Film chwali wyłącznie prasa związana z obozem PiS. Trudno znaleźć pozytywne recenzje, które nie pochodziłyby z jej łamów. Ale nawet w obozie prawicy pojawiły się wątpliwości

Film Smoleńsk zanim jeszcze wszedł na ekrany należał do najbardziej komentowanych premier roku. Od początku dyskusja wykraczała poza ramy krytyki filmowej, miała wyraźnie polityczny wymiar. Widać go było także w recepcji filmu, przebiegającej silniej niż jakakolwiek premiera w ostatnich latach (może za wyjątkiem Historii Roja) według politycznych linii.

Pokazy dla wybranych

Ten polityczny podział zaczął się już od selekcji dziennikarzy, którym pozwolono zobaczyć film przed premierą. Wbrew praktyce branży i samego dystrybutora, na ogół dobrze współpracującego z mediami, nie zorganizowano wcześniejszego pokazu prasowego. Niewielu dziennikarzy trafiło na premierę w Teatrze Narodowym. Kilku udało się dostać na wcześniejsze pokazy w tygodniu premiery, o których dystrybutor informował według niejawnego klucza.

W mediach bliskich PiS – tygodnikach „wSieci” i „Do Rzeczy” – duże teksty o filmie ukazały się już 5 września, cztery dni przed premierą. Dystrybutorom na ogół zależy na jak najszerszej obecności filmu w prasie. Ograniczony dostęp dają dziennikarzom albo wtedy, gdy dystrybuują wielkie hity, które i tak się sprzedadzą w kinach i nie potrzebują recenzji albo wtedy, gdy wiedzą, że na przychylne recenzje film nie będzie mógł liczyć. Z tego powodu żadnych wcześniejszych pokazów dla prasy nie zorganizowali np. producenci Kac Wawy.

Prawda czasu, prawda ekranu

Najbardziej entuzjastycznym rzecznikiem Smoleńska w prasie pozostaje jak dotąd Piotr Zaremba. W pełnym patosu tekście w „wSieci” stawia on dziełu Antoniego Krauzego pomnik. „Największym atutem filmu […] jest jego przejrzystość, prostota” – zaczyna. – „Krauze zdecydował się na formę oszczędną, wręcz ascetyczną. […] nie chciał zakłócać ozdobnikami procesu dochodzenia do prawdy”. W efekcie powstać miał film godny „najbardziej antyestablishmentowych filmów zachodnich”, dzieło, które

„wpisuje się w tradycję filmowych obrazów zaglądających za kulisy wielkiej polityki, ale też upominających się o pamięć. O ludzi, których chce się przysypać piaskiem wymuszonej amnezji”.

„Prawda” jest słowem kluczem w recepcji Smoleńska przez prawicę.

Z jednej strony chodzi o „prawdę” o tym, „co naprawdę wydarzyło się 10 kwietnia w Smoleńsku”. Z drugiej o „prawdę” o tym, jak po 10 kwietnia media manipulowały rzeczywistością i atakowały tych, którzy dążyli „do wyjaśnienia prawdy”.

„W ostateczności znaczna część filmu to traktat o mechanizmie rządzącym mediami, które korzystając z pozornej wolności, a tak naprawdę ze stanu głębokiej nierównowagi preparują rzeczywistość”.

Zdaniem Zaremba oba te wymiary prawdy są przekonująco ukazane w Smoleńsku. „Sam mam wątpliwości wobec pary szczegółowych domniemywań autorów scenariusza, ale muszę zarazem stwierdzić, że równie spójnego i przekonującego wywodu nikt inny nie dokonał”. Autor „wSieci” nie precyzuje niestety, którą z licznych podanych w filmie teorii spiskowych uważa za wątpliwą.

Podobnie do Zaremby o „prawdzie” filmu mówił po premierze Jarosław Kaczyński: „To jest film, który mówi prawdę o Smoleńsku”.

„Film zachowuje wierność faktom” – deklaruje na łamach Niezależnej.pl Grzegorz Wierzchołowski. „Na kimś, kto podejdzie do filmu bez uprzedzeń, nagromadzenie faktów na temat medialnych manipulacji, tajemniczych śmierci i naukowych ustaleń ws. katastrofy powinno zrobić wrażenie”.

Ostrożniejsi są inni autorzy z prawej strony. Łukasz Adamski w portalu „wSieci” pisze, że choć nie jest zwolennikiem tezy o zamachu, to ta „wizja artystyczna” tego zdarzenia do niego przemawia. Zaznacza przy tym, że „film nie jest wolny od artystycznych potknięć”. Wskazuje na nie także Wierzchołowski.

Krytyka i szantaż moralny

Prawicowi autorzy na wstępie ustawiają przy tym twórców filmu w roli niemalże męczenników, którzy podjęli decyzję o nakręceniu filmu „w czasach wyjątkowo takiej twórczości niesprzyjającym”, gdy prawda ginęła „we wrzawie zatupywań i zgiełku prowokacyjnych, perfidnie tkanych pseudoustaleń” (Zaremba).

Po premierze wtórował mu Paweł Kukiz: „ To odreagowanie na wcześniejsze zakłamania”.

Także dziś, jak głosi lead w tekście Wierzchołowskiego, film będzie obiektem „zbyt zjadliwej krytyki jego artystycznych walorów”, a także przedmiotem ataku „proputinowskich cyngli”. Piotr Zaremba: „W niezdecydowanym, wykrzywionym, mechanicznym, pytającym uśmiechem obliczu bohaterki ewentualni krytycy [filmu] powinni dostrzec samych siebie. Nie wiem tylko, czy będzie ich na to stać”.

Trudno nie dostrzec tu moralnego szantażu wobec tych, którzy wychwalanej przez Zarembę wizji Krauzego nie kupią.

Nieprzekonująca propaganda?

A ci znajdują się i w obozie Zaremby. Grający w filmie aktor Redbad Klijnstra napisał na  twitterze po seansie w piątek: „Rozumiem, że wyszło jak wyszło, ale jednak szkoda, że tak wyszło”.

Andrzej Horubała w bardzo przytomnym tekście w „Do Rzeczy” zauważa, że film w ogóle nie stawia prawdziwej politycznej czy społecznej diagnozy. „Twórcy filmu wolą, by całe zło ucieleśniali ruski agent, telewizyjny karierowicz i bawiący na nartach w Dolomitach Tusk”, tymczasem „demoniczni manipulatorzy nie tłumaczą […] plemiennego podziału, który rozdziera nasz naród”.

Horubała zwraca też celnie uwagę na to, że film jest politycznie spóźniony. „Jeszcze rok temu finał na Krakowskim Przedmieściu byłby mocnym memento, łącząc się z wypowiadanym w filmie przekonaniem, że NATO zna prawdę o smoleńskiej katastrofie i tylko obłudny rząd uniemożliwia nam jej poznanie. Po zwycięstwie PiS zdania te brzmią mało przekonywająco”.

Na to, że film nie spełnia swojego podstawowego zadanie i nie przekonuje zwracają też uwagę recenzenci filmowych portali.

„Kino propagandowe ma przekonywać nieprzekonanych, zmiękczać przekaz i ukrywać intencje twórców za fasadą «spełnionego dzieła artystycznego». Słowem, być czymś, czym nigdy nie będzie poglądowa czytanka” – pisze Michał Walkiewicz na łamach „Filmwebu”.

„Trudno mi wierzyć, że ten film będzie w stanie przekonać kogokolwiek, kto nie jest już o tym od dawna przekonany”– wtóruje mu na portalu „naEkranie” Kamil Śmiałkowski.

Polityka tragedii

O „Smoleńsku” pisały także media krytyczne wobec PiS. Wskazywały na upolitycznienie tragedii, jakiego dokonuje film i jego rolę w pisowskiej polityce wynoszącej Smoleńsk do rangi nowego narodowego mitu. Na łamach „Gazety Wyborczej” pisał Roman Pawłowski:

W innych okolicznościach politycznych ten film można by odczytać jako fantazję na temat polskiej, szalonej mitologii romantycznej […] Ale dzisiaj, gdy wiara w zamach i kult ofiar smoleńskich zamienia się w państwową religię, film Antoniego Krauzego, staje się elementem propagandy i fundamentem nowej polityki historycznej PiS.

Bardziej koncyliacyjny był Paweł Bravo na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Zauważył, że Smoleńsk „obfituje w złośliwe, czasem żenujące, sceny i aluzje, wstawione dla pokrzepienia serc widowni przychylnej PiS-owi i niechętnej III RP”, ale podkreśla, że film „nie wzywa do pogłębienia smoleńskiego podziału”.

Wbrew wyprzedzającemu atakowi Zaremby trudno te głosy uznać za traktowanie filmu w szczególnie napastliwy sposób.

Propaganda w erze web 2.0

Napastliwa była za to reakcja części widzów. W dniu premiery ktoś dokonał trollingu strony filmu na portalu Internet Movie Data Base – największej na świecie bazy danych o filmach, którą współedytować mogą jej użytkownicy.

Gatunek filmu określono jako „fantasy”, ale to był dopiero początek. Ktoś opisał proporcję kadru jako 21:37 (godzina śmierci Jana Pawła II), do występujących w filmie aktorów dopisano Jarosława Kaczyńskiego (w roli Wodzireja) i Beatę Kempę (w roli Brzozy), przez krótki czas opis fabuły brzmiał „Prawicowy rząd desperacko potrzebuje męczenników, więc kreuje ich przy pomocy tego komicznego musicalu, gdzie jedne kłamstwa prowadzą do jeszcze większych”. Jako „fotosy z filmu” na stronę trafiły memy ośmieszające Antoniego Macierewicza. Do dnia premiery stronę wyczyszczono z tych żartów. Ale po tysiącu oddanych głosów film oceniany jest na 1 gwiazdkę na 10.

Można różnie oceniać takie działania, ale pokazują one na fundamentalną słabość politycznego projektu, jakiego częścią jest Smoleńsk. Opiera się on na narzędziach rodem z XX wieku – kinie i telewizji. Zapomina, że stosowane w mało subtelny sposób łatwo mogą stać się przeciwskuteczne.

Dzięki sieci 2.0 opór wobec nich bardzo łatwo zyskać może globalną widoczność – nawet większą niż sam film Krauzego.

Jakub Majmurek jest publicystą i krytykiem filmowym związanym m.in. z „Krytyką Polityczną”.

Abonament na wolność słowa

Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) “Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym