Prawa autorskie: AFPAFP
02 czerwca 2022

Orbán znowu chciał torpedować unijne sankcje. Udało mu się ochronić rosyjskiego partiarchę

Węgrzy znów próbowali zablokować szósty pakiet unijnych sankcji wobec Rosji. Viktor Orbán nie chciał, by objęły one moskiewskiego patriarchę prawosławnego Cyryla. Był to jednak tylko pretekst. W rzeczywistości premier Węgier gra o znacznie wyższą stawkę

Weto z opóźnionym zapłonem, ale nieskuteczne. Tak można nazwać rozwiązanie, na które Viktor Orbán postawił w negocjacjach kolejnego pakietu sankcji wobec Rosji. We wtorek wydawało się, że wszystko jest ustalone, a przywódcy państw UE ogłaszali negocjacyjny sukces. Wśród entuzjastów był również premier Mateusz Morawiecki. Zaraz po dograniu zasad politycznego porozumienia, chwalił się, że przekonał partnerów z Grupy Wyszehradzkiej - w tym Węgrów - do akceptacji częściowego embarga na ropę naftową sprowadzaną z Unii. Będzie ono obowiązywać na surowiec trafiający do UE drogą morską (według Brukseli to dwie trzecie całego importu).

Węgrzy fizycznie nie mają możliwości bezpośredniego sprowadzania jej w ten sposób. Podobnie, jak nieco mniej sceptyczni wobec unijnego embarga Słowacy, odbierają surowiec poprzez południową nitkę ropociągu „Przyjaźń”. Można było odnieść wrażenie, że ekipa Viktora Orbána dostała to, o co jej chodziło - czyli dalszy dostęp do rosyjskiej ropy. Dalsza dyskusja wydawała się bezsensowna. W kolejnych dniach ambasadorowie krajów członkowskich przy UE mieli jedynie dograć techniczne szczegóły pakietu.

Orbán ocalił Cyryla, embargo na ropę wejdzie w życie

Stało się inaczej. Węgry postanowiły podwyższyć stawkę i zuchwale postawić na absurdalny na pierwszy rzut oka argument. W ostatecznej dyskusji o sankcjach Budapeszt stwierdził, że nie powinny one dotyczyć patriarchy Cyryla, zwierzchnika rosyjskiej cerkwi. W końcu dopinający szczegóły sankcji dyplomaci postanowili poświęcić ten punkt w imię ważniejszej sprawy. Węgrom udało się ochronić Cyryla, ale embargo na rosyjską ropę - przynajmniej tę dostarczaną morzem - wejdzie w życie. Do tego Polska i Niemcy dobrowolnie zerwą z surowcem tego pochodzenia płynącym północną nitką ropociągu „Przyjaźń”.

Takie posunięcie Budapesztu nie powinno jednak do końca dziwić osób śledzących stosunki węgierskiego rządu z moskiewskim kościołem prawosławnym. Są one bardzo dobre, i to mimo jasnego wsparcia duchownego dla inwazji na Ukrainę.

Patriarcha Cyryl marzy o wspólnej Rusi

Już na początku wojny patriarcha sugerował, że oba narody powinny dążyć do „jedności Świętej Rusi” , w której Ukraińcy i Rosjanie tworzą jeden naród. W ten sposób Cyryl zareagował na słowa potępiającego działania putinowskiej Rosji ukraińskiego metropolity Onufrego. Potem moskiewski duchowny mówił o agresji na zachodniego sąsiada jako o „wojnie obronnej”. Na początku maja stwierdził stwierdził z kolei, że Rosja nigdy w swojej historii nikogo nie napadła, a wszystkie jej działania militarne były zawsze obroną. Wojnę w Ukrainie przedstawiał w kategoriach walki wyższej moralnie Rosji z zepsutym konsumpcjonizmem Zachodem.

”Cyryl [cywilne nazwisko Władimir Gundiajew] wzywa prawosławnych Rosjan do zjednoczenia się wokół historycznego centrum Wszechrusi – grodu Moskwy, bo niełatwo wszystko się układa dla ojczyzny i w jedności jest siła. Wtedy dopiero, jak mówi, Rosja będzie niezwyciężona, gdy będziemy szukać natchnienia w wielkich przykładach naszych rodaków” - pisała na łamach OKO.press Masza Makarowa.

„W rosyjskiej tradycji cerkiewnej sojusz tronu i ołtarza ma długą historię, sięgającą przynajmniej XV w. Reaktywowany w 1943 roku Patriarchat Moskiewski był w pełni kontrolowany przez rosyjskie służby, a bliskie kontakty hierarchów cerkiewnych i władz posowieckiej Rosji stanowią jeden z kluczowych elementów legitymizacji reżimu Władimira Putina” - oceniają analitycy Instytutu Europy Środkowej.

Orbán obrońcą "wartości chrześcijańskich"

Rosyjski duchowny ze szczególną sympatią odnosi się wobec dwóch polityków - Władimira Putina i Viktora Orbána. Temu drugiemu serdecznie gratulował zwycięstwa w niedawnych wyborach parlamentarnych.

„Jest Pan jednym z niewielu polityków europejskich, którzy poświęcają wiele uwagi promocji wartości chrześcijańskich, umacnianiu instytucji tradycyjnej rodziny i norm moralności publicznej” - pisał patriarcha do szefa rządu katolickich Węgier.

Obronę Cyryla przed unijnymi sankcjami można więc odbierać jako pozytywną odpowiedź na te słowa. Sami Węgrzy uważają, że przeciwstawiając się ograniczeniom dla duchownego, bronią... gwarantowanej w Unii wolności wyznania. Prawdopodobnie w nieudanej próbie pokrzyżowania planów reszty państw członkowskich chodziło jednak o coś zupełnie innego.

Cyryl mniej ważny, gra toczy się o coś więcej

W ocenie działania Węgier należy brać pod uwagę pozycję Budapesztu we Wspólnocie. Orbán - podobnie jak Kaczyński z Morawieckim - chciałby iść pod prąd unijnym wartościom, a jednocześnie nadal zyskiwać na dotacjach z Brukseli.

Jednocześnie Budapeszt nie ma wielu kontrargumentów wobec zarzutów Brukseli - a mówią one o kryzysie praworządności czy wolności mediów w zdominowanym przez rządzący Fidesz systemie politycznym. W tej sytuacji ostatnią kartą przetargową jest weto wobec unijnych decyzji. Tym razem Węgrzy używają go w rozgrywce o węgierskie KPO - uważa Andrzej Sadecki z Ośrodka Studiów Wschodnich.

„Te środki od roku są zamrożone. Ani Orbán, ani przedstawiciele jego rządu nie mówią wprost o tym, że te kwestie są powiązane.

Między wierszami można jednak wyczytać, że blokując szósty pakiet sankcji, Orbán i Węgrzy chcieli uzyskać choć część środków z unijnego Funduszu Odbudowy” - mówi OKO.press specjalista OSW.

Węgrzy uzależniają się od Rosji, choć nie muszą

Jednocześnie Orbán nadal próbował torpedować plany naftowego embarga. Co prawda w obecnej formie ten punkt sankcji nie dotyczy Budapesztu, jednak Ursula von der Leyen zapowiadała, że będzie dążyła do całkowitej rezygnacji z rosyjskiej ropy w w całej Unii. Węgierska obstrukcja mogła oddalić nas od dyskusji na ten temat. Budapeszt nie chce ponosić kosztu uniezależnienia się od rosyjskich surowców, choć zdaniem Sadeckiego byłby on przez Węgrów do uniesienia.

O tym, że Orbán przesadza, słychać też ze strony węgierskich komentatorów. Takiego zdania jest byłe kierownictwo państwowego koncernu paliwowego MOL. Jak twierdzą Attila Holoda, były dyrektor ds. badań i produkcji oraz László Miklós, były dyrektor ds. relacji korporacyjnych, wystarczyłoby popracować nad możliwościami ropociągu Adria. To instalacja dostarczająca surowiec z naftoportu w Chorwacji przez Bałkany między innymi do Węgier.

”Rurociągiem Adriatyckim już teraz rocznie może docierać 11-12 mln ton ropy. Po rozbudowie rurociągu, co oznacza głównie wymianę pomp, a nie układanie nowych rur, wartość ta może wzrosnąć do 15 mln” - piszą byli dyrektorzy MOL-u w przesłanej mediom analizie. Według nich surowiec z innych kierunków niż rosyjski jest już przetwarzany przez rafinerie węgierskiego giganta. Dlatego zakłady w słowackiej Bratysławie i węgierskim Százhalombatta będą dobrze przygotowane do przejścia w całości na surowiec z innych kierunków.

Rosja niewiarygodnym partnerem - nawet dla Orbána

Otwarte pozostaje pytanie o to, czy i kiedy Budapeszt zerwie z uzależnieniem od rosyjskich surowców. Nawet jeśli Węgrzy całkowicie zrezygnują z importu rosyjskiej ropy, to w mocy pozostaje długoterminowy kontrakt z Gazpromem. Podpisana rok temu umowa z uzależnioną od Kremla spółką obowiązuje 15 lat.

"Do Orbána prędzej czy później dojdzie jednak, że jego prorosyjska polityka jest krótkowzroczna" - uważa Andrzej Sadecki z OSW. Jak argumentuje, wyczerpanemu sankcjami Putinowskiemu reżimowi zacznie brakować pieniędzy i zasobów, by dokończyć realizowane wspólnie z węgierskim rządem projekty. Zagrożona może być na przykład rozbudowa elektrowni atomowej Paks.

„Przypuszczam, że rząd Orbána będzie stopniowo próbował ograniczyć współpracę z Rosją. Ale w tym momencie chce ugrać jak najwięcej środków z Unii w ramach rekompensaty za zerwanie tych stosunków gospodarczych. Na Węgrzech od lat są dość niskie ceny energii. To fakt często wykorzystywany w rozgrywkach politycznych po stronie Fideszu. Partia musi zachować wiarygodność w oczach swoich wyborców” - uważa Sadecki.

Można więc przypuszczać, że Orbán będzie starał się trząść europejską polityką aż do otrzymania pierwszego przelewu z Funduszu Odbudowy. Wtedy będzie mógł prezentować się zwolennikom Fideszu jako ważny w Europie gracz, którego śmiałe posunięcia przynoszą korzyści.

Udostępnij:

Marcel Wandas

Reporter, autor tekstów dotyczących klimatu i gospodarki. Absolwent UMCS w Lublinie, wcześniej pracował między innymi w Radiu Eska i Radiu Kraków, publikował też w Magazynie WP.pl i na Wyborcza.pl.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne