27 kwietnia 2020

Pełczyńska-Nałęcz: Jak leczyć chory świat? Czas na rozważną rewolucję

Kryzys zdrowotny obnażył i spotęgował problemy narastające od lat. Dalsze ignorowanie tych wyzwań może prowadzić do dużo gorszych kryzysów niż ten, który przyniósł koronawirus. Dlatego dzisiaj potrzebne jest już nie tyle ratowanie starego świata, ile jego przebudowa - pisze socjolog i politolog Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz*

Od kilku tygodni patrzymy na świat przez koronawirusowe okulary. Można odnieść wrażenie, że nagle obudziliśmy się w innej rzeczywistości, którą definiuje tylko jedno - globalna pandemia.

To jednak iluzja. Świat, który istniał przed Covid-19 wcale nie został unieważniony. Kryzys zdrowotny przede wszystkim obnażył i spotęgował problemy narastające od lat. Dalsze ignorowanie tych wyzwań może prowadzić do dużo gorszych kryzysów niż ten, który przyniósł koronawirus i to zarówno w poszczególnych krajach, jak i w wymiarze globalnym.

Dlatego dzisiaj potrzebne jest już nie tyle ratowanie starego świata, ile jego przebudowa. Ci, którzy, tak jak robi to dzisiaj Polska, nie chcą wziąć współodpowiedzialności za tę transformację, nie tylko narażają innych, ale wpędzają samych siebie w bardzo poważne kłopoty.

Obejrzyj także

Cztery kryzysy

Czasy sprzed wirusa mogą się obecnie jawić jako raj utracony. Rzeczywistość ostatnich lat nie była jednak ani stabilna, ani wolna od problemów. Świat zmagał się z czterema, wzajemnie napędzającymi się kryzysami, które w drugiej dekadzie XXI wieku weszły w bardzo niebezpieczną fazę.

Bezdyskusyjnie najpoważniejszy z nich to kryzys środowiskowy. Naukowcy z Międzyrządowego Panelu ds Zmiany Klimatycznej ostrzegają, że jeśli emisja gazów cieplarnianych zamiast być redukowana, będzie ciągle rosła (tak jak to się dzieje obecnie), to po 2030 roku globalne ocieplenie będzie powodowało śmierć ćwierć miliona osób rocznie.

Konsekwencje zmiany klimatycznej już wpędziły w nędzę miliony ludzi, tym samym dokładając się do drugiego kryzysu - ogromnych nierówności ekonomicznych w świecie. Rozwarstwienie społeczeństw powiększa się od ponad 40 lat. Proces ten był wolniejszy w Europie, szybszy w USA i Chinach, najbardziej drastyczny w takich państwach jak Rosja czy Indie.

Skalę problemu ujawnił kryzys z 2008 roku. Wtedy po raz pierwszy na tak dużą skalę pojawiły się żądania zmiany globalnych zasad dystrybucji zasobów. Bez efektów. W 2009 roku uboższe 50 proc. ludzkości miało zasoby równe majątkowi 380 najzamożniejszych. W 2019 roku liczba „bogaczy”, których majątek równoważył zasoby biedniejszej połowy mieszkańców Ziemi wynosiła już tylko 26.

Konflikty, frustracje wywołane wzrostem nierówności sprzyjały radykalizacji nastrojów społecznych i wynoszeniu do władzy populistycznych i nacjonalistycznych przywódców. W ten sposób nierówności ekonomiczne przyczyniły się do trzeciego globalnego problemu - narastania tendencji autorytarnych.

Według Freedom House rok 2019 był czternastym z rzędu, w którym odnotowano spadek ogólnego poziomu wolności w skali globalnej. W ostatniej dekadzie problem ten dotknął nawet matecznika demokracji, czyli Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych.

Na to wszystko nałożył się czwarty kryzys - erozja ładu globalnego. USA de facto abdykowało z roli światowego policjanta. Wspólne reguły gry były naruszane nie tylko przez takie kraje jak Chiny, Rosja czy Iran, ale także same Stany Zjednoczone.

Instytucje międzynarodowe były wobec tej sytuacji z każdym rokiem coraz bardziej bezradne. W efekcie siła prawa, w coraz większym stopniu była zamieniana prawem siły.

Nowy wirus, stare choroby

I w takim oto świecie nagle pojawił się SARS-CoV-2. Kryzys zdrowotny z całą mocą obnażył dotychczasowe problemy i pogłębił je. Na globalną koordynację działań lepiej w ogóle spuścić zasłonę milczenia.

Chiny przez kilka pierwszych tygodni umniejszały znaczenie choroby, uciszając brutalnie tych, którzy chcieli mówić prawdę. Potem Pekin zaczął przekonywać, że pomimo szerzącej się epidemii nie ma powodów do ograniczania lotów, zaś Światowa Organizacja Zdrowia powielała te komunikaty.

Gdy nastąpił radykalny zwrot ku zamknięciu granic i izolowaniu ludzi, decyzje większości rządów były podejmowane jednostronnie bez konsultacji i wzajemnych uzgodnień. Stany Zjednoczone nie tylko nie podjęły próby przejęcia przywództwa, ale same celowały w skrajnie egoistycznych i partykularnych działaniach.

O zawieszeniu lotów do USA europejscy sojusznicy dowiedzieli się z mediów. W samej Unii niemal z dnia na dzień, bez żadnej skoordynowanej decyzji ograniczone zostało funkcjonowanie trzech z czterech swobód stanowiących podstawę wspólnego rynku - swobody przepływu osób, usług i towarów.

Pandemia została też wykorzystana przez populistycznych przywódców do budowania wrogiej narracji wobec innych państw. Reżimy autorytarne potraktowały walkę z chorobą jako dobrą okazję do dalszego ograniczania praw i swobód obywatelskich. Tak stało się w np. w Rosji czy w Chinach, ale też niektórych krajach UE.

Na Węgrzech wprowadzono bezterminowy stan wyjątkowy, zawieszono parlament, a za głoszenie „szkodliwych kłamstw” ustanowiono karę więzienia.

Pogarszająca się sytuacja ekonomiczna obnażyła istniejące nierówności. Wiele państw, w tym także tych zamożnych nagle „odkryło” jak wiele osób pozbawionych jest podstawowych zabezpieczeń socjalnych.

W Unii w ostrej formie powróciły pytanie o sprawiedliwy podział korzyści z integracji europejskiej. Na naszych oczach następuje podział krajów Wspólnoty na Europę pierwszej i drugiej prędkości. Zasoby na ratowanie gospodarek nie są rozdzielane równomiernie, lecz kierowane na ratowanie tego, czego rozpad będzie miał największe koszty, czyli strefy Euro.

Czarny scenariusz

Dalsze podążanie tym torem będzie przynosić coraz gorsze skutki. Należy spodziewać się, że problemy gospodarcze, potęgowane przez katastrofę klimatyczną jeszcze się powiększą. Biedni staną się jeszcze biedniejsi.

Frustracje i lęki społeczne zostaną wykorzystane przez populistów i nacjonalistów. Namaszczą oni wrogów i będą wzywać do budowania „murów” mentalnych, politycznych, i ekonomicznych.

W efekcie luka w zarządzaniu globalnym pogłębi się. Nastanie epoka brutalnych konfliktów o zasoby naturalne (takie jak woda) i ekonomiczne.

Przy czym los naszej części świata rysuje się w szczególnie nieciekawych barwach. Wobec gigantycznej traumy jaką właśnie przeżywają Stany Zjednoczone i idącym za tym radykalnym zwrotem „do wewnątrz”, gotowość USA do kooperacji z Europą, zwłaszcza w wymiarze bezpieczeństwa może stanąć pod wielkim znakiem zapytania.

Z kolei w samej Unii może dojść do pogłębienia podziałów, które będą rozsadzały Wspólnotę od środka zarówno w wymiarze gospodarczym jak i politycznym.

Te pesymistyczne scenariusze są niestety prawdopodobne, ale nie przesądzone. Żeby ich uniknąć przede wszystkim należy zdjąć koronawirusowe okulary.

Trzeba przyjąć do wiadomości, że pokonanie pandemii choć bardzo ważne, nie uleczy jednak świata.

Problemy, które narastały przez lata dopadły nas dzisiaj z taką siła, że przekładanie ich rozwiązania na później przestaje być po prostu możliwe.

Rozważna rewolucja

Wychodzenie z czterech wzajemnie napędzających się kryzysów: dewastacji środowiska naturalnego, rosnących nierówności, ekspansji autorytaryzmu i erozji globalnego ładu wymaga fundamentalnych przeobrażeń.

W świecie, do którego powinniśmy zmierzać, środowisko naturalne powinno stać się równie ważne jak dostępność dóbr materialnych. To oznacza, że wzrost PKB nie może być głównym wyznacznikiem sukcesu rozwojowego państw i społeczeństw. Globalna współpraca musi zostać zogniskowana na innych kwestiach niż tylko maksymalizacja ekonomicznych zysków.

Podział zasobów ma zwiększać spójność społeczeństw, a nie ją niszczyć. Pieniądze w większym stopniu musiałyby trafiać tam, gdzie ulokowane są najważniejsze potrzeby ludzi - do edukacji, służby zdrowia, opieki nad seniorami.

I wreszcie demokracje, jeśli mają być przystosowane do podejmowania wszystkich tych trudnych decyzji, trzeba zmieniać tak by relacje między rządzonymi a rządzącymi stawały się bardziej partnerskie. Obywatele powinni otrzymać lepsze instrumenty kontroli władzy, a władza lepszą wiedzę o społecznych potrzebach i oddolne wsparcie dla wprowadzanych reform.

Jednak, choć konieczne są rewolucyjne zmiany, to dojście do nich musi być rozważne. Przeobrażeń tej skali nie da się przeprowadzić z dnia na dzień, posługując się prostymi i radykalnymi receptami.

To skomplikowany proces, wymagający długotrwałej i żmudnej współpracy wielu graczy: krajów, instytucji międzynarodowych, biznesu, organizacji społecznych. I tu dobra wiadomość: pojawiają się pierwsze sygnały, że niektórzy przywódcy zaczynają przejawiać gotowość do podejmowania fundamentalnych wyzwań.

Przykładem mogą tu być choćby spory wokół mechanizmów wsparcia finansowego w Unii Europejskiej. Stanowisko Niemiec ewoluowało w ostatnich tygodniach znacząco. Kraj ten jest gotów zgodzić się na to, co niedawno byłoby absolutnie niewyobrażalne - by Unia poprzez swój budżet wzięła częściową odpowiedzialność za zadłużenie biedniejszych krajów strefy Euro.

Polska: Budowniczy czy niszczyciel?

I na koniec kwestia kluczowa dla polskich obywateli: a gdzie właściwie w tym wszystkim lokujemy się my?

Otóż Polska nie jest żadnym ewenementem czy samotną wyspą. Przeciwnie, wpisujemy się jak najbardziej w globalne trendy. Tak jak większość krajów na świecie stoimy dzisiaj przed wyborem, na rzecz którego scenariusza działać: czy chcemy przyłączyć się do tych, którzy pchają świat w coraz to większe problemy, czy też tych, którzy podejmą trud jego przebudowy.

Niszcząc państwo prawa, lekceważąc zagrożenia klimatyczne, wreszcie prowadząc agresywną i roszczeniową politykę wobec Unii i innych organizacji międzynarodowych, rząd PiS zachowuje się tak, jakby kryzysy, które zawisły nad światem w jakiś magiczny sposób miały nas w ogóle nie dotyczyć.

W ten sposób nie tylko przyczyniamy się do dalszego pogłębienia globalnych kryzysów, ale przede wszystkim uprawiamy zgubną politykę wobec samych siebie. Biegniemy bowiem dokładnie tam, skąd należałoby jak najszybciej uciekać.

Zamiast państwa autorytarnego, wrogiego wobec otoczenia i własnych obywateli potrzebujemy państwa odpowiedzialnego i otwartego na nowe. Takiego, które ulokuje Polskę wśród krajów podejmujących niezwykle trudną, ale konieczną próbę pójścia w kierunku bardziej zielonego, demokratycznego i solidarnego świata.

*Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz - socjolog, politolog, była ambasador RP w Moskwie, kieruje analizami strategicznymi w sztabie Szymona Hołowni

Udostępnij:

Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz

Dyrektorka instytutu Strategie2050. Pełniła funkcję podsekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych (2012-2014) oraz ambasadora RP w Federacji Rosyjskiej (2014-2016). Po zakończeniu służby dyplomatycznej kierowała programem Otwarta Europa Fundacji im. Stefana Batorego, a następnie think tankiem Fundacji - forumIdei.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne