0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Sławomir Kamiński / Agencja GazetaFot. Sławomir Kamińs...

W środę 20 grudnia 2023, gdy stery w TVP straciła „dobra zmiana”, a programy informacyjne, de facto propagandowe, zostały wyłączone, Karol Grabski i Julia Łowkis – liderzy grupy demonstrantów TVP ŁŻE – pikietowali pod siedzibą tej stacji po raz… 1363 (sic!). I prawdopodobnie też ostatni.

Dzień później, w nowych „Wiadomościach", czyli w programie „19.30”, przygotowanym już przez nową ekipę TVP, relacja z ich ostatniej demonstracji przeciwko propagandzie TVP rozpoczynała dziennik. Program był już informacyjny, bez szczucia, hejtu, dzielenia i prania mózgów widzom.

„Obiecaliśmy sobie, że kiedy będą normalne informacje w publicznej telewizji, to nasza misja zostanie skończona. Ale zastanawiam się, co robić dalej – TVP nie jest jeszcze w pełni odbita z rąk propagandystów” – mówi Grabski.

Na razie ekipa TVP ŁŻE ma zgłoszone demonstracje pod siedzibą TVP Info na warszawskim placu Powstańców do końca roku. Spotkają się tam również na światełku do nieba dla b. prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, zabitego podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w styczniu 2019 roku. To od tamtego momentu Grabski i Łowkis organizują swoje demonstracje.

Te osiem lat nie było stratą czasu

Zazwyczaj pod TVP jest 10-15 osób, wśród nich też osoby na wózkach, czy dojeżdżające z dalszych miejscowości. Ale bywało, że na TVP ŁŻE gromadziło się nawet kilkaset osób. Od prawie 5 lat Karol i Julia niemal każdego dnia poświęcali ok. 4 godzin na przygotowanie sprzętu, jego zabezpieczenie i dojazd. Demonstrację trwały tyle, co „Wiadomości” – pół godziny.

Czy to miało sens? „Przez długi czas nie byliśmy pewni, ale teraz do nas dociera, że tego czasu nie straciliśmy, a go poświęciliśmy” – mówi Karol. To „kłucie wieloryba przez komara” jest ich kamyczkiem do ogródka obalenia PiS.

Choć dokonania tej pary są imponujące, nieco bledną przy rekordziście w protestowaniu przeciwko działaniom rządów PiS – Maciej Bajkowski niezmiennie jest na ulicach od 10 marca 2016 roku. Blisko 8 lat. Zaczynał w stałych pikietach w namiotach i przyczepie pod Kancelarią Premiera, zaś od 16 grudnia 2016, czyli tzw. puczu kanapkowego utknął pod Sejmem. Założył i prowadził tam tzw. Miasteczko Wolności – swego rodzaju namiotowy majdan opozycji ulicznej.

Co motywuje go do tak długiej i konsekwentnej „walki z kaczyzmem”? Śmierć jego przyjaciela, za którą wini Zbigniewa Ziobrę. Przyjaciel Bajkowskiego zmarł na serce, bo ludzie ministra za pierwszych rządów PiS w 2006 roku aresztowali prof. Garlickiego – cenionego kardiochirurga ze szpitala MSWIA. Z tego powodu lekarz nie mógł uratować kompana Maćka.

Choć polityką się nie interesował, to jednak gdy Kaczyńscy przejęli władzę w 2015 roku, Bajkowski wyszedł na ulicę. „A powtarzałem, że gdy wychodzi się, by załatwić jakąś sprawę, to nie można z ulicy zejść, póki nie jest zrobiona” – tłumaczy swoją konsekwencję.

Od blisko 8 lat mieszka w nieocieplonych namiotach Miasteczka, także zimą. Żyje głównie z tego, co ludzie wrzucą do skarbonki i z handlu wytwarzanymi gadżetami antyPiS. Koszty? Szacuje, że w protesty wpompował 80-100 tys. zł własnej gotówki, drugie tyle stracił na pożarze – dwa lata temu w niewyjaśnionych okolicznościach spłonęło kilka wielkich namiotów Miasteczka Wolności, wraz ze sprzętem i magazynem materiałów dla protestujących. Postępowanie umorzono "ze względu na niewykrycie sprawców”. Do dziś Bajkowskiemu zostało 20 tys. zł zaległości do spłaty po pożarze – opłaty, kary, raty za sprzęt i towar, który poszedł z dymem.

Dwa razy poważnie Bajkowskiego pobito. Raz stracił dwie jedynki.

Na tym napadzie jednak wyszedł na duży plus – klinika stomatologiczna Tatiany Zawadzkiej z Sokołowa Podlaskiego naprawiła mu nie tylko te 2 zęby, ale i 12 innych implantów. Za darmo. Wielokrotnie okradano Bajkowskiego i skarbonkę Miasteczka, czasem na kilka tysięcy zł. Policja rekwirowała mu też sprzęt nagłaśniający (po latach oddawali) i rower z całym sprzętem (nie oddali). „Ale i tak zyski przeważają straty” – uważa.

Tych 8 lat nie uznaje, za stratę czasu, a za swoją cegiełkę do zwycięstwa. „Wystarczy poczekać nad rzeką aż spłynie trup twojego wroga" – przytacza chińską sentencję.

Przeczytaj także:

Procesy, zatrzymania, ataki i… zawał

Olbrzymie koszty oporu wobec rządzącego PiS poniosło jeszcze wielu aktywistów.

Indywidualista wśród opozycji ulicznej – Zbigniew Komosa – w swoich akcjach najczęściej samotny.

Tak bardzo, że dwukrotnie policja stawiała mu zarzuty udziału w „jednoosobowym, nielegalnym zgromadzeniu”.

Koszta relatywnie niewielkie: kilka razy go wywozili, dwa razy zatrzymywali, przez pół roku śledzili co miesiąc, przy okazji miesięcznicy i składania przez Komosę wieńca pod pomnikiem smoleńskim. Dziesiątki szarpanin z żołnierzami o składanych wieniec, kolejne na demonstracjach.

Część jego kosztów jest wymierna – przez 5,5 roku składania wieńca pod pomnikiem smoleńskim i siedmiu lat pod Sejmem zakupił ok. 130 wieńców (niektóre były plastikowe i udało się je wykorzystać powtórnie). Każdy to ok. 300 zł wydatku. W sumie więc na same wieńce Komosa wydał przez ten czasie prawie 40 tys. zł. „Niewielka cena jak na udaną próbę powstrzymaniu autorytaryzmu władzy” – komentuje. Uważa, że aktywiści opozycji ulicznej zakładali tej władzy ograniczenia. „Gdyby nie tacy ludzie, ta władza poszłaby dalej w swoich świństwach” – zaznacza.

Przez pięć lat działań TVP ŁŻE z okien TVP Info leciały na demonstrujących pety, butelki z colą, wylewano jakieś płyny. Notoryczne były słowne i fizyczne ataki, szarpania, wyrywanie banerów. Przemoc także ze strony policji. Podstawieni prowokatorzy, hejt w telewizji i w sieci, pokazywanie ich twarzy, nazwisk, groźby karalne. Głównie za działalność w Lotnej Brygadzie Opozycji władze wytoczyły Grabskiemu w sumie około 50 spraw sądowych. Ciężka porcja stresu. Trzy lata temu Grabski przeszedł zawał.

Poniósł duże koszty? On tak nie uważa. „Kaczyński to mnie wyciągnął z głębokiej depresji – takiego wkurwu dostałem na to, co robił PiS, że zacząłem przychodzić pod Sejm. To ta władza mnie zmobilizowała” – tłumaczy.

Tita Halska poświęciła na „walkę z kaczyzmem” 8 lat swojego życia. Swojego i rodziny – zaniedbywała ją, wiecznie zalatana w akcjach KOD-u, a potem Lotnej. Halska mówi też, o czym mało kto w tym gronie chce wspomnieć – kosztach psychicznych, jakie poniosła z powodu działań innych aktywistów.

„Mało kto na zewnątrz zdaje sobie sprawę, że środowiska aktywistyczne pełne były ludzi przemęczonych, wiecznie sfrustrowanych nierówną walką z władzą. Często były dla mnie toksyczne – potrafiły więcej napsuć mi krwi niż ci, z którymi tę walkę toczyliśmy” – mówi.

Aktywizm nie jest tak wesoły, jak można byłoby sądzić, oglądając filmiki z happeningów Lotnej.

Toksyczności ze strony innych aktywistów doznali praktycznie wszyscy bohaterowie tego tekstu.

193 sprawy Katarzyny Augustynek

Momentami aż trudno uwierzyć w poniższe liczby. A jednak są prawdziwe.

Wojtek Kinasiewicz, jeden z liderów Obywateli RP, mówi, że wywozili go na komisariaty kilkanaście razy, zatrzymywali – kilkadziesiąt. W 2020 roku doliczył się już setki spraw sądowych, jakie wytoczyła mu za aktywizm władza i jej instytucje. Wtedy liczyć przestał. Kilkaset godzin spędził na salach sądowych, drugie tyle – w policyjnych kotłach i sukach. „8 lat ciekawego życia” – ironizuje.

Twierdzi, że prawie wszystkie sprawy wygrał – umarzali, lub go uniewinniali. Za wyjątkiem dwóch – jak mówi, przegrał je przez swoją „niefrasobliwość”.

Arek Szczurek – weteran tzw. opozycji ulicznej, członek nie tylko Lotnej Brygady Opozycji, ale też kiedyś Obywateli RP i Stowarzyszenia OSA, uczestnik niezliczonej ilości akcji, happeningów, protestów – też nie jest w stanie zliczyć spraw, jakie mu wytoczyła władza PiS. W styczniu 2021 – czyli prawie 3 lata temu – było ich ok. 100 (z czego przegrał tylko pięć, głównie przez opóźnienia i błędy formalne). Od tego czasu przybyło minimalnie kolejnych kilkadziesiąt, może więcej. Razem może być nawet ponad 200 spraw. Z policji, sądów, prokuratur dostaje do siedmiu listów dziennie, a 4-5 to standard. Dziennie miewa też do trzech rozpraw w sądach, a tygodniowo do pięciu. Zatrzymywali go dziesiątki razy, na dołek trafił trzy, cztery, może więcej.

Przy tak intensywnym szykanowaniu przez władze, w czasie rządów PiS Szczurek prawie nie pracował – nie miał czasu. Za zatrzymania i bezprawne działania policji, sądy przyznają mu dziś zadośćuczynienia. Ostatnio nawet neo-sędziowie w Sądzie Najwyższym przyznali mu 2 tys. zł.

Katarzyna Augustynek, znana szerzej jako Babcia Kasia, jest najbardziej precyzyjna w tych statystykach. Policja zatrzymywała ją 24-25 razy, w połowie z tych przypadków trafiała na dołek. „Złożyłam 11 wniosków o zadośćuczynienia za to” – mówi.

Przynajmniej kilkanaście razy skuwali ja kajdankami, najczęściej z tyłu – aby było bardziej boleśnie. „Co ja stara baba im niby zrobię?” – pyta retorycznie.

Wielokrotnie mundurowi ciągnęli ją po betonie, chodnikach, ulicy – bo stosuje bierny opór. Poniewierali ją w radiowozach – tam trudno coś nagrać, znaleźć świadków.

„Siadali na mnie, wykręcali mi ręce, nogi, dusili na Georga Floyda – siadali mi na plecach i łapali za grdykę. Lubili mnie upokarzać” – opisuje Augustynek. Wywozili ją też po komendach z daleka od Warszawy – by trudniej było jej w środku nocy wrócić. A zwolennicy PiS setki razy ją wyzywali, szarpali, atakowali, często też fizycznie.

„Dobra zmiana” wytoczyła Babci Kasi 193 sprawy. 101 ma zakończonych, 78 w toku, a w 14 przypadkach ją uniewinniano. Święta zapowiadają się u niej jak zwykle: „W wigilię mają mi postawić kolejne zarzuty – muszę zgłosić się na komendę” – zapowiadała nam 22 grudnia.

Tygodniowo miewa nawet po 6-8 rozpraw w sądach.

Efekty tych szykan? Kilkukrotne dołki psychiczne. Niedawno miała wyrok w sądzie apelacyjnym – orzeczenie wydało trzech neo-sędziów. Wyrok był łatwy do przewidzenia w tym składzie. „Wtedy stwierdziłam, że zmarnowałam te 8 lat walki”.

Teraz jednak, gdy sytuacja polityczna się zmieniła, Katarzyna Augustynek uznaje, że warto było protestować. „Bo są efekty” – tłumaczy.

„Bo to nigdy nie jest koniec”

„Nie schodzę z ulicy” – deklaruje Augustynek. Bo choć po wyborach ma lepsze samopoczucie, to też ma wątpliwości, czy nowa władza dotrzyma obietnic z kampanii: zapewnienia legalnej aborcji, równości małżeńskiej, opanowania kryzysu na granicy polsko-białoruskiej, by migranci tam nie umierali. Chce też, by faszyści zniknęli z polskich ulic.

„Tak, mam dość tych doświadczeń z ulicy, ale dość miałam już cztery lata temu, więc to nie ma znaczenia” – mówi. Zostało 1,5 roku prezydentury Andrzeja Dudy – to też wymaga kontroli ze strony opozycji ulicznej. „Może formuły nam się zmienią, ale nie schodzimy z ulicy” – podkreśla Babcia Kasia.

Mateusz Kijowski, niegdyś lider KOD, a od dawna współprowadzący Literiady – co tydzień tworzą duże napisy-hasła pod Pałacem Prezydenckim, np. „Konstytucja” – też zapowiada dalszą działalność. Choć już nie w każdą niedzielę, a tylko raz w miesiącu.

„Prezydent Duda dalej odstawia cyrki, właśnie zawetował ustawę okołobudżetową. Od zawsze stoimy pod nim i tu nadal jest co robić” – tłumaczy Kijowski. Zapowiada też pilnowanie nowej władzy – może kiedyś trzeba będzie wrócić pod KPRM.

Podobnie uważa Maciej Bajkowski. Jego Miasteczko Wolności (mieszka w nim też dwóch innych aktywistów) mimo przegranej PiS na razie zostaje.

„Nic się nie zmieniło w mojej optyce. A sporo jest do zrobienia, np. dopilnowanie, by PiS-owcy odpowiedzieli za swoje czyny” – mówi. Nie wyklucza, że trzeba będzie pod TVP, czy pod Pałacem Prezydenckim jeszcze protestować. Może zakończy działalność gdzieś w styczniu, a może wytrwa do 10 marca 2024 – wtedy minie równo 8 lat jego protestów. Być może jednak trzeba będzie posiedzieć do wyborów prezydenckich. „Nie wiem, co wymyśli jeszcze Kaczyński. Jestem w blokach startowych, w gotowości do reakcji” – deklaruje.

Komosa, choć szczęśliwy z zatrzymania autorytaryzmu PiS i z poczuciem spełnionego obowiązku („Zrobiłem, ile mogłem jako pojedyncza osoba”), też „nie schodzi z posterunku”. Bo nie opublikowano raportu komisji Antoniego Macierewicza, a on tego się domaga. „PiS będzie dalej forsować tezę o zamachu. Jeśli tak, to ja dalej będę te wieńce stawiał. Z moich ustaleń wynika, że katastrofa smoleńska to wina Lecha Kaczyńskiego” – tłumaczy.

Kinasiewicz mimo wygranej czuje niedosyt. „Nie zrobiliśmy jako społeczeństwo obywatelskie wszystkiego, co mogliśmy zrobić przez ten czas reżimu”. I tłumaczy, że choć udało się wiele uzyskać (np. swobodę zgromadzeń, rozproszoną kontrolę konstytucyjną), to nadal wiele problemów jest do rozwiązania: choćby kryzys na granicy z Białorusią i pociągnięcie do odpowiedzialności funkcjonariuszy, którzy odpowiadali za nadużycia. "Trzeba pokazać na przyszłość, że takie rzeczy nie mogą się opłacać. By zrozumieli to wszyscy, od posterunkowego po generała Szymczyka” – mówi.

Trzeba też patrzeć na ręce nowej władzy i stworzyć pokolenie aktywistów, które przejmie od nich pałeczkę. Kinasiewicz: „Patrzymy, co się dzieje, czekamy. To nie koniec. Bo to nigdy nie jest koniec”.

Nie odpuszczamy

W Lotnej Brygadzie Opozycji, znanej z dziesiątek happeningów, akcji i protestów wyśmiewających autorytaryzm PiS-u, ludzie są podzieleni: jedni chcą dalej działać, inni – zaprzestać działalności.

Arek Szczurek należy do tych pierwszych. Najistotniejsze dla niego to pociągnąć do odpowiedzialności tych, którzy prześladowali członków Lotnej. Co miesiąc ich legalna kontrmiesięcznica była rozbijana przez policję – mundurowi atakowali ich, jak tylko zaczynali skandować pytania do Jarosława Kaczyńskiego. Wyrywali lub niszczyli im megafony. Utrudniali dojście do miejsca legalnego protestu, szykanowali, śledzili, a przede wszystkim ścigali po sądach.

Od dwóch lat Lotna odpowiada pięknym za nadobne – składa zawiadomienia wobec policjantów, którzy rozbijali ich legalne zgromadzenia. „Popełniali przestępstwa nadużycia uprawnień i niedopełnienia obowiązków. Te sprawy będziemy dalej ciągnąć” – zapowiada Szczurek. Prokuratura Ziobry długo umarzała te zawiadomienia, ale po przegranych przez PiS wyborach, zmieniła zdanie – już niektóre proceduje. Do innych wróciła po nakazie z sądu. „Na ten moment jest ok. 4-5 takich spraw z mojego zawiadomienia” – mówi Stanisława Skłodowska z Lotnej.

Trzy sprawy z zawiadomienia Lotnej przeciwko policjantom trafiły do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasbourgu. W imieniu Lotnej wnioski złożył Jerzy Jurek – ich prawnik pracujący pro publico bono. „Nie odpuszczamy. Ja też nie zawieszam działalności. Jeśli będzie coś sensownego, to idę na akcję” – zapowiada Skłodowska.

Szczurek chce, by zniknęły z warszawskiego placu Piłsudskiego postawione jego zdaniem nielegalnie pomniki PiS – Lecha Kaczyńskiego oraz smoleński. „Nie może być tam elementów przemocy symbolicznej. To widome znaki kaczyzmu, który próbował się w Polsce zainstalować” – tłumaczy Szczurek. Uważa, że te pomniki powinny tak samo zniknąć, jak postumenty epoki socjalizmu w Polsce.

Szczurek także widzi potrzebę dalszych kontrmiesięcznic smoleńskich, jeśli Kaczyński będzie próbował dalej wykorzystywać katastrofę do politycznych harcy.

Także innej broni – happeningów wyśmiewających władzę PiS – część członków Lotnej nie zamierza odkładać na półkę. „W wielu instytucjach nadal rządzą ludzie PiS. Kaczyzm jest nadal groźny, mimo iż przegrali wybory i trochę się przyczaili. On będzie się tlił, a ja chciałbym go zgasić” – kończy Szczurek.

Zamknąć wygłuszone drzwi

Z ulgą wynik wyborów przyjęła Tita Halska z Lotnej Brygady Opozycji.

„Poczułam się, jakby mnie ktoś wypuścił z więzienia po ośmiu latach. Rozglądam się, jestem zdziwiona i nie bardzo wierzę, że już jestem wolna. Marzyłam, by Kaczyński przestał rządzić Polską, o to walczyłam i to się stało. Nie muszę już dalej” – deklaruje. Teraz chce robić to, czego przez ten czas nie robiła.

Wiele lat stałego przebodźcowania, adrenaliny, tłumów, policji, interwencji i stresu, sprawiło, że już nie chce spotykać ludzi.

Pragnie zamieszkać na odludziu i leczyć traumę ośmioletniego opozycjonizmu.

Kupiła z mężem działkę w głuszy – tam planują budować dom. Mimo zmęczenia nie żałuje tych 8 lat.

„Gdy upadł rząd Morawieckiego, w nocy z 11 na 12 grudnia, wyłam do 4 nad ranem. Wypłakiwałam te wszystkie złe rzeczy, które musiały się wydarzyć, by mogła się stać ta jedna – dobra. Teraz chcę zamknąć przeszłość za wygłuszonymi drzwiami i wrócić do życia" – mówi.

;
Krzysztof Boczek

Ślązak, z pierwszego wykształcenia górnik, potem geograf, fotoreporter, szkoleniowiec, a przede wszystkim dziennikarz, od początku piszący o podróżach i rozwoju, a od kilkunastu lat głównie o służbie zdrowia i mediach. Zaczynał w Gazecie Wyborczej w Katowicach, potem autor w kilkudziesięciu tytułach, od lat stały współpracownik PRESS, SENS, Służba Zdrowia. W tym zawodzie ceni niezależność.

Komentarze