0:00
0:00

0:00

Wygraną partii Victora Orbana, Fidesz, analizuje Maciej Kisilowski, profesor na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie, doktoryzował się w Szkole Prawa Uniwersytetu Yale, absolwent Uniwersytetu w Princeton, członek Rady Programowej Archiwum Osiatyńskiego

Wczorajsze wybory to brutalnie zimny prysznic dla tych, którzy sądzą, że czas „nieliberalnej demokracji” dobiega końca. Po 8 latach rządzenia Orban wygrywa, uzyskując 48 proc. głosów i 2/3 mandatów w parlamencie. Jeśli do wyborców partii rządzącej doliczymy poparcie dla generalnie jeszcze bardziej skrajnej partii Jobbik, to w trzecich już wyborach parlamentarnych (2010, 2014, 2018), niemal siedmiu na dziesięciu Węgrów popiera nieliberalny populizm.

Przy niewyobrażalnej, niemal 70-procentowej frekwencji, ten wynik to definicja wyborczego mandatu, choć oczywiście całe otoczenie procesu wyborczego (np. w aspekcie wolności mediów) dalekie jest od demokratycznych standardów.

Żelaznemu elektoratowi wystarczy propaganda

Kluczowe dla zrozumienia istoty tego gigantycznego sukcesu jest uświadomienie sobie, wbrew opinii większości polskich komentatorów, że

strategia polityczna Viktora Orbana jest zdecydowanie odmienna od tej, którą realizuje Jarosław Kaczyński i PiS.

Podobny jest stan wyjściowy społeczeństwa na Węgrzech i w Polsce. Upraszczając, w obydwu krajach mamy trzy grupy wyborców. Grupa pierwsza to wyborcy mniej zamożni, spoza dużych miast, żelazny elektorat Fideszu i PiS-u. Grupa druga to wahający się wyborcy z klasy średniej i wyższej średniej. Grupę trzecią można określić jako „mniejszości”, progresywne miejskie elity, intelektualiści, ale też grupy wykluczone np. węgierscy Romowie.

Zarówno w Polsce, jak i na Węgrzech, „nieliberalni demokraci” mają także do dyspozycji podobne zachęty dla wyborców: propagandę i pieniądze.

Na tym jednak podobieństwa obydwu strategii się kończą. Kaczyński bowiem obydwa te cukierki daje swojemu żelaznemu elektoratowi – za pomocą Smoleńska, żołnierzy wyklętych i pasków z TVP Info z jednej strony, oraz transferów socjalnych i inwestycji w swoich matecznikach (np. via Carpatia) z drugiej.

Tymczasem

Orban od początku nie zamierzał zjednywać swojego żelaznego elektoratu kosztownymi programami społecznymi.

Swojej „bazie” daje w zasadzie wyłącznie propagandowy „cukierek”, zresztą znacznie bardziej agresywny i bezceremonialny niż w Polsce. Symbolem stały się już orwellowskie praktyki obklejania całego kraju finansowanymi z publicznych pieniędzy billboardami szydzącymi z Sorosa, uchodźców, czy „Brukseli”.

Żelazny elektorat, nawet jeśli nie dostanie transferów pieniężnych, i tak zagłosuje na Fidesz – jeśli odpowiednio mocno przestraszy się go i przyciśnie. Karykaturalna propaganda to w zasadzie jedyne, co Orban mu oferuje – wydatki publiczne są na Węgrzech jednymi z niższych w regionie, służba zdrowia ledwie zipie, podobnie szkolnictwo.

Przed wyborami w 2014 i w 2018 roku Orban dał tej grupie niewielkie zachęty - np. obniżając rachunki za gaz – ale to były zagrania propagandowe, a nie żaden przemyślany transfer socjalny.

Radykalnie nacjonalistyczny Jobbik powstał między innymi dlatego, że część żelaznego elektoratu Fideszu dostrzegła, że partia rządząca w zasadzie nic jej nie daje; i zaczęła się domagać jakiejś formy transferów socjalnych. Jednak Fidesz kalkuluje, że lepiej mieć podzieloną opozycję z 20 proc. po prawej stronie i kolejnymi (rozdrobnionymi) 30 proc. po lewej niż jeden spójny proeuropejski blok.

Przeczytaj także:

Orban zjednuje sobie klasę średnią

Co Orban robi z zaoszczędzonymi pieniędzmi? Może je wydać na przekupienie wahającej się klasy średniej i wyższej średniej, w tym przedsiębiorców i menadżerów. Do tej grupy wyborców Orban przemawia jednymi z najniższych w Europie podatkami.

Dla wielu liniowa stawka PIT 15 proc. i CIT 9 proc. działa jak narkotyk.

Żadna partia na Węgrzech nie ma po prostu szans dać lepszej oferty małym i średnim przedsiębiorcom.

Fidesz w ten sposób zabiera na pokład przedsiębiorców, menadżerów, ludzi o ponadprzeciętnych dochodach, dla których wartości demokratyczne i sprawy ideologiczne nie są, koniec końców, aż tak istotne.

Przykład Węgier pokazuje, że profesjonalną elitę zaskakująco łatwo kupić.

Możesz mieć najbardziej brudną retorykę i zniechęcający wizerunek, ale niski liniowy PIT daje ci i tak poparcie poważnej części tej grupy.

Dylematy tej grupy potwierdza fakt, że ostateczne poparcie dla Fidesz okazało się zdecydowanie wyższe niż wyniki sondażów exit polls. Widać wyraźnie, że dla wielu wyborców głos na Fidesz jest w pewnym sensie niezręczny, nie chcą się do niego przyznawać.

Kaczyński dociska i zraża profesjonalną elitę takimi działaniami jak nękanie przedsiębiorców w kwestii zwrotów VAT lub ozusowanie całości wynagrodzeń. Miejscy profesjonaliści pozostają więc sceptyczni wobec PiS.

W rezultacie PiS nie był dotąd w stanie zdobyć większości dużych miast w Polsce. Tymczasem mer Budapesztu jest z Fideszu, a jedynym większym miastem, które utrzymało się tam w rękach opozycji, jest Szeged.

Zrozumienie istoty sukcesu Orbana zmienia istotnie ocenę flagowych programów PiS, takich jak 500+. Sukces ten pokazuje w szczególności, że — z punktu widzenia czystej kalkulacji wyborczej — pieniądze na te programy mogą być w pewnym sensie „zmarnowane”.

Bo czy rodzice dwójki dzieci z małego polskiego (czy węgierskiego) miasteczka rzeczywiście zagłosowaliby za liberałami, gdyby nie dostali 500+?

Polityczny Ryanair

Nie tylko w polityce, ale i w biznesie dobra strategia nie „rozpieszcza” ponad miarę klientów, tylko koncentruje się wąsko na ich kluczowych potrzebach. Weźmy tanie linie lotnicze. Ich klienci mogą marudzić na brak posiłku czy irytujące ogłoszenia reklamowe w samolocie, ale i tak, koniec końców, wybiorą tańszy bilet i bezpośrednie połączenie.

Tak samo rozumuje Viktor Orban. Zarówno żelaznemu elektoratowi, jak i klasie średniej sprytnie dozuje wspomniane „cukierki”. Każdej z grup daje to, co jest dla nich najważniejsze – i nic więcej.

Czy PiS może skopiować trik Orbana?

W istocie zatem, Węgry to ostrzeżenie, że konserwatywno-populistyczna strategia polityczna może być jeszcze bardziej skuteczna od tej, którą widzimy u nas, gwarantując rządy na wiele lat a może i dekad.

Dziś przeraża nas, że 40 proc. naszych rodaków daje się nabrać na niebezpieczny populizm; Orban pokazuje, że może to być 70 proc.

Na szczęście, wbrew teoriom tzw. marketingowców politycznych polityki nie kreuje się jak reklam puszki coli. Strategia polityczna jest wynikiem całej drogi rozwoju danego lidera czy formacji. Kaczyński wychował się w głębokim socjalizmie, a działał w orbicie związków zawodowych. Ekonomicznie jest po prostu lewicowy. Orban wychował się dużo później od prezesa PiS, a zaczynał jako liberał.

Nie mam jednak wątpliwości, że w obozie PiS są ludzie, którzy rozumieją istotę sukcesu Orbana i chętnie by ją rzeczywiście (a nie tylko retorycznie) przenieśli na polski grunt. Oby nigdy nie decydowali o strategii rządzącej formacji.

;
Maciej Kisilowski

Profesor prawa i strategii na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Wiedniu. Naukowo zajmuje się strategicznym podejściem do prawa i polityki, publikując w trzech dyscyplinach: prawie, zarządzaniu i naukach politycznych. Współ- autor artykułów naukowych w wiodących czasopismach, w tym w „Law and Social Inquiry” oraz „Business and Society”, oraz czterech książek, w tym Administrategii wydanej w pięciu językach (wyd.pol. Studio Emka 2016). Jego komentarze publikowane były m.in. w „Los Angeles Times”, „Foreign Policy”, „Politico”, „Project Syndicate” i „Haaretz”. Jest współtwórcą i wiceprezesem stowarzyszenia Inkubator Umowy Społecznej (IUS) i współredaktorem Umówmy się na Polskę (Znak 2023) - książki prezentującej kompleksową propozycję reform ustrojowych przygotowaną przez IUS. Absolwent uniwersytetów Yale, Princeton i Inseadu.

Komentarze