Oficjalnie Rosja ma 26 języków urzędowych (choć tylko jeden na szczeblu federealnym), a kolejne dziesiątki języków są uznawane przez władze. W rzeczywistości Federacja od lat kontynuuje politykę systemowej rusyfikacji, w której rosyjski jest spoiwem całego kraju, a mowy mniejszościowe – wyłącznie lokalnym kolorytem.
Na początku studiów filologii tureckiej trafił nam się egzotyczny przedmiot: zajęcia porównawcze z gramatyki na podstawie języka czułymskiego. Czułymski, jak wyjaśniła nam prowadząca profesorka, jest mową rdzenną Czułymów, ludu zamieszkującego obszary środkowej Syberii, dziś liczącego sobie niecałe 400 osób. Językiem już wtedy, a więc dekadę temu, posługiwało się płynnie mniej niż 30 ludzi, w większości w podeszłym wieku. Dlatego też nikt z nas nie uczył się go po to, by kiedykolwiek się w nim porozumieć, a po to, by wyłapywać narosłe przez lata różnice w wymowie czy przyrostkach.
Nikt też za bardzo nie zastanawiał się, dlaczego Czułymów jest ponad dziesięciokrotnie więcej, niż osób znających język. Bo i nie jest to żadna zagadka: pewnie znacie jej rozwiązanie, nawet jeśli o czułymskim usłyszeliście po raz pierwszy w życiu w poprzednim akapicie. To plon wieków kolonializmu i dekad rusyfikacji. Czułymskiego uratować się nie da; nie wiem zresztą, ilu jego użytkowników z tamtej niecałej trzydziestki przed kilkunastoma laty przeżyło do dziś.
Ale bez liku innych rdzennych języków Rosji ma szanse na przyszłość, choć rząd w Moskwie, który szczególnie po rozpoczęciu wojny w Ukrainie skręcił ostro w stronę totalitaryzmu, z pewnością w tym nie pomaga. Tym razem jednak Kreml nie posługuje się agresywną rusyfikacją, a raczej systemowym spychaniem każdej mowy poza rosyjską na margines.
Oczywiście to nie jest nowy proces. Polityka językowa Rosji – pod postacią Imperium Rosyjskiego, Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich czy dzisiejszej Federacji – zazwyczaj była wroga rdzennym i obcym mowom, których na tak ogromnym terenie były i nadal są używane setki. Okazjonalne przejawy większej tolerancji władz zazwyczaj były szybko wymazywane zaostrzeniem kursu. Łukasz Smyrski, profesor Instytutu Archeologii i Etnologii Polskiej Akademii Nauk, wyjaśnia:
– W pierwszym okresie władzy komunistycznej mamy tak zwaną leninowską politykę narodowościową, która trwała aż do śmierci Lenina w 1924 roku. I jeżeli byśmy pominęli cały aspekt rewolucji bolszewickiej, kwestii społecznych, religijnych i tak dalej, a skupili się wyłącznie na językowych, to dla społeczeństw etnicznych był to stosunkowo dobry czas. Wtedy miało miejsce to zjawisko, które nazywano korienizacją. Chodziło o to, żeby w ramach państwa komunistycznego wszystkie społeczności rdzenne miały prawo komunikować się i zdobywać wiedzę o komunizmie w swoich językach narodowych. To także jest okres, kiedy powstawały narodowościowe regiony autonomiczne. Chodziło o to, żeby wprowadzić modelową, rejonową władzę komunistyczną, gdzie, dajmy na to, polscy komuniści zarządzaliby polskimi mieszkańcami tam, gdzie akurat Polacy stanowili większość. Taki region mógł powstać wszędzie tam, gdzie była jakaś większość etniczna czy narodowa.
– Ten eksperyment trwał tylko kilka lat, a następnie został zlikwidowany. Po dojściu Stalina do władzy zaczął się chyba najtrudniejszy okres dla polityki narodowościowej Związku Radzieckiego. Celem była wtedy całkowita unifikacja, totalna dominacja stalinowskiego systemu we wszystkich dziedzinach życia, w tym w językowym. Apogeum tego okresu to był 1936 rok, gdzie liderzy regionalnych władz komunistycznych zostali rozstrzelani na podstawie paragrafu o nacjonalizmie. Wyobraźmy sobie na przykład taki Kazachstan, gdzie wykształciło się pierwsze pokolenie inteligencji komunistycznej, która pisała o tym, jak dobrze jest zmierzać za Czerwoną Gwiazdą Lenina, śpiewać komsomolskie pieśni i tak dalej. Oni zostali rozstrzelani właśnie z tego względu, że pisali te rzeczy w języku kazachskim.
Epoka stalinowska to okres całkowitej przymusowej asymilacji, po której nie było mowy o powrocie do idei komunistycznej unii samostanowiących narodów. Śmierć Stalina wprawdzie zahamowała proces agresywnej rusyfikacji, ale jego następcy – Chruszczow, Breżniew i Gorbaczow – nadal przyznawali nadrzędną wartość językowi rosyjskiemu jako spoiwu narodu sowieckiego, wyłaniającego się z etnicznej mozaiki Związku Radzieckiego. Prawo mniejszości do wyrażania się czy tworzenia we własnej mowie nie było wprawdzie aktywnie ograniczane, ale na szczeblu edukacji czy administracji rosyjski wiódł prym, a rozpowszechnienie się (oczywiście rosyjskojęzycznego) radia i telewizji tylko w tym pomagało.
Liderzy ZSRR sądzili, że wraz z czasem różnice pomiędzy narodowościami zamieszkującymi ogromny obszar ich państwa z czasem się zatrą, a wspólny język odegra w tym kluczową rolę. Na zrealizowanie tego scenariusza potrzeba by było jednak długich dekad – czy raczej wieków – a te nie były Związkowi Radzieckiemu dane.
– W 1991 roku związek się wali, a dotychczasowe radzieckie republiki autonomiczne, takie jak Jakucja, Buriacja i Tuwa, przekształcają się w nowe republiki – tłumaczy prof. Smyrski. – Od tego momentu mówimy o Rosji z poszczególnymi krajami administracyjnymi oraz federacyjnymi republikami autonomicznymi. W tych dotychczas praktycznie nieznaczących obwodach, na przykład w Chakasji czy w Ałtaju, pojawia się możliwość wprowadzenia regionalnego trójstopniowego podziału władzy. Dodatkowo każda z tych republik mogła prowadzić samodzielne aktywności na forum międzynarodowym, oraz ustanawiać własne symbole, czyli flagi, godła i hymny. I to, co tutaj najważniejsze – otrzymały one realne prawo do ustanawiania własnych języków państwowych. Oczywiście dla całej Federacji Rosyjskiej nadal był to język rosyjski, ale na przykład język ałtajski, jakucki, buriacki, chakaski czy tuwiński stał się równoprawnym językiem państwowym obowiązującym w urzędach, w samorządzie lokalnym, w państwowych uczelniach. To, co było wówczas widoczne, to był niesamowity wybuch różnych koncepcji językowych, ich nauczania, kolejnych praw gwarantujących możliwości nauki w językach narodowych. Całość tego zjawiska była wtedy określana mianem narodowego odrodzenia.
Tamta odwilż także nie potrwała jednak zbyt długo. W 2000 roku do władzy doszedł Putin, obiecujący silniejszą władzę centralną i koniec samowolki regionalnych samorządów. W pierwszych latach zniósł on wybory powszechne na głowy federacyjnych republik – od teraz kandydaci byli wybierani przez Kreml – i stopniowo centralizował administrację wokół Moskwy. Nie zniósł jednak regionalnej autonomii językowej, stąd też pod tym względem sytuacja prawna wydaje się dziś zaskakująco, jak na Rosję, ugodowa. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Federacja Rosyjska ma dziś aż 26 języków urzędowych, choć oczywiście tylko jeden z nich jest urzędowym dla całego państwa. Pozostałe 25 – od tureckich, jak czuwaski czy chakaski, aż po indo-europejskie, jak osetyjski – są używane na szczeblu regionalnym, w krajach federacyjnych. Ponadto prawo zakłada, że w niektórych regionach, gdzie mieszkają konkretne mniejszości, można ustanowić dodatkowe języki urzędowe – taki status zyskał m.in. fiński w Karelii, ewenkijski w Jakucji czy kazachski w Republice Ałtaju.
Legislacja ta w teorii zapewnia, że lokalne władze, administracja oraz instytucje państwowe powinny posługiwać się zarówno rosyjskim, jak i danym językiem rdzennym, oraz że zapewnione zostaną odpowiednie warunki dla jego rozwoju oraz edukacji.
Są republiki, gdzie założenia te są przestrzegane. Na przykład w Tatarstanie, gdzie językiem urzędowym oprócz rosyjskiego jest tatarski, w wielu szkołach oraz w nielicznych uniwersytetach prowadzone są zajęcia po tatarsku, ogłoszenia publiczne podawane są w dwóch językach, i nawet w metropolii takiej jak Kazań raczej można porozumieć się w rdzennej mowie przynajmniej na podstawowym poziomie.
To jednak raczej wyjątek niż reguła. Tatarski jest drugim najczęściej używanym oficjalnym językiem Rosji (przez około 3 miliony ludzi), do jego nauki wykorzystuje się zarówno certyfikowane podręczniki, jak i literaturę, poezję czy źródła historyczne, o jego zachowanie walczą także lokalne władze. W 2014 roku Kazań był nawet gospodarzem Turkwizji, konkursu muzycznego na wzór Eurowizji, jednoczącego wszystkie narody tureckie. Poza tym polityczne i gospodarcze związki Tatarstanu z innymi krajami mówiącymi w językach z rodziny tureckiej – przede wszystkim z Turcją – także umacniają pozycję tatarskiego jako niezależnej, żywej mowy.
W przypadku mniejszych języków rdzennych ich sytuacja jako „języków urzędowych” potrafi się jednak drastycznie różnić.
– Jeśli jesteś w dużym mieście, nie załatwisz niczego w komi, udmurckim, maryjskim czy innym języku mniejszościowym – zaznacza Swietłana Jedygarowa, docentka Uniwersytetu Helsińskiego specjalizująca się w językach ugrofińskich. – Jeśli żyjesz na wsi, gdzie rdzenna mowa jest nadal rozpowszechniona, to porozumiesz się na poczcie czy w sklepie, ale nie możesz wysłać listu zaadresowanego w swoim języku lub złożyć w nim oficjalnego, urzędowego pisma. Wszystko musi być po rosyjsku.
Oczywiście sytuacja różni się w zależności od tego, o jakim regionie mówimy. „Duże” języki, takie jak tatarski czy baszkirski, których użytkowników liczy się w milionach i które mają zdecydowanie silniejszą pozycję, są w mniejszości; wieloma z języków rdzennych posługuje się mniej niż 100 tysięcy osób. Trzeba jednak podkreślić, że dane zbierane w spisach ludności też nie są w pełni wiarygodne, bo część odpowiadających może wstydzić się swojej znajomości rdzennego języka ze względu na głęboko zakorzenione w rosyjskim społeczeństwie uprzedzenia. Lana Pylajewa, aktywistka na rzecz praw ludności Komi, rdzennej w częściach zachodnio-północnej Rosji, wspomina własne doświadczenia:
– Kilkakrotnie słyszałam, że jestem bardzo inteligentna jak na Komi, niemal tak inteligentna jak Rosjanka. To chyba wzięło się z początku XX. wieku, kiedy stawiano wszystkie te kopalnie, fabryki i zakłady produkcyjne, które wymagały inżynierów i innych wykwalifikowanych ludzi. I to nie byli Komi, tylko Rosjanie przyjeżdżający z Moskwy czy Sankt-Petersburga, gdzie była możliwość zdobycia wyższego wykształcenia. Trafili tutaj, zobaczyli rdzenną ludność, która mówiła w języku innym niż rosyjski, mieszkała w wioskach, i uznali nas za jakichś prymitywnych tubylców. I ta mentalność niestety została.
Tego rodzaju myślenie przekłada się także na dostępność edukacji w rdzennej mowie. Lana mówi, że gdy dyskutowano na temat lekcji Komi w szkołach, rodzice często słyszeli sugestie, by ich dzieci uczyły się „czegoś przydatnego” – angielskiego czy francuskiego. Ale często nie było na temat żadnych rozmów –nauczanie rdzennych języków, w teorii mających status urzędowych, wypycha się bowiem z programu systemowo. Lana opowiada na przykładzie Komi:
– W 2018 roku zmieniono obligatoryjną naukę języków rdzennych na zajęcia dodatkowe. Wcześniej były one obowiązkowe – jako język obcy lub jako język ojczysty. W tym drugim przypadku program był znacznie bardziej rozbudowany, ale wciąż nawet nie zbliżony do liczby godzin poświęconej na rosyjski.
W 2017 roku Putin stwierdził, że żadne dziecko nie powinno uczyć się mowy, która nie jest dla niego językiem ojczystym. Zaledwie kilkanaście miesięcy później wprowadzono prawo, o którym mówiła Lana. Było ono kolejnym kamieniem milowym w postępującej marginalizacji języków innych niż rosyjski w systemie edukacji.
– W końcowych klasach dzieci są nakłaniane do brania nadmiarowych lekcji rosyjskiego, bo przygotowują się do państwowych egzaminów końcowych. Dwa lata temu dodano nowe przedmioty, z którymi przekroczono liczbę godzin, jakie małe dzieci mogą spędzać w szkołach – więc w podstawówkach ponownie zredukowano czas poświęcony na języki rdzenne. Nagle zrobiła się z tego godzina czy dwie tygodniowo. Przez to nauczycielom języka Komi nie opłacało się pracować, bo pensja była z tego tak niska, że potrzebowali drugiej pracy.
Zaznacza przy tym, że jej mowa nie jest wcale wyjątkiem, a tego typu podejście jest powszechne.
– Tak samo było chociażby z językiem saami, gdzie na każdym kroku tworzono nowe przeszkody. Najpierw ministerstwo edukacji powiedziało, że nie ma edukatorów, którzy mogliby nauczać saami. Parę osób poszło więc na uniwersytet w Sankt-Petersburgu, ukończyło studia, ale po powrocie usłyszeli: „Nie ma książek, których mogliby używać uczniowie”. Napisali więc podręczniki, uzyskali dla nich certyfikaty, ale nawet gdy wszystko było gotowe, nauczanie saami nie miało najmniejszego sensu ekonomicznie dla nauczycieli ze względu na ograniczoną liczbę godzin. Cały system jest zbudowany w sposób, który ma wypychać rdzenne języki.
Dane pokazują, że ta polityka „pełzającej rusyfikacji” przynosi zamierzone przez Kreml efekty.
W ciągu jedenastu lat pomiędzy spisami ludności w 2010 a 2021 roku niemal każdy z rdzennych języków, niezależnie od ich statusu, zaliczył spadek liczby użytkowników.
Osób mówiących po tatarsku ubyło ponad milion, po czuwasku – ponad 250 tysięcy, po karelsku – ponad 10 tysięcy. Językiem komi posługuje się, według ostatniego cenzusu, mniej niż 100 tysięcy osób; w dwa lata po upadku Związku Radzieckiego było ich prawie trzy razy tyle.
Spychanie rdzennych języków na margines jest Rosji na rękę, bo odrębna mowa to jeden z fundamentów odrębnej tożsamości, ta zaś jest paliwem dla separatyzmu, którego widmo śni się kremlowskiej wierchuszce po nocach. W kraju, szczególnie po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji na Ukrainę, coraz większą uwagę zyskują dekolonizacyjne narracje. Tatarzy, Baszkirzy, Kałmucy, Czeczeni, Ingusze i inne narody mają wszak długą tradycję niepodległościowych dążeń, które są nie w smak centralnym władzom.
– Gdy zaczynamy mówić o własnej reprezentacji czy pytać, dlaczego nie uczymy się komi tak dużo jak rosyjskiego, to już przekracza granice, na które pozwala państwo – opowiada z goryczą w głosie Lana. – Tematy tożsamości i narodowości są silnie zsekurytyzowane. Wszystkie takie dyskusje szybko są uznawane za separatyzm, a grupy, które je inicjują, za kryminalistów. Dopóki zostajesz w sferze festiwali rdzennej kultury i etnicznego jedzenia, możesz być Komi. Ale zdejmij kolorową suknię, która nie ma nic wspólnego z naszym tradycyjnym ubiorem, i zacznij zadawać pytania o prawdziwą polityczną reprezentację, a nagle okaże się, że jesteś w organizacji terrorystycznej.
Lana nie przesadza; dokładnie to spotkało jej portal, Komi Daily, zajmujący się kwestiami tożsamości narodowościowej ludu Komi. Jego twórcy znaleźli się wśród 172 organizacji, które w listopadzie 2024 roku zostały uznane przez rosyjski Sąd Najwyższy za ugrupowania terrorystyczne.
Maksimum etnicznej ekspresji, na jaką pozwala dziś Rosja licznym rdzennym narodom zamieszkującym jej terytorium, to rozmaite festiwale kulturalne, swoisty wentyl bezpieczeństwa dla odrębności tożsamościowej. Swietłana Jedygarowa opowiada:
– 2026 został ogłoszony rokiem jedności i przyjaźni ludów Rosji. Rząd chce pokazać swoje wsparcie dla grup etnicznych wewnątrz kraju, ale wsparcie wyłącznie na zasadzie – jesteście częścią nas i powinniście nadal być razem z nami. W Udmurcji niemal co weekend widzę koncerty, wydarzenia, podczas których ludzie śpiewają i tańczą. To rząd finansuje organizację takich festiwali. Ich przekaz ma być następujący: kochamy was, dajemy wam pieniądze, wspieramy was. Lepiej być razem, więc nie wierzcie ludziom, którzy rozpowszechniają jakieś dekolonialne pomysły.
Jednocześnie Kreml swoimi rozporządzeniami w edukacji i brakiem funduszy na rozwój studiów rdzennych języków zapewnia, że za pewien czas mowy tubylczych narodów Rosji staną się w najlepszym wypadku lokalnym, folklorystycznym kolorytem, a w najgorszym – po prostu przestaną funkcjonować. Na pewno zaś stępiona zostanie ich rola nośników narodowościowych idei. Zamiast tego na piedestał nieustannie i niezależnie od oficjalnego statusu języków mniejszości wypycha się rosyjski, wykorzystując do tego rozporządzenia prawne.
Jeszcze w 2002 roku Putin wprowadził legislację, która wymuszała na wszystkich językach urzędowych przyjęcie alfabetu opartego na cyrylicy. Następnie doszły nowe prawa związane z edukacją, nakazujące przeprowadzanie wszystkich egzaminów państwowych wyłącznie po rosyjsku, obniżanie statusu nauki rdzennej mowy do przedmiotu dodatkowego, i ograniczanie ich godzin. Ubiegły rok przyniósł kolejne zmiany, które rykoszetem uderzą w mniejszościowe języki. W lipcu Putin ogłosił plan oczyszczenia rosyjskiego z zagranicznych zapożyczeń i propagowania jego jak najlepszej znajomości wśród urzędników i uczniów, zaznaczając przy tym, że to właśnie rosyjski jest „fundamentem państwowości Rosji i nierozerwalnie łączy się z tradycyjnymi rosyjskimi wartościami duchowymi i moralnymi”. Pozostałe urzędowe języki zostały w dekrecie zrzucone do drugiej, niższej kategorii.
– Ten dokument, mimo deklarowanego wsparcia dla języków narodowych, wzmacnia centralną pozycję języka rosyjskiego i sprzyja dalszym procesom rusyfikacji przestrzeni publicznej oraz systemu edukacji w republikach etnicznych Federacji Rosyjskiej. De facto prowadzi do ograniczania realnej wielojęzyczności federacji – podsumowuje prof. Smyrski.
Proces tej „pełzającej rusyfikacji” może jednak być utrudniony, zważywszy na zwiększającą się popularność idei autonomicznych i dekolonialnych. Chociaż gdy kończę rozmawiać z Laną, nie sięga ona aż tak daleko w przyszłość. Na razie na pierwszym miejscu jest dla niej wyłącznie realizacja stanu prawnego: języki mniejszościowe obowiązujące jako urzędowe w praktyce, a nie tylko na papierze, wsparcie instytucji państwowych dla ich rozwoju, możliwość edukacji i dalszego rozwijania swojej mowy.
– Myślę, że powinniśmy się przyjrzeć ścieżkom, jakimi podążyły państwa post-sowieckie, takie jak Estonia czy Ukraina, która walczy teraz właśnie o swoją tożsamość w bardzo dramatyczny i krwawy sposób. Uważam, że na pewno należałoby dać więcej władzy lokalnym ośrodkom, i ustanowić prawną ochronę dla praw rdzennej ludności i rdzennych języków, nie tylko wewnątrz konkretnych republik czy regionów, ale na szczeblu federalnym.
To niezbyt radykalne, praktyczne kroki, które jednak wymagałyby całkowitej transformacji podejścia do tożsamościowej odrębności poszczególnych regionów Federacji. W pogłębiającej się totalitaryzacji putinowskiej Rosji trudno sobie je nawet wyobrazić; łatwo przewidzieć natomiast zwrot w stronę jeszcze silniejszej rusyfikacji. Ale Lana wciąż ma nadzieję, że kiedyś, w innej rzeczywistości, spełni się jej wizja wymarzonej ojczyzny.
– Chciałabym zobaczyć ludzi Komi, rozmawiających w swoim języku, którzy nie wstydzą się naszej mowy ani tego, kim są. Moim marzeniem jest wyjść ze swojego mieszkania w Syktywkarze, i słyszeć język Komi na ulicach. To wystarczy.
Magister filologii tureckiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, niezależny dziennikarz, którego artykuły ukazywały się m.in. na łamach OKO.Press, Nowej Europy Wschodniej, Balkan Insight czy Krytyki Politycznej. Zainteresowany przede wszystkim wpływem globalnych zmian klimatycznych na najbardziej zagrożone społeczności, w tym uchodźców i mniejszości, a także rozwojem i ewolucją skrajnie prawicowych ruchów i ideologii.
Magister filologii tureckiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, niezależny dziennikarz, którego artykuły ukazywały się m.in. na łamach OKO.Press, Nowej Europy Wschodniej, Balkan Insight czy Krytyki Politycznej. Zainteresowany przede wszystkim wpływem globalnych zmian klimatycznych na najbardziej zagrożone społeczności, w tym uchodźców i mniejszości, a także rozwojem i ewolucją skrajnie prawicowych ruchów i ideologii.
Komentarze