalnej nauki dało już przedsmak tego, co niebawem czeka uczniów, nauczycieli i rodziców. Gdy poprosiliśmy naszych Czytelników o relacje i opinie w tej sprawie, na naszym Facebooku i w skrzynkach mailowych się zagotowało:

  • nauczyciele relacjonują, że MEN i dyrekcje szkół obowiązek zorganizowania nauki przez internet zrzuciły na nich – choć oni często nie mają do tego przygotowania i sprzętu,
  • rodzice skarżą się, że z kolei nauczyciele przerzucają wszystko na ich barki i zmuszają do codziennego, wielogodzinnego zaangażowania,
  • nauczyciele w nerwach rzucają, że rodzice wreszcie zrozumieją trudy ich pracy,
  • a rodzice – że mają przecież swoje obowiązki zawodowe – niektórzy wykonują je zdalnie (ale przecież muszą to robić), inni wciąż pracują poza domem. Zdenerwowany lekarz w rozmowie z OKO.press proponuje, że jak nauczyciele chcą, może się z nimi zamienić robotą.

„Znowu się zaczyna kłótnia Nauczyciele – Rodzice. Powiedzmy sobie szczerze i nie udawajmy, że system edukacji jest wydolny w takiej sytuacji. (…) Rząd jest nieudolny i to on zwalił na nasze głowy (Rodziców i Nauczycieli) ten cały bajzel i ma nadzieję, że za niego to załatwimy” – komentuje na facebookowym profilu OKO.press Artur Sz.

Ewa Cz., mama 5- i 7-klasisty, dodaje: „Rząd daje kopniaka nauczycielom w tyłek z zaleceniem »radźcie sobie« i przy okazji nastawia rodziców i nauczycieli przeciwko sobie (bo z całym szacunkiem dla nauczycieli, są aktualnie skazani na porażkę). Głośne wołanie by ten cyrk zatrzymać to najlepsze rozwiązanie dla wszystkich zainteresowanych stron”.

Ale decyzje zapadły i raczej nikt już tego nie zatrzyma.

W środę rusza jeden z największych eksperymentów w historii polskiej edukacji: powszechna nauka zdalna, do której prawie nikt nie był przygotowany.

Cud technologiczny w oświacie

Biorąc pod uwagę chronologię zdarzeń, można by pomyśleć, że w polskiej edukacji zdarzył się cud.

Od 12 marca zawieszone zostały zajęcia w szkołach. 17 marca minister Piontkowski poprosił dyrektorów szkół, by przez dwa dni:

  • sprawdzili, czy mają kontakt internetowy ze wszystkimi uczniami, rodzicami i nauczycielami,
  • przygotowali „możliwość zdalnej realizacji programów nauczania np. z wykorzystaniem komunikatorów, grup społecznościowych, poczty elektronicznej, platform edukacyjnych, dziennika elektronicznego”,
  • przeanalizowali „możliwość zdalnej realizacji tygodniowego/semestralnego rozkładu zajęć dla poszczególnych klas i oddziałów z uwzględnieniem jego modyfikacji”,
  • opracowali system „zdalnego monitorowania i oceniania postępów uczniów”,
  • przygotowali informacje dla nauczycieli, uczniów i rodziców o kształceniu na odległość, odnoszące się m.in. do „higieny pracy uczniów i nauczycieli” i „zasad bezpieczeństwa w sieci”
  • oraz informacje dla rodziców, jak zorganizować dzieciom warunki do nauki w domu i jak zadbać o bezpieczeństwo w sieci.

19 marca kuratoria oświaty poprosiły dyrektorów o informacje na temat „zdiagnozowanych problemów z organizacją i realizacją kształcenia na odległość oraz propozycje ich rozwiązania”. Czas na przesłanie odpowiedzi upływał 20 marca rano.

Wieczorem 20 marca premier Morawiecki podczas wspólnej konferencji z szefem MEN ogłosił: „Wiemy, że już dzisiaj ponad 90 proc. szkół korzysta ze zdalnych metod e-learningu, zdalnych metod przekazywania wiedzy”.

A minister Piontkowski przekonywał, że

„mimo tego, że dotąd nie było często narzędzi do tego, aby prowadzić nauczanie na odległość, ono odbywa się w przytłaczającej większości polskich szkół. Ponad 90 procent placówek rozpoczęło lub kontynuuje od kilku dni nauczanie na odległość, różnymi metodami”.

Zapewniał, że umiejętności, które w ostatnich dniach zdobyli nauczyciele pozwolą im „prowadzić to nauczanie bardziej systematycznie”. Na koniec ogłosił, że od 25 marca będą mieli obowiązek zdalnie realizować program nauczania.

Ani premier Morawiecki, ani minister Piątkowski nie wspomnieli, co z około 10 proc. szkół, które dotąd nie zaczęły nauki przez internet i jak wyglądała dotąd „zdalna nauka” w „przytłaczającej większości polskich szkół”.

Nauczyciele: w tydzień od entuzjazmu do marazmu

Zamykając szkoły MEN, a za nim kuratoria, informowały dyrektorów szkół, że mogą prosić nauczycieli o przygotowanie materiałów dydaktycznych do samodzielnej pracy uczniów w domu. Miały one pomagać uczniom w „rozwoju ich indywidualnych pasji i zainteresowań”.

Wielu nauczycieli podjęło wyzwanie. Młodzi nauczyciele korzystający od dawna z nowinek technicznych, entuzjaści e-learningu, Nauczyciele Roku z kolejnych lat – w pierwszych dniach po zawieszeniu nauki w szkołach uruchamiali webinaria dla uczniów, udostępniali cyfrowe narzędzia i materiały wspomagające naukę, radzili nauczycielom, jak uczyć zdalnie.

Anna Schmidt-Fic, matematyczka z jednego z poznańskich liceów, założyła na Facebooku stronę o matematyce i zamknięte grupy, do których zaprosiła uczniów ze swoich klas. Tłumaczyła: „Mogę tam z nimi nawiązać kontakt, zapytać o zdrowie, pogadać o czym będą chcieli, wrzucić ciekawe materiały, zachęcić do aktywności, zwrócić uwagę na interesujące zależności, zaproponować materiały ćwiczeniowe, powtórkowe, zrobić live. (…)

Po raz pierwszy od ponad 25 lat mam szkołę moich marzeń, bez sprawdzania obecności, bez oceniania, bez przymusu. Chwilo trwaj i przynieś polskiej edukacji dobry wiatr”.

Ale chwila nie trwała długo. Niemal od razu kuratoria zażądały od szkół informacji, ilu nauczycieli pracuje zdalnie i ilu uczniów z tego korzysta. Ruszyła biurokratyczna machina.

„Dyrektorka kazała przygotować sprawozdania: co zadaliśmy uczniom, czy robią to, co im rekomendujemy, czy jakoś to egzekwujemy. Więc wszyscy rzucili się masowo do internetu, zaczęli wysyłać uczniom rozmaite materiały i dokumentować swoją aktywność dla dyrekcji” – mówi polonista z niewielkiej miejscowości w Małopolsce.

16 marca minister Piontkowski na antenie Radia Białystok instruował: „Nauczyciel powinien przygotować pracę zdalną w błyskawicznym tempie, zobaczyć, jakie są narzędzia, i stopniowo wdrażać się tak, aby za kilka dni mógł już systematycznie realizować podstawę programową i rozpocząć normalną pracę z uczniem”. Dzień później, w TVP, wyłuszczył, że

zdalne nauczanie jest „szansą na to, aby nauczyciele pokazali, że nie tylko potrafią strajkować i ubiegać się o wyższe wynagrodzenia, ale także są po prostu dobrymi wychowawcami i nauczycielami”.

„Dziś już wiadomo, że to właściwie sami nauczyciele mają zorganizować kształcenie na odległość, dostosować do tego program nauczania, zdecydować ile materiału poszczególne klasy będą realizowały w ciągu tygodnia i wymyślić, w jaki sposób sprawdzać wiedzę uczniów. Z jednej strony rząd PiS nieustannie nas atakuje, z drugiej –

nagle oczekuje od nas, że w tydzień zrobimy coś, co nie udawało się przez lata kolejnym rządom – że przeniesiemy szkoły do świata cyfrowego. To fikcja” – przekonuje polonista z Małopolski.

Cyfryzacja szkół przez prywatny internet

Nauczyciele zwracają uwagę, że rząd nakładając na nich obowiązek nauczania on-line nie wyposażył ich w niezbędny do tego sprzęt i narzędzia cyfrowe.

„Mam w domu jeden komputer. Korzysta z niego również mój narzeczony, który jest urzędnikiem i od tygodnia pracuje zdalnie. Ja mam na nim przygotować materiały edukacyjne dla kilku klas, które uczę, prowadzić korespondencję z uczniami i ich rodzicami, trzymać i sprawdzać przesyłane przez uczniów prace. A najlepiej jeszcze prowadzić zajęcia na żywo. Okazuje się, że natychmiast musimy kupić drugi komputer – choć dotąd go nie potrzebowaliśmy, bo narzeczony zwykle tyle godzin siedział przed ekranem w pracy, że w domu używał komputera sporadycznie.

Nie stać mnie na taki zakup, a minister śmieje się nam w twarz, co chwilę wypominając, że mieliśmy czelność domagać się podwyżek” – denerwuje Monika, nauczycielka fizyki, pracująca w dwóch warszawskich szkołach.

„Nikt nas nawet nie zapytał, czy mamy w domach internet, jakiej prędkości i czy bez ograniczeń w transmisji danych. Minister coś tam wspomniał w mediach, że jak ktoś ma z tym problem, może przyjść pracować do szkoły. Że jest bezpiecznie, bo w budynkach nie ma wielu pracowników. A przecież większość nauczycieli – tak jak ja – ma dzieci, które też siedzą teraz w domach i też potrzebują opieki. Oczywiste jest, że zostaną w domu i będą korzystać ze swoich komputerów, internetu i telefonów.

Pomijam już nasze koszty, ale co z RODO, o którego przestrzeganie było wcześniej tyle szumu w szkołach? Co z bezpieczeństwem informacji?” – zastanawia się polonista z małopolskiej miejscowości.

Na problemy nauczycieli z brakiem „służbowego sprzętu do wykonywania systematycznej pracy online, szybkiego łącza internetowego i oprogramowania antywirusowego” zwracał uwagę szef Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomir Broniarz. Domagał się od MEN „przyjęcia rozwiązań realistycznych, uwzględniających całą złożoność sytuacji i trudne warunki”. Podkreślał, że „nie do zaakceptowania jest (…) taka sytuacja, w której nauczyciele będą rozliczani z realizacji obowiązków niemożliwych do wykonania.” Ale jego list pozostał bez odzewu.

W tej chwili głównym kanałem komunikacji pomiędzy nauczycielami i uczniami są elektroniczne dzienniki. A jako podstawowe narzędzie do zdalnej nauki MEN poleca serwis „Zdalne lekcje” – z propozycjami tematów z poszczególnych przedmiotów, dla poszczególnych klas, do realizacji w kolejnych tygodniach.

Grażyna Sz., nauczycielka fizyki, która – jak wyliczyła – ma obecnie 251 uczniów, na Facebooku OKO.press napisała:

„Odpowiadam na setki pytań przez e-dziennik, który jest przeciążony i się zawiesza, Facebooka i maila.

Pytania nie dotyczą przedmiotu, którego uczę, tylko spraw organizacyjnych, łącznie z takimi jak prośba o poinstruowanie rodzica, jak wysłać zdjęcie wykonane telefonem.

Wczoraj zaczęłam pracę o 4:30, sprawdzając prace wykonane na polecanej przez MEN platformie edukacyjnej. Dlaczego tak wcześnie? Bo ani za dnia, ani wczesną nocą nie udało mi się tego zrobić z powodu przeciążenia serwera,

a uznałam, że dzieciom, które wcale nie musiały, ale chciały wykonać projekt z fizyki na przymusowej kwarantannie należy się nagroda w postaci dobrej oceny”.

Rodzice: mamy zrezygnować z pracy?

Na przeciążenie „zdalną nauką” narzekają też rodzice uczniów.

Anna, gdańszczanka, matka szósto – i ósmoklasisty opowiada: „Już w ubiegłym tygodniu nauczyciele zaczęli zasypywać rodziców uczniów wiadomościami. Jeden przez powiadomienia w dzienniku elektronicznym, inny przez zakładkę „zadania domowe” w dzienniku, kolejny przez Messengera albo mailem do matki jednego z uczniów, który ona przesyłała dalej. Każdy wysłał kilka wiadomości.

W sumie, w ciągu tygodnia dostałam ich kilkadziesiąt. Powstrzymuję się, żeby im nie odpisać: halo, ja pracuję. Mam rzucić pracę, żeby ogarniać lekcje dzieci?”.

W wiadomościach nauczyciele zwykle polecają uczniom zapoznanie się z jakimiś materiałami dostępnymi w sieci i rozwiązanie zadań w określonym terminie. Materiały i zadania do zrealizowania on-line wysyłają nawet nauczyciele plastyki, techniki, muzyki i wf.

Ojciec ucznia łódzkiej podstawówki, zawalony poleceniami ze szkoły, nie powstrzymywał się jak pani Anna i napisał do dyrekcji i rady pedagogicznej, że nauczyciele za bardzo angażują rodziców w to „zdalne nauczanie”. Nie dostał odpowiedzi.

„Dosyłają tylko kolejne zadania nie do zrealizowania” – opowiada. Problem w tym, że dziecko samo ich nie zrobi, zwłaszcza, gdy dotyczą nowego materiału. „Ja pracuję od 06:00 do 22:00. Czasami z domu, czasami w firmie. Nie jestem w stanie poświęcić całego dnia na odrabianie lekcji. Żona pracuje w służbie zdrowia na 12 godzinnych zmianach. Ta sama sytuacja. A materiału dostajemy do zrobienia tyle, że mam wrażenie iż w normalnych warunkach jego realizacja zajęłaby nauczycielom dwa – trzy miesiące” – mówi.

Paweł i jego żona są lekarzami w małej miejscowości – on w szpitalu i poradni POZ, ona w dwóch poradniach. Ich synowie (dziesięcio- i jedenastoletni) chodzą do piątej klasy.

„Dostajemy ponaglenia od nauczycieli, żeby przerobiony materiał odsyłać na bieżąco, bo w ten sposób pani nauczycielce będzie łatwiej. Czy nam jest łatwiej – o tym nikt nie myśli” – irytuje się Paweł.

Problem jest głównie z uczniami ze środkowych klas podstawówki, bo rodzice dzieci do ósmego roku życia mogą na czas epidemii wziąć urlop opiekuńczy i faktycznie wiele osób z tego korzysta. A uczniowie najstarszych klas już jakoś radzą sobie sami.

Rodzice, którzy nie pracują albo wykonują obowiązki zawodowe zdalnie, chcąc nie chcąc przyjmują na siebie nauczycielskie obowiązki. Katarzyna Szmidt z Warszawy jest mamą szósto- i siódmoklasisty. „Obaj synowie mają ADHD i problemy z koncentracją. Nie posadzę ich samych przy komputerze i nie powiem: uczcie się. Jak zostawiłam ich samych otworzyli sobie link, który gdzieś im wyskoczył, „o tu coś jest ciekawego”, potem jakiś inny – „tam też coś ciekawego jest” i popłynęli.

Więc siedzę nad lekcjami 3 godziny z jednym, 4 godziny z drugim. Muszę być matematyczką, polonistką, chemiczką” – wylicza.

Na co dzień prowadzi własną firmę catering napojów smoothies na imprezy. Ale teraz nie ma eventów i nie ma pracy. Tylko dlatego jakoś ogarnia te szkolne obowiązki.

Magda Ankiel na Facebooku OKO.press pisze: „Właśnie skończyłam tłumaczyć dziecku past simple, południki i równoleżniki. A czeka w kolejce historia i biologia. Zapytam uprzejmie – a co z rodzicami, którzy chodzą do pracy i nie mają kiedy pracować z dzieckiem? A co z rodzicami, którzy są mniej wykształceni i np. nie znają języków obcych?”.

Zdalne lekcje bez internetu?

Rodzice przekonują, że to, co dotąd robili nauczyciele, to nie zdalne nauczanie lecz po prostu zadawanie prac domowych przez internet. Ale uważają, że uruchomienie prawdziwych lekcji on-line na żywo nastręczyłoby jeszcze większych kłopotów.

Izolda Wysiecka obawia się, że jej syn – uczeń drugiej klasy liceum – nie mógłby z takich zajęć korzystać. „Mieszkamy na Kaszubach. Nasza wieś jest malutka, położona w lesie, 10 km od miasta. Nie ma tu sztywnego łącza, bo nikomu się to nie opłaca dla tak małej społeczności. Wszyscy korzystamy z internetu bezprzewodowego od dostawców telefonii komórkowej. Teraz słyszę, że anglistka syna utworzyła grupę i zdaje się będzie prowadzić lekcje online. Mam nadzieję, że nasz internet to wytrzyma. Przedsmak tego, co może się dziać, mamy w każdy weekend, kiedy jest więcej ludzi »na łączach«: sygnał się rwie, prędkość drastycznie spada.

Więc jak wszyscy będą siedzieć »w szkole«, jakoś nie widzę tego zdalnego nauczania w różowych kolorach” – martwi się.

Od początku epidemii koronawirusa obciążenie sieci wzrosło o kilkadziesiąt procent, podobne problemy mogą mieć więc nawet ci, którzy zwykle mają dostęp do szybkiego internetu i możliwość nieograniczonej transmisji danych. A są także uczniowie, którzy w ogóle nie mają w domach internetu. Jak dowiedziało się OKO.press, np. w niewielkiej Płużnicy zapytano rodziców, którzy uczniowie mają dostęp do sieci, okazało się że ma go 303 dzieci, 81 nie ma, a 131 rodziców nie odpowiedziało.

MEN przekonuje jednak, że nawet jeśli ktoś w ogóle nie ma internetu, z edukacji wykluczony nie zostanie: materiały do nauki otrzyma pocztą lub esemesem wysyłanym do rodzica.

Izolda Wysiecka pociesza się, że u niej w domu przynajmniej nie będzie problemu z dostępem do komputera, ale w wielu rodzinach to nie wygląda dobrze: „U sąsiadów jest trójka dzieci i jeden komputer” – mówi. Taka sama sytuacja jest w domu Izabeli, 50-latki z Warszawy, samotnie wychowującej trójkę dzieci trzecio-, piąto- i siódmoklasistę.

„Mamy jeden laptop z którego korzystam ja i dzieci. Dziennie przychodzą po 2-3 zadania z każdego przedmiotu dla każdego z dzieci. Dla najmłodszego – dużo linków do interaktywnych zadań, które trzeba robić on-line. Dla starszych – zadania do wykonania zapisane w najrozmaitszych formatach: wordzie, pdf, jpg, odf. Z jednego przedmiotu jest coś do obejrzenia na YouTube, z innego coś do zrobienia na platformie edukacyjnej, z trzeciego zrobienie prezentacji. Komputer jest zajęty cały dzień – ja siedzę po 2 godziny z młodszymi dziećmi, potem starsza córka robi lekcje sama. Gdyby lekcje miały się odbywać na żywo on-line musiałabym dokupić dwa komputery” – mówi.

Jak dodają inni rodzice, sam komputer do zdalnych lekcji czasem nie wystarczy.

„Ciekawa formą pracy zdalnej jest zapowiedziany test, który po otrzymaniu powinniśmy wydrukować, dać dzieciom do rozwiązania, a następnie zeskanowany odesłać do nauczyciela. Wszyscy zakładają bowiem, że mamy w domu pełen osprzęt tylko czekający na okazję, by go użyć. Prawda jest taka, że mamy jeden laptop, na którym pracuję zdalnie pomiędzy 09:00 a 17:00” – mówi Anna M. Brzozowska, mama bliźniaków – uczniów czwartej klasy.

Rodziców pociesza jedynie fakt, że koronawirus musi przecież kiedyś minąć. A z nim nauczanie zdalne.

"Takie będą rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"
OKO pisze o edukacji. Wesprzyj nas.

Wicenaczelna i szefowa zespołu śledczego OKO.press. Dziennikarka „Polityki” (2000–13), krótko „GW”, a od wiosny 2016 roku - OKO.press. Dziennikarka Roku Grand Press 2016. Laureatka kilkunastu innych nagród dziennikarskich, m.in. Grand Press za dziennikarstwo specjalistyczne, Nagrody Radia Zet im. A. Woyciechowskiego, Nagrody im. Dariusza Fikusa, kilku nagród i wyróżnień SDP (przed jego przejęciem przez dziennikarzy "niepokornych"). Bałucki charakter.


Komentarze

  1. Jelena Sergiejewna

    A w szkołach juz zaczyna sie kombinacja przy naszych wypłatach. I jakos spokojna jestem, że pensję mi opitolą, poucinaja wszystko co możliwe i się zacznie zabawa…

  2. Adam Potoczek

    _ Polska bieda-edukacja skacze na główkę w XXI wiek!
    _ Relacje w niektórych mediach mówiące o niezwykłej mobilizacji nauczycieli i uczniów oraz o błyskawicznym powszechnym przejściu na nauczanie zdalne, świadczą o zjawisku „zaklinania” rzeczywistości.
    ** Po pierwsze, relacje pochodzą z dużych miast i „lepszych” szkół i rodzin (koszty komputerów i Internetu oraz lepsza telekomunikacja).
    ** Po drugie, dotyczą głównie jedynaków, a nie rodzin wielodzietnych.
    ** Po trzecie, nikt nie chce się „chwalić” swoim nieprzygotowaniem lub brakiem rzetelnych materiałów do „poważnej” pracy zdalnej, aby nie wyjść na osobę nienowoczesną (wstyd paraliżuje).
    ** Po czwarte, zwłaszcza dyrektorzy ale i nauczyciele, nie odważą się powiedzieć zwierzchnikom (kuratorom, ministrowi), że nie są w stanie zrealizować zarządzeń ministra, gdyż natychmiast zostaną obciążeni winą i oskarżeni o niekompetencję. To znany mechanizm działania dworu z baśni Andersena „Nowe szaty cesarza”.
    _ W efekcie wszyscy się dobrze bawią, uczestnicząc w „pospolitym ruszeniu” oraz udając, że przeskok z XIX wieku w wiek XXI to pestka. To, że na naszych oczach pączkują kolejne bańki rozwarstwiające dzieci i młodzież, na tych co „mogą” i tych co „nie mogą”, jakoś nikogo nie wzrusza. O skuteczności takiego skoku cyfrowego w pozyskaniu wiedzy „pozakomputerowej”, również mało kto mówi. Dominuje oficjalny entuzjazm dworów.
    _ Dopiero „obowiązek” i perspektywa twardego rozliczenia „sukcesów” zdalnej edukacji, wywołuje dziecięce zdziwienie: „CESARZ NIE MA MAJTEK”.

    • Andrzej Maciejewicz

      Większość dziedzin działalności państwa to fikcja. Dlaczego edukacja ma być inna? Już są nauczyciele, którzy popieraja ten stan. Opozycja nie wydukała nawet słowa. Może ktoś kupi inspirator Kidawie?

  3. Robert Żmieńko

    Dla nauczycieli mam nieśmiałą sugestię.
    Kodeks pracy.
    Art. 104.1. § 1. Regulamin pracy, określając prawa i obowiązki pracodawcy i pracowników związane z porządkiem w zakładzie pracy, powinien ustalać w szczególności:
    1) organizację pracy, warunki przebywania na terenie zakładu pracy w czasie pracy i po jej zakończeniu, wyposażenie pracowników w narzędzia i materiały, a także w odzież i obuwie robocze oraz w środki ochrony indywidualnej i higieny osobistej;

    Panu minister Piontkowski w błyskawicznym tempie ma obowiązek zapewnić wam narzędzia pracy.
    Żebyście mogli cyt.: „za kilka dni (…) systematycznie realizować podstawę programową i rozpocząć normalną pracę z uczniem” potrzebujecie: komputera z odpowiednim oprogramowaniem (system operacyjny + program antywirusowy), połączenie z internetem, aneksem do umowy o pracę o zwrot kosztów poniesionych na energię elektryczną.

  4. Andrzej Maciejewicz

    Znowu będzie gadanie o posłannictwie zawodu, odpowiedzialności, niebywale wysokim poziomie edukacji itp. Na zakończenie żądanie podwyżki płac, specjalnych urlopów itd.
    Ja ma jedno pytanie: przez kogo byli edukowani Polacy skoro ponad 40% wyborców nie widzi zabójczej polityki PiS, 50% głosuje na pajaca prezydenta, kilkuset z nich popisuje się głupota i nieumiejetnoscią myslenia sprawując wysokie funkcje w tym kraju. Dlaczego mam godzić się z twierdzeniem, że nieuctwa, głupota i zacofanie nie dotyczą nauczycieli?

  5. Mateusz Głazowski

    "Wadza" powiedziała a rodzice i nauczyciele mają wykonać. Jest oczywiste, że tego nie da się wykonać i decydenci wiedzą o tym bardzo dobrze ale to nie oni są przecież winni istniejącemu stanowi edukacji. Założenie jest proste, im ludzie głupsi tym łatwiej nimi sterować. Toż Kaczfiego i jego ferajnę wybrali ci, którzy bezkrytycznie uwierzyli w realizację przez władze zapowiadanych cudów (mieszkania, elektryki, promy i wszystko inne). Zachłysnęli się "pincet plus' zapominając, że poprzedni rząd znacząco wydłużył urlopy macierzyńskie, a to znaczy więcej niż te pieniądze, które inflacja zjada szybko. Widocznie musi się potwierdzić powiedzenie o głupocie Polaka.

    • Łukasz Trembaczowski

      Jest taka kategoria socjologiczna: działania pozorne. Idealnie się tu wpisuje: ważne żeby w TVP ładne wyglądało. A rodziców napiści się na nauczycieli, żeby skanalizować gniew.

  6. Zofia Kieblesz

    To gorzka konstatacja, ale trzeba było aż stanu nadzwyczajnego, żeby Polacy się zatrzymali, zastanowili. Gdy trwały strajki nauczycieli, których postulaty były przecież słuszne, oportunistyczna część środowiska schowała głowę w piasek. Rząd zrobił co chciał, ze szkodą i dla nauczycieli i dla uczniów. Rodzice nie pomogli, bo albo uwierzyli propagandzie, albo chcieli mieć święty spokój. W dużej części to oni oraz ich dzieci, ponoszą teraz koszty korzystania z niedoinwestowanego, zaniedbanego systemu szkolnictwa. Podobna sytuacja dotyczy służby zdrowia. Tutaj także, poza samymi zainteresowanymi, koszty ponoszą ci, którzy żądań lekarzy nie poparli, zlekceważyli je, ba – wyśmiali. To się teraz mści
    Kolejna grupa to wierni kk. Okopani w swoich pałacach biskupi nie mogli się porozumieć co do jednoznacznego, bezpiecznego i dla księży w parafiach i dla wiernych, uczestnictwa w mszach św. i innych praktykach religijnych. Przy okazji wyszło na jaw, że był czas na zajmowanie się polityką, ale zabrakło go na zainteresowanie się tym, czy parafie zachowują łączność z wiernymi którzy nie mogą chodzić do kościoła. Czy wprowadziły internetową transmisję mszy św. Tymczasem ciągle jeszcze spora część uczestników praktyk religijnych w imię Boże naraża zdrowie i życie. Dlaczego? Epidemia się skończy, a do tego czasu ani Bóg o ludziach, ani ci o Nim nie zapomną, tyle, że docenią swobodę zachowań związanych ze swą wiarą.
    I wreszcie politycy. Może wierni zwolennicy aktualnie sprawujących władzę dostrzegą, jak naprawdę wygląda ich deklarowana tak buńczucznie troska o społeczeństwo, o jego dobrostan i bezpieczeństwo. Dotychczasowe obserwacje są raczej ponure. A co jeszcze się okaże?

  7. Łukasz Trembaczowski

    Dwoje nauczycieli i dziecko w mieszkaniu w bloku. Kto ma nie prowadzić zajęć lub w nich nie uczestniczyć? Będziemy ciągnąć losy? A za co mam kupić kolejny komputer? Przecież podwyżki nam się nie należały! Ciekawe, że górnikom nie każą kupić swoich narzędzi pracy.

    • Jacek Dziadkowiec

      Panie Łukaszu, to proste – jeśli pracodawca (a jest nim Pański dyrektor) wymaga pracy zdalnej, to ma pracownikowi zapewnić narzędzia do tejże pracy. U nas w szkole, jeśli nauczyciel zgłasza, że nie ma na czym prowadzić zajęć, to ma możliwość wypożyczyć szkolnego laptopa. A co do podwyżek, to Pańskie oburzenie jest ze wszechmiar słuszne.

  8. Andrzej Maciejewicz

    Przez 30 lat "demokracji" byloo wiele zmian w edukacji. Wydłużenie lat nauki, niezrozumiałe zabiegi wokół liceow/gimnazjów, programy nauczania opierające się na powtarzaniu materiału co kilka lat, zaniechanie samoksztalcenia nauczycieli czy ich oceny merytorycznej. Wszystko na ich korzyść. Nikt nie protestował. Teraz, gdy rząd wykonuje nieprzemyślany, nieprzygotowany krok ku nowoczesności – protest. Wręcz głupio pomyśleć co by było, gdyby rząd przedstawił wzorowy, dopracowany, niemal idealny program + niezbędne dofinansowanie. Informatyzacja to mniej godzin w szkole, mniejsze obciążenie nauczycieli itp. W konsekwencji mniejsze zapotrzebowanie na ten zawód. No i co by było?

  9. Beata Grabska

    Podczas strajku rok temu napisałam, że należy zamknąć szkoły i zwolnić wszystkich nauczycieli. Przekierować ich do innych bardziej potrzebnych prac dla gospodarki państwa. W tym roku mamy pandemię i nadal podtrzymuję tezę -szkoły wszystkim przeszkadzają, są niewydajne. Już nie mogę słuchać jak to budżety miast się zawalają przez nie, ponieważ 3/4 miejskich i gminnych wydatków to szkoły i nauczycielskie pensje, a efektów nie widać. A
    ni dzieci ładniejsze, grzeczniejsze, ni mądrzejsze. Niech RODZICE zajmą się swoimi dziećmi, przecież wszyscy znają się na zdrowiu, sporcie, obronności, to i mamy EXPERTÓW od edukacji. Każdy Polak jest fachowcem w każdej dziedzinie, to co mu jakiś nauczyciel będzie mówił jak uczyć lub/i wychowywać jego pociechę.

    • Andrzej Maciejewicz

      Każdy Polak mający dzieci, leczący się, odwiedzający urząd itp ma prawo oceniac sprawność tych instytucji. Dyskusyjnym jest natomiast uzurpowania sobie prawa do ich naprawiania, np ekonomii przez historyka, działania Sejmu przez ogrodnika.

  10. Anna Wasilewska

    W Niemczech jest znane powiedzenie : " Na czyim wózku jedziesz, tego piosenkę musisz śpiewać / Wes Brot ich esse, des Lied ich singe /.
    Cała opisana historia dotycząca krótkiego okresu nauczania jest fantastyczna wprost niewiarygodna.
    1.Czas wdrożenia przez MEN założeń nowego modelu nauczania, czyli e-learningu od 25 marca do 14 kwietnia
    (nawet w sądownictwo obowiązuje termin zawity 7 dniowy).
    Nowatorska forma to nie jest, bo w Finlandii ogólnie stosowana (inaczej skonstruowany program) – ale niewątpliwie na miarę XXI wieku, tu ma szyld "programu eksperymentalnego".
    2.Przerazenie rodziców jest duże, ale nie jest to niechęć – 90 % szkół korzysta ze zdalnych metod przekazywania wiedzy – tylko nie potrzebnie w tym eksperymencie tak przeladowano program nauczania.
    3. Jeśli chodzi o baśń J. Ch. ANDERSENA, to dziecko powiedziało wprost, że król jest nagi.
    A jaka ocenę program eksperymentalny otrzyma od uczniów szkół podstawowych i licealnych w 2020 roku?

  11. Agnieszka Ostrowska

    Wita mieszkam w woj kujawsko – pomorskie nas rodzicow żaden a nauczycieli czy też dyrektor szkoły nie pytał czy mamy inter czy konputer czy wogule jakim sprzętem dysponujemy w tej okoliczności kompletnie żadnego pytania tylko dziesiątki wiadomości z informacjami i z linkami z zadaniami domowym jak mam to zapamiętać bo każdy nauczyciel patrzy tylko i wyłącznie na swój przedmiot i trzeba to zrobić ja nie jestem nauczycielem i nie wiem wszystkiego i ja z mężem pracujemy i ja oprucz tego pracuje jako wolontariuszka i pomagam teraz w obecnej sytuacji osobom starszy robię im zakupy i muszę tym osoba pomagać bo bym nie mogła spać sama się zgłosiłam żeby pomagać osobom starszym mam corke szosto klasistke i jest słabym uczniem a materiał powturkowy łatwiej jest zrobić ale nowy materia ja sobie tego nie wyobrażam i dla mnie jest to nie pojtę nie każde dziecko ma 5tki i 6tki są też dzieci które się słabo ucza i właściwe mam pytanie co przede wszystkim z tymi uczniami bo szostkowego ucznia to żaden problem go nauczy w ten sposób a tego słabego jak zwykle trzeba lecie z materiałami i niech sobie sam jakoś radzi a od czego jest szkoła i nauczyciele właśnie tym najslabszym powinno się pomagać moim zdanie w obecne sytuacji nauka z nowym materiałem powinna zejść na drugi plan przede wszystkim powinnyśmy się skupie żeby pokonać tego paskudnego wirusa zybysmy mogli zacząć normalnie żyć a jak nauczyciele strajkowali to jakoś nikt się nie przejmował że dzieci się nie uczą a teraz oczekuje nie wiadomo czego są teraz rzeczy ważniejsze takie jest moje zdanie

  12. Kamil Nowicki

    Swoja tresc kieruje do nauczycieli, przeciwko nim i calej tej organizacji ktora ma na celu zrealizowanie swoich planow, a nie dobro ucznia czy nauczenia ich czegokolwiek. Po pierwsze pomniejszyl bym im wynagrodzenie do minimum, poniewaz teraz ich nauka ogranicza sie do tego ze tylko zadaja, i to co robia to nie mozna nazwac zdalnym nauczaniem bo nie ma zadnego nauczania, nauczaja rodzice. Druga sprawa to jeden nauczyciel naucza jednego przedmiotu, a rodzic teraz ma uczyc dziecko wszystkiego co przerabiaja na danym poziomie. Kazdy z nauczycieli zachowuje sie jakby na swiecie byl tylko jego przedmiot. Co w sytuacji gdy jest dwojka dzieci w wieku szkolnym nie mowiac juz o trojce, czworce czy wiecej, jest jeden rodzic w domu, ktory musi ogarnac dom, jedzenie zakupy, pranie, sprawy codzienne, zakupy, i niektorzy jeszcze swoja prace, to gdzie w tym wszystkim ma byc czas na nauke z dzieckiem. Jezeli teraz ktorys madry chcialby napisac ze dzieci maja same to robic, to proponowalbym sie zastanowic nad potrzeba istnienia szkol i .cdn.

  13. Kamil Nowicki

    cdn. marnowania pieniedzy na pensje nauczycieli skoro dzieci maja byc w stanie same przyswoic sobie dana wiedze. Kolejna sprawa, to powyzej ktorys z madrych nauczycieli odpowiedzial na wpis ktoregos z rodzicow ktory pisal, ze jak on ma ogarnac z dzieckiem taki ogrom informacji, w odpowiedzi bylo ze moze teraz rodzice docenia ich trud jaki wkladaja w nauke, cisna mi sie takie slowa na usta, ze wole ich tutaj nie pisac a tym biednym nauczyciela o polowe pomniejszylbym pensje bo teraz wlasnie widac ze biora kase za nic, nauczyciel ma do ogarniecia jeden przedmiot i to jest jego praca a rodzic musi teraz ogarnac wszystkie przedmioty i dodatkowo jeszcze swoja prace, wiec nie badzcie zalosni tylko zacznijcie uczyc a nie domagac sie kolejnej podwyzki ktora sie wam nie nalezy.
    Pozdrawiam rodzicow i namawiam do zbiorowego sprzeciwu bo to odbija sie tylko na dzieciach a nauczyciele przy wystawianiu ocen na koniec powiedza ze dziecko nie umialo tego czy tamtego.
    Nie pozwolmy sie tak wykorzystywac, bo pomoca tego napewno nie mozna nazwac

Masz cynk?