Już 14 września 1989 Tadeusz Syryjczyk, minister przemysłu w rządzie Mazowieckiego powiedział, że chce „urynkowienia strajków”. I tak się stało: strajkować można w praktyce tylko w dużych firmach i tylko o pieniądze, niemal całkiem zakazano strajków solidarnościowych i pozbawiono pracowników zapłaty za czas strajku. Jak do tego doszło pisze Wojciech Orliński

Polskie prawo dotyczące prawa do strajku i do zrzeszania się w związkach zawodowych jest źle skonstruowane – co do tego zgadzają się właściwie wszyscy. O przeszkodach, jakie piętrzą się przed pracownikami, którzy chcą zorganizować legalny strajk, OKO.press pisało w tekście: Pracownicy biorą L4, ale chore jest prawo. Zorganizowanie legalnego strajku graniczy z cudem.

W rezultacie strajki w Polsce są skrajnie rzadkie i obejmują niemal wyłącznie tzw. budżetówkę, ale i tutaj nie brakuje problemów. Doświadczają ich właśnie nauczyciele, którzy przez strajk stracili część pensji – rekompensaty starają się wypłacać samorządy, ale ich wysokość i tempo wypłat są bardzo różne.

Ci, którym już udaje się zorganizować legalny strajk, muszą mierzyć się z zestawem powtarzających się pytań, takich jak:

  • Dlaczego domagacie się podwyżek, a nie reformy całego systemu (np. edukacji)?
  • Dlaczego nie zrobiliście strajku solidarnościowego, gdy strajkował ktoś inny?

Odpowiedź na te pytania brzmi najczęściej: bo prawo na to nie pozwala.

Żeby zrozumieć przyczyny tego stanu rzeczy, trzeba sobie przypomnieć społeczną atmosferę, w której przyjmowano kluczowe ustawy w roku 1991.


O tym, w jaki sposób i dlaczego ogromną rzeszę polskich pracowników w praktyce pozbawiono prawa do strajku, pisze dla OKO.press wybitny publicysta i autor książek Wojciech Orliński, z wykształcenia chemik, z zawodu dziennikarz. Od 1997 w „Gazecie Wyborczej”. Jest przewodniczącym komisji międzyzakładowej NSZZ „Solidarność” grupy Agora


Transformacyjna fala strajków

Medialne wspomnienia Okrągłego Stołu i euforii towarzyszącej wyborom 4 czerwca 1989 mają uboczny skutek: na ich podstawie można sobie wyobrazić, że ustrój zmieniano w atmosferze radości, zgody i pojednania. Nic bardziej mylnego. Władze PRL zostały do Okrągłego Stołu zmuszone strajkami z 1988, które po prostu płynnie przeszły w falę strajków z lat 1989-1991.

Jeszcze w maju 1989 stanęło górnictwo węgla kamiennego (m.in. kopalnia Makoszowy) i miedziowego (stanął cały Lubin). Potem strajkowali energetycy, transportowcy (w kilku miastach stanęła komunikacja), budowlańcy, gazownicy, pocztowcy, tkaczki, a także duże (wówczas) zakłady: Cegielski, PaFaWag, Ursus itd.

Powołanie rządu Mazowieckiego (21 sierpnia 1989) tylko chwilowo osłabiło falę strajków. We wrześniu 1989 np. strajkowała Fabryka Mebli Olsztyn, PGM Bolesławiec, a także stacje hodowli i unasienniania w całym kraju – w rolnictwie ogólnie było wówczas niespokojnie.

Solidarnościowcy tracą niewinność

Przywódcy „Solidarności” próbowali początkowo gasić te strajki, ale ze słabnącym powodzeniem. Bywało tak, że w efekcie organizowano je pod szyldem postkomunistycznego OPZZ – albo w ogóle bez żadnej organizacji związkowej. Nawet te próby gaszenia definitywnie zakończyła w 1990 roku tzw. „wojna na górze”, czyli rozpad obozu solidarnościowego (formalnie ogłoszony przez Lecha Wałęsę w czerwcu 1990, ale podskórnie trwający co najmniej od lutego).

Dochodziło do sytuacji paradoksalnych i trudnych do wyobrażenia sobie dla współczesnego człowieka. Wiosną 1991 Adam Glapiński, minister budownictwa w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego (utworzonym przez tych polityków, którzy w „wojnie na górze” poparli Lecha Wałęsę), wezwał związkowców z „Solidarności” Zakładów Mechanicznych „Ursus” do protestowania przeciwko rządowi, w którym sam zasiadał (!), żeby przyśpieszyć prace nad szykowanymi przez niego projektami ustaw.

Według GUS, od stycznia do września 1990 łącznie 31,200 Polaków uczestniczyło w 131 oficjalnie ogłoszonych akcjach strajkowych w całym kraju – dużych i małych. Strajkowali m.in. jeleniogórscy pocztowcy, łódzcy handlowcy, mazowieccy młynarze, gdańscy portowcy, studenci (w całym kraju) i pomorscy kolejarze. W większości te strajki były skuteczne – kończyło je przyznanie pracownikom podwyżek.

Przede wszystkim jednak w całym kraju strajkowali rolnicy, m.in. blokując drogi i okupując gmach ministerstwa oraz PGR-y przeznaczane do likwidacji. Ich strajki były na ogół przegrane, a do tego 15 czerwca 1990 miał miejsce tzw. „kryzys mławski” – po raz pierwszy od transformacji ustrojowej, policja zagroziła użyciem siły przy przełamywaniu blokady drogowej.

To była dla solidarnościowej ekipy swoista utrata niewinności. Odpowiadając na interpelację poselską w tej sprawie 22 czerwca 1980, minister pracy i polityki społecznej Jacek Kuroń, wygłosił słynną wówczas deklarację: „Jak ktoś chce być powszechnie lubiany, to powinien grać w orkiestrze”.

„Urynkowienie strajków”

Formalnie nadal obowiązywało w tej dziedzinie – podobnie jak w większości pozostałych – prawo z okresu PRL. Prace nad nowymi ustawami o związkach zawodowych i o strajkach (w prawnym języku – „sporach zbiorowych) trwały od 1990. Priorytetem dla projektodawców było takie ich napisanie, żeby trwającą nieprzerwanie od 1988 roku falę strajków ukrócić.

Już 14 września 1989 Tadeusz Syryjczyk, nowy minister przemysłu w rządzie Mazowieckiego powiedział w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, że jego intencją jest „urynkowienie strajków”.

„To musi stać się przedmiotem kalkulacji: ile się wygra na zwycięskim strajku, ile funduszy związkowych pochłonie strajk przegrany, ile stracimy, gdy pracodawca zbankrutuje. Sytuacja obecna – strajku bez ryzyka, jest w systemie, do którego zmierzamy, nieznana” – powiedział.

Ostatecznie 23 maja 1991 w Sejmie przyjęto „Ustawę o rozwiązywaniu sporów zbiorowych”, która obowiązuje w zasadzie do dzisiaj i określa, o co można, a o co nie można strajkować.

Strajk? Tylko o pieniądze.

Zgodnie z jej art. 1, strajkować można w praktyce tylko o pieniądze.

  • Przeczytaj art. 1 Ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych

    Art.1. Spór zbiorowy pracowników z pracodawcą lub pracodawcami może dotyczyć warunków pracy, płac lub świadczeń socjalnych oraz praw i wolności związkowych pracowników lub innych grup, którym przysługuje prawo zrzeszania się w związkach zawodowych.

„Strajk kobiet”, „strajk dla klimatu”, „strajk w obronie LGBT” i tym podobne, możliwe są tylko za zgodą pracodawcy, więc de facto nie są strajkami.

Dlatego nie miały sensu zarzuty pod adresem nauczycieli, że strajkowali o pieniądze, a nie o kwestie programowe. Postulaty „idealistyczne” nie dają się urynkowić, a więc nie przewidziano ich w ustawie.

Nie miały też sensu zarzuty do innych branż, że nie robią w obronie nauczycieli strajków solidarnościowych. Te w ustawie niemal całkowicie zakazano (wyjątek zrobiono dla rzadkiej sytuacji, w której ktoś chce strajkować w obronie ludzi, którzy mają ustawowy zakaz strajkowania).

Strajk bez zwycięstwa to strajk bez zapłaty

Celem „urynkowienia strajku” przewidziano w ustawie zapis o niepłaceniu za strajk. W razie wygranej można oczywiście zażądać od pracodawcy uwzględnienia takiego postulatu w porozumieniu kończącego protest – ale w razie zakończenia czy też zawieszenia strajku bez zwycięstwa pracownicy mają boleśnie odczuć finansowe konsekwencje.

Ten zapis spotkał się z ogólnym poparciem posłów uczestniczących w dyskusji, niezależnie od podziałów politycznych – postkomuniści i zwolennicy różnych nurtów postsolidarnościowych zgadzali się z potrzebą finansowej kary za przegrany strajk. Jacek Kuroń, wtedy już były minister, uzasadnił to potrzebą powstrzymywania gospodarki przed „nieodpowiedzialnymi zachowaniami”, w których pracownicy „będą na zasadzie zmowy organizować taki strajk, w którym wszyscy będą brali pieniądze i jednocześnie wszyscy będą strajkować. To bez trudu można w zakładzie zrobić”.

Strajk – niemożliwy bez związku zawodowego

Jeszcze ważniejsze skutki ma art. 2 ustawy, mówiący o tym, kto ma prawo do strajku.

Strajk może zorganizować wyłącznie związek zawodowy. W praktyce więc, jeśli ktoś pracuje w firmie, w której żaden związek nie działa – nie ma prawa do strajku (wbrew pozorom, to zgodne z konstytucją, która zgodnie z art. 59 ust. 3 przyznaje to prawo wyłącznie związkom zawodowym).

W ustawie ten zapis – razem z dodatkowym zaostrzeniem w postaci wymogu zorganizowania referendum strajkowego – znalazł się na prośbę Michała Boniego, wtedy ministra pracy i polityki socjalnej w rządzie Bieleckiego. Nie był posłem, więc formalnie jego prośbę zgłosiła jako poprawkę posłanka Maria Dmochowska (wówczas ROAD, potem UD i UW).

Szkopuł w tym, że równolegle pracowano wówczas nad ustawą o związkach zawodowych – przyjętą 23 maja 1991 i mimo licznych zmian, zasadniczo obowiązującą do dzisiaj. Wbrew konstytucji, która prawa do zrzeszania się w związkach daje wszystkim obywatelom (Art 59 ust 1), ustawa przyznawała to prawo tylko pracownikom etatowym.

Niezgodność z tej ustawy z Konstytucją RP potwierdził Trybunał Konstytucyjny 2 czerwca 2015. Poprawiono ją jednak dopiero 5 lipca 2018 (z mocą od 1 stycznia 2019)!

W małych firmach nie zastrajkują

Większym problemem jest to, że ustawa przyznaje kluczowe uprawnienia zakładowym organizacjom związkowym. Te muszą mieć co najmniej 10 członków.

Jeśli więc ktoś pracuje w małej instytucji, to nawet jeśli mu się uda zapisać do istniejącej organizacji albo założyć nową, to dopóki nie znajdzie 9 innych związkowców u siebie w firmie, niewiele mu to da w praktyce.

Ta konstrukcja jest korzystna dla dużych central związkowych, działających w dużych przedsiębiorstwach. Utrudnia jednak (a w praktyce wręcz uniemożliwia) uzwiązkowienie pracowników usług, gastronomii, drobnego handlu czy nowych technologii – de facto pozbawiając kelnerów, grafików komputerowych, sprzedawców w butikach (itd.) prawa do strajku.

Prawo z innej epoki

Politycy mieli w latach 1989-1991 swoje racje, dla których ułożyli te dwie ustawy tak, a nie inaczej. Starałem się tu je przedstawić – udało mi się to lub nie, ale jedno nie ulega wątpliwości: te racje dotyczyły zjawisk społecznych, po których 30 lat później nie ma już śladu. Opisy tamtych strajków dziś się czyta jak relację z innej planety.

Te dwie ustawy w swoim zasadniczym kształcie obowiązują do dzisiaj, a w rezultacie prawo nie przewiduje należytej ochrony dla przedstawicieli wielu branż. Paradoksalnie, pracują w nich najczęściej młodzi ludzie – kelnerzy, graficy, sprzedawcy itd. – których w roku 1991 jeszcze nie było na świecie.



Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press