23 czerwca 2022

Otoczyli aktywistów, byli uzbrojeni, mieli mundury i... żadnych oznaczeń jednostki. Dziś rozprawa

W styczniu 2022 roku aktywiści zostali wezwani do 19-letniego Syryjczyka, którego stan był ciężki. Podczas interwencji zostali otoczeni przez niezidentyfikowanych ludzi z bronią i w mundurach. Dziennikarzom OKO.press, którzy byli na miejscu, ci „wojskowi" zabrali telefony. Aktywiści złożyli zażalenie do sądu

Okolice Mielnika nad Bugiem, Podlasie. 10 stycznia 2022, tuż przed północą aktywiści Ocalenia poinformowali, że w lesie za granicą strefy znajduje się nieletni cudzoziemiec w bardzo złym stanie. „Prawdopodobnie będziemy wzywać pogotowie, potrzebne wsparcie” – pisali.

Dziennikarze OKO.press ruszyli na miejsce. W pewnym momencie kontakt z aktywistami się urwał i na miejsce doprowadziła dziennikarzy karetka na sygnale. W lesie były już umundurowane, ale niezidentyfikowane służby, ratownicy i aktywiści. Okazało się, że podczas interwencji aktywistów otoczyli ludzie z bronią, kazali im trzymać ręce z dala od ciała, zabronili używać telefonów (to dlatego kontakt się urwał), krzyczeli, wydawali rozkazy, byli aroganccy i agresywni. A przede wszystkim nie chcieli powiedzieć nie tylko, jak się nazywają i za co zatrzymują, ale nawet z jakiej formacji/jednostki są. W tym samym czasie nieprzytomnego i wyziębionego (było -10 stopni C) Syryjczyka ratownicy nieśli do karetki.

„Zielone ludziki" zabroniły także dziennikarzom OKO.press korzystać z telefonów. Jeden telefon skonfiskowali, drugi dziennikarka OKO.press zdążyła schować pod kurtkę. Całą interwencję opisaliśmy w dwóch tekstach:

Aktywiści złożyli w sądzie zażalenie na zatrzymanie. 23 czerwca o 10:00 odbyło się pierwsze posiedzenie sądu (Sąd Rejonowy w Bielsku Podlaskim, oddział w Siemiatyczach) w tej sprawie.

Aktualizacja z godziny 13.00: Kolejne posiedzenie zaplanowano na 8 września. Dziennikarka OKO.press będzie wzywana na świadka. Z informacji uzyskanych podczas posiedzenia wiemy, że niezidentyfikowaną formację okazało się wojsko - 10 Brygada Kawalerii Pancernej.

Postanowienie będzie miało duże znaczenie - zarówno dla dziennikarzy, jak i aktywistów niosących pomoc na granicy polsko-białoruskiej. Pokaże, czy jest szansa na to, że skandaliczne praktyki służb na granicy oraz kryminalizacja pomocy migrantom zostaną poddane jakiejkolwiek kontroli.

Oto opis interwencji, którego autorem jest obecny na miejscu aktywista Fundacji Ocalenie Tomasz Thun-Janowski.

Nasza interwencja w nocy z 10 na 11 stycznia 2022 roku pod wsią Sutno koło Mielnika (poza strefą zakazu wstępu) miała na celu uratowanie życia lub zdrowia I.K, 19-letniego syryjskiego uchodźcy, o którym wiedzieliśmy, że zagraża mu bezpośrednie niebezpieczeństwo. Miał chore nerki, nie mógł chodzić z powodu bliżej nieznanego nam urazu nóg, był wyczerpany i wychłodzony. Był sam. Nie miał telefonu. Temperatura w nocy wynosiła około -8/-10 stopni C.

Nasze informacje o jego lokalizacji nie były precyzyjne, dlatego bezskutecznie szukaliśmy go w lesie przez około 30-40 minut. By móc sprawniej poruszać się w trudnym terenie, zostawiliśmy na skraju lasu cały nasz sprzęt – plecaki z ciepłym ubraniem, żywnością i gorącymi napojami, śpiworem, kocami termicznymi, plecak medyczny, defibrylator, namiot NRC i inny sprzęt ratowniczy.

Około godziny 1.30 w nocy zobaczyliśmy zbliżające się do nas silne światła szperaczy zainstalowanych na ciężarowym samochodzie i liczne światła czołówek. Wyszliśmy z lasu z zapalonymi latarkami wyraźnie i jasno przedstawiając się oraz tłumacząc cel naszej interwencji ludziom, którzy znaleźli się wokół nas. Byli uzbrojeni w długą broń, mieli na sobie mundury z naszywką polskiej flagi na ramionach, kominiarki, hełmy i żadnych oznaczeń jednostki, z której pochodzili. Otoczyli nas, oświetlali czołówkami, kazali trzymać ręce na widoku, daleko od ciała. Nie przedstawili się, zabronili wyjmować i korzystać z telefonów. Na nasze pytania, z kim mamy do czynienia i jaka jest podstawa naszego zatrzymania słyszeliśmy wulgarne słowa i rozkazy nieporuszania się, niefilmowania, oddania dokumentów i telefonów. Powtórzyliśmy, że jesteśmy członkami organizacji humanitarnej i że szukamy człowieka, który by przeżyć, potrzebuje pilnej pomocy medycznej. Prosiliśmy kilkukrotnie, by zatrzymujący nas ludzie pozwolili zabrać nasz sprzęt ratunkowy i poszli z nami szukać potrzebującego pomocy człowieka. Nikt nie odpowiadał na te apele. Czas mijał – staliśmy tak, czekając nie wiadomo na co, około 45 minut.

Każda nasza próba skorzystania z telefonu (kontaktu z prawnikiem, macierzystą organizacją, nagranie zdarzenia), każde nasze pytanie o to, kim są ludzie, którzy nas otoczyli, każde nasze pytanie o faktyczną i prawną podstawę zatrzymania nas i uniemożliwienia niesienia pomocy, od której mogło zależeć ludzkie życie, spotykała się ze słowną agresją i groźbami.

Kiedy nalegaliśmy, by ludzie, którzy nas zatrzymali przedstawili się, przełożony oddziału wydał komendę odbezpieczenia broni.

Stało się jasne, że agresorzy bardziej niż ratowaniem człowieka byli zainteresowani tym, by po ich interwencji nie został żaden ślad, dowód, zdjęcie czy film. Czas mijał, byliśmy otoczeni przez uzbrojonych ludzi bez słowa wyjaśnienia przez około godzinę, może półtorej. W lesie obok leżał człowiek, który potrzebował natychmiastowej pomocy.

Po około półtorej godziny okazało się, że wezwanie do Syryjczyka otrzymała także inna organizacja humanitarna. Mieli dokładniejsze informacje o jego lokalizacji i udało im się do niego dotrzeć. Stan chłopaka był poważny, grupa wezwała karetkę. Kiedy przyjechali ratownicy, uzbrojeni napastnicy przeprowadzili nas pod eskortą do samochodu policji. Tu okazało się, że zatrzymanych jest więcej – były tam członkinie innej organizacji humanitarnej, a także reporterzy OKO.press, których powiadomiliśmy o prawdopodobnej potrzebie wezwania ambulansu jeszcze jadąc na interwencję (robimy tak zwykle, by zminimalizować ryzyko push-backu - kiedy wzywamy karetkę wiemy, że przyjedzie razem ze Strażą Graniczną).

"Służby" – mimo wyraźnych komunikatów, że mają do czynienia z prasą – im także zabrali telefon i dokumenty.

Z daleka obserwowaliśmy więc akcję ratowniczą – na kocu z lasu znoszono do karetki mężczyznę. Napastnicy nie pozwolili nam podejść do medyków, by przekazać, co wiemy o stanie jego zdrowia. Członkini zespołu ratowniczego z wnętrza karetki na migi pokazała nam tylko, że podpięty już do kroplówki człowiek w konwulsjach żyje i wiozą go do szpitala w Siemiatyczach.

Dwaj policjanci, którym zostaliśmy przekazani (choć nadal pilnowali nas uzbrojeni, umundurowani ludzie) nie potrafili odpowiedzieć nam na pytania, na jakiej podstawie jesteśmy zatrzymani, kim są napastnicy, czy możemy otrzymać z powrotem nasze dokumenty i telefony, czy możemy nagrywać zdarzenie oraz czy możemy pójść po nasz ratunkowy sprzęt. Policjanci wyglądali na zaskoczonych i skonfundowanych całą sytuacją. Kiedy karetka z poszkodowanym odjechała, uzbrojeni mężczyźni szybko zapakowali się na ciężarówkę i odjechali.

Chcieliśmy pojechać za karetką pod szpital, żeby dowiedzieć się czegoś o stanie zdrowia I. Policjanci oddali nam dokumenty i telefony. Pozwolili nam także pójść po nasz pozostawiony na skraju lasu sprzęt.

Mimo, że kilkukrotnie przeszukaliśmy teren, gdzie położyliśmy nasze plecaki, niczego nie znaleźliśmy. Całe ratunkowe wyposażenie zniknęło.

Policjanci odmówili przyjęcia zgłoszenia kradzieży i poradzili jechać do najbliższego otwartego komisariatu. Była mniej więcej 4. nad ranem, a komisariat znajdował się około 25 km dalej. Pojechaliśmy zgłosić kradzież. Policjant w komisariacie po długich tłumaczeniach zgodził się przyjąć zawiadomienie o kradzieży, ale w międzyczasie ustalił, że sprzęt znajduje się w placówce Straży Granicznej oddalonej o kolejne 30 km. Dojechaliśmy tam po godzinie 6 rano. Po jakimś czasie wyniesiono nam nasze plecaki i rzucono je przed bramę. Przy okazji zapytaliśmy strażnika granicznego, jak to się stało, że sprzęt się znalazł akurat tu i jaka jest procedura jego zwrotu. Okazało się, że procedury nie ma. Dowiedzieliśmy się także, że by sprzęt nam więcej nie ginął, nie powinniśmy tu przyjeżdżać, tylko udać się prędko na Białoruś. Tu - usłyszeliśmy - nie mamy nic do roboty, bo ludzie, którym niesiemy pomoc, to nie Polacy.

Było około 7. rano, musieliśmy położyć się spać. Kiedy obudziliśmy się wczesnym popołudniem dotarła do nas informacja, że młody Syryjczyk, zabrany karetką do szpitala został po kilku godzinach wyrzucony do Białorusi. Nie wiem, czy 19-letni I. przeżył.

Ponad pół roku po zdarzeniu nie wiemy, kto nas zatrzymał i na jakiej podstawie. Wiemy jednak, że świadomie uniemożliwiono nam prowadzenie akcji ratunkowej w zdarzeniu zagrażającym życiu i zdrowiu poszkodowanego człowieka.

Trudno określić, co jest bardziej wstrząsające - stan ludzi, którym niesiemy pomoc humanitarną na granicy, fakt, że ich kondycja jest bezpośrednim efektem politycznej decyzji o nieprzestrzeganiu procedur wobec uchodźców zapisanych w polskim i międzynarodowym prawie, czy represje służb państwowych stosowane wobec aktywistek i aktywistów ratujących ludzkie życie?

O losie, cierpieniu, zdrowiu i życiu uchodźców po polskiej stronie granicy decydują młodzi uzbrojeni mężczyźni, anonimowi, często działający w środku nocy i zawsze poza jakąkolwiek kontrolą społeczną. Często to od ich nastroju zależy, czy wyrzucą kogoś za druty, czy przewiozą do placówki Straży Granicznej, by przyjąć wniosek azylowy. Czy wobec aktywistów użyją kajdanek albo zatrzymają na 48 h, zrobią rewizję „na blachę”, zabiorą dziennikarzom kamery i telefony, czy tylko rzucą koszarowy żart i zostawią w spokoju? Nie ma w tych zachowaniach żadnego śladu systematyczności, procedur, tym bardziej prawa i szacunku do drugiego człowieka.

Nieuzasadniona i nadmiarowa przemoc polskich służb jest na granicy polsko-białoruskiej codziennością.

Dotyka ona po równo mężczyzn, kobiety i dzieci. W każdym wieku i w każdym stanie fizycznym. Ten festiwal przemocy nie zna miary i brakuje mi słów, którymi można by go opisać.

Dotychczasowy brak zainteresowania ustaleniem sprawców naszego zatrzymania nie jest zaskoczeniem (przemoc na granicy jest bezkarna w wyniku decyzji najwyższych władz państwowych), ale budzi mój głęboki sprzeciw. To świadome désintéressement obciąża nie tylko bezpośrednich uczestników i sprawców przemocy, członków i dowódców jednostek, które w nich uczestniczą, ale także – a może nawet przede wszystkim – ich przełożonych i politycznych mocodawców, z ministrami nadzorującymi te służby włącznie. Środowiska prawnicze i humanitarne organizacje pozarządowe wielokrotnie raportowały, że Polska na swojej wschodniej granicy nie przestrzega Konstytucji RP, macierzystego i międzynarodowego prawa azylowego oraz gwałci prawa człowieka. Mimo to polityka wywózek i przemoc na granicy dzieją się nadal.

Temu bezprawiu, tej uzasadnionej jedynie ohydnym i niegodziwym politycznym interesem przemocy, trzeba postawić tamę. Teraz. Choć „teraz” to przecież już jest za późno.

Wiemy o co najmniej 16 ofiarach śmiertelnych po polskiej stronie, liczby zmarłych w strefie, do której nie mają wstępu ani lekarze, ani pomoc humanitarna, ani media, nie znamy.

Ofiar wywózek na stronę białoruską najprawdopodobniej nie poznamy nigdy. Tak jak nie dowiemy się zapewne, czy I.A. przeżył styczniowy push-back.

Ta katastrofa nie dotyczy wyłącznie osób uwięzionych na granicy. Ona zatruwa także nasze instytucje i przestrzeń publiczną, język, społeczeństwo i degeneruje państwo. Nasza społeczna reakcja jest już spóźniona i niewystarczająca, ale jeśli i dziś jej zaniechamy, ucierpi na tym nie tylko nasza wrażliwość, wzajemne zaufanie, czy praworządność. W istocie poddajemy w wątpliwość naszą zdolność do stanowienia jakiegokolwiek ładu publicznego, który nie jest oparty na tępej sile wspierającej partyjny interes.

Nierozpoznanie przez państwo w ludziach na granicy równych nam istot jest dla mnie porażające, nie mogę tego zrozumieć, ani się z tym pogodzić. Silniejszy nie może odmawiać człowieczeństwa słabszemu.

Ten, który, w imię rzekomego bezpieczeństwa może przegłosować w sejmie nieludzkie prawo, nadal nie ma racji. Ten, który nie ratuje umierającego w styczniowa noc człowieka, nigdy nie będzie stał po słusznej stronie.

Działania anonimowych służb mundurowych 11 stycznia 2022 roku pod Sutnem były bezprawne, nieproporcjonalne do sytuacji, charakteryzowała je agresja i przemoc. W ich efekcie uniemożliwiono nam udzielenie przedmedycznej pomocy osobie, której życie było narażone na bezpośrednie niebezpieczeństwo. Ta sytuacja nie była pojedynczym, wyizolowanym przypadkiem, podobne zachowania służb zdarzały się wcześniej. To nie był błąd czy wypadek przy pracy. To efekt strategii przyjętej przez rząd, usiłujący nam wmówić, że chodzi o ochronę granic przed zagrażającym nam rzekomo niebezpieczeństwem ze strony osób migrujących z terenów ogarniętych wojną, prześladowaniami czy głodem.

Chcę mieć nadzieję, że niezawisły sąd podzieli moje obawy i nakaże prokuraturze ściganie oraz pociągnięcie do odpowiedzialności tych, którzy odpowiadają za nasze bezprawne zatrzymanie i uniemożliwienie ratowania I.A. w styczniu 2022. Całą resztę musimy naprawiać sami.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne