Historia imperium nie podpowiada Putinowi, jak wyjść z wojny nie do wygrania. Nie dlatego, że Rosja nie ma na koncie klęsk. Ma, ale ich nie przepracowała — rozmowa z dr. Bartłomiejem Gajosem.
Rosyjskie fantazje o kapitulacji Ukrainy nie mają dziś oparcia w rzeczywistości. Tymczasem wedle oficjalnej rosyjskiej opowieści o przeszłości Rosja zawsze zwycięża. Tak jak w 1945 r., tak i teraz zwyciężyć musi – inaczej przestanie istnieć.
Ukraina zaczęła właśnie przypominać, że to nie prawda. Nie tylko celnie trafiając w symbole rosyjskiej militarnej i gospodarczej potęgi. Ale też wprost przypominając prawdziwe katastrofalne rosyjskie klęski z ostatnich 200 lat.
O nich OKO.press rozmawia z dr. Bartłomiejem Gajosem, autorem książki „Historia, która zabija. Polityka historyczna putinowskiej Rosji”.
Rosja nie raz przegrywała i nie przestawała istnieć – źle kończyła jednak często władza, która wojnę wywołała.
Agnieszka Jędrzejczyk, OKO.press: Rosja Putina ma na użytek świata i poddanych imperium narrację o tym, że Rosja zawsze wygrywa. Wojna w Ukrainie jest rekonstrukcją II wojny światowej i skończy się tak samo.
Ale perspektywa kremlowskiej ekipy nie kończy się na II wojnie. Putin w wypowiedziach publicznych powołuje się na carów z XVIII i XIX wieków, jego współpracownicy wspominają klęskę Rosji w I wojnie światowej, powstanie dekabrystów w 1825 r., polskie powstania.
Czego ich uczą rosyjskie wyobrażenia o przeszłości imperium? Z czym im może się kojarzyć obecna sytuacja i coraz większe kłopoty w wojnie z Ukrainą?
Dr Bartłomiej Gajos: Nie jest to łatwo wyłuskać z ich opowieści, ale możemy spróbować.
Rzeczywiście, w wersji na powszechny użytek podtrzymują wersję o trwającej II wojnie światowej. Przypominam sobie niedawną wypowiedź Margarity Simonian, szefowej propagandowego koncernu Russia Today, że wojna przeciwko Ukrainie to wielka wojna ojczyźniana 2.0. Ale sądzę, że tę opowieść o II wojnie światowej Kreml będzie stopniowo wyciszać.
Już teraz trochę to widać. Mówią np., że nie powtarzają II wojny, więc nie należy wojny z Ukrainą z nią porównywać. Tamta wojna ciągle trwa. Bo w 1945 r. nie było takiego „prawdziwego zwycięstwa”, gdyż Rosji nie udało się zlikwidować wszystkich wrogów, zwłaszcza w Ukrainie. Ostatnio „Wiesti” pokazały materiał o bezimiennych grobach Ukraińców wywożonych w latach 50. do łagrów – z komentarzem, że ci ludzie mają nadal następców wrogo nastawionych do Rosji. Więc wojna „musi trwać”.
Tak, ta gimnastyka, próby ukrycia faktu, że obecna wojna trwa już dłużej niż wojna Stalina z Hitlerem, wiąże się z tym, że stara opowieść o „rekonstrukcji” II wojny światowej przestała im pasować do rzeczywistości.
Wojna w Ukrainie trwa, a Rosjanie nie są pod Berlinem, ale ugrzęźli pod Pokrowskiem. Na Krymie dzisiaj brakuje paliwa, a w całej Rosji są kłopoty, bo Ukraińcy bardzo skutecznie uderzają w rafinerie. Kremlowskie elity nie wiedzą, w jaki sposób Rosja miałaby podporządkować sobie Ukrainę – a to był cel, który Putin sobie postawił w 2022 roku.
I rzeczywiście w Rosji pojawiają się teksty, których autorzy próbują zostawić na boku mit, że „Rosja zawsze zwycięża”, gdyż zdobyła Berlin w 1945 r. Sugerują, że warto by było obecną wojnę w Ukrainie po prostu zakończyć. Rosja ponosi zbyt duże koszty gospodarcze.
Rosyjskie niezależne medium „Dossier” publikowało ostatnio przeciek z administracji prezydenta Rosji, z prezentacji PR-ową, w jaki sposób można by zamrożenie obecnego konfliktu przedstawić jako sukces i zmniejszyć potencjalne napięcia społeczne.
Wystąpienia w tym duchu pojawiły się też na Moskiewskim Forum Ekonomicznym pod koniec maja. Akademik Nigmatulin mówił tam publicznie, że sytuacja gospodarcza Rosji jest fatalna i trzeba się zastanowić, „co z tym wszystkim zrobić”.
W prorządowej „Niezawisimoj Gazietie” ukazał się 10 czerwca tekst „Elementy stanu wojennego rozprzestrzeniają się na cały kraj”. To otwarte mówienie o problemie – bez eufemizmów w rodzaju „specjalnej operacji wojskowej”. Bo Ukraińcy atakują już całą Rosję i wojna, a nie żadna „operacja”, dotyka każdego Rosjanina.
To dlatego w oficjalnej opowieści nie ma już pewności siebie, którą widziałem jeszcze dwa, trzy lata temu. Nie ma też tej sprawności w wykorzystywaniu odniesień do przeszłości, żeby nadawać sens bieżącym wydarzeniom.
Ukraina rozwala mit założycielski „zwycięskiej Rosji” rakietami. Ale uderza też weń ideologicznie. Prezydent Zełenski w publicznym liście do Putina 4 czerwca przypomniał, czym się dla rządzących Rosją kończyły przegrane wojny, których nie potrafiła zatrzymać.
Rosja lubi przypominać o zwycięstwie nad Napoleonem i tym z 1945 r. Ale w ciągu 200 lat co najmniej trzy wojny zakończyły się dla Rosji klęskami: wojna krymska (1853-56), japońska (1903-4) i I wojna światowa.
Po liście Zełenskiego Ukraińcy zaatakowali siły bałtyckiej floty Rosji w Petersburgu (to tę flotę zniszczyli Japończycy w 1904 r.), a potem przypomnieli wojnę krymską: w Sewastopolu trafili w muzeum upamiętniające bohaterską, ale zakończoną kapitulacją obronę miasta w połowie XIX w.
Sprawozdając ten ukraiński atak, propaganda robiła wszystko, by tego nie przypomnieć. Opowiadali, że muzeum spłonęło tak jak w czasie II wojny, bo znowu zaatakowali je „naziści”. Ale co upamiętniało, tego już nie powiedzieli. Tę wojnę car Mikołaj I wywołał przekonany o wielkiej rosyjskiej przewadze wojskowej – i dramatycznie ją przegrał.
Ukraina bardzo zręcznie operuje wszystkimi strachami, które w Rosji wyrażają się poprzez odniesienia do przeszłości.
Poza wojną krymską dobrym przykładem jest rok 1917. Carska Rosja w roku 1916 jeszcze odnosiła jakieś sukcesy na froncie I wojny światowej, a pół roku później państwo się załamało.
Dziś — póki okupowany Krym się jeszcze broni przed ukraińskimi dronami — właśnie rok 1917 może być dla elit rosyjskich punktem odniesienia w myśleniu, co może się wydarzyć, jeśli wojna w Ukrainie zakończy się nie po ich myśli. Bo doskonale sobie zdają sprawę, że przegrane wojny w Rosji prowadziły do zmian, które mogły się skończyć źle dla rządzących.
To właśnie możemy wydedukować z tego, co ludzie Putina mówią, i z tego, czego nie mówią. I tego, jak zmienia się ta narracja w czasach rządów Putina.
Czczona za czasów ZSRR rewolucja 1917 roku obecnym władcom Kremla kojarzy się źle.
Pierwszy tekst Putina, „Rosja na przełomie tysiąclecia”, opublikowany w 2000 r., stwierdzał, że Rosja wyczerpała swój limit na rewolucje. W 2017 r., w 100-lecie rewolucji październikowej widać było, że słowo „rewolucja” i „wojna domowa” wprost wywołują wśród rządzących Rosją złe skojarzenia.
Pamięć o klęskach widoczna jest w tym, jak elity kremlowskie przepracowały sobie katastrofę Rosji lat 90., czyli rozpad ZSRR, utratę terytoriów i strefy wpływów.
Uważają, że jest to katastrofa „niesprawiedliwa”, bowiem nie była poprzedzona klęską militarną. Jak pisał uważany za szarą eminencję Kremla Władysław Surkow tuż przed pełnoskalową agresją na Ukrainę w 2022 r., Rosja w 1991 r. znalazła się w granicach takich, jak Rosja Sowiecka podpisaniu upokarzającego traktatu brzeskiego z Niemcami.
Ale przecież wojny tym razem nie przegrała. Stąd myśl, że tę klęskę można odwrócić siłą militarną. To jest jeden z tych elementów opowieści, która sprawiła, że wojna przeciwko Ukrainie stała się możliwa.
Wojnę wywiedli z wydarzeń, które widzą jako klęskę?
Strachy związane z przegranymi wojnami i z wojnami niezakończonymi po myśli władców Rosji, są na pewno obecne w kalkulacji Putina. Tyle że będą raczej zwiększać niechęć do zakończenia wojny.
Decyzja o jej rozpoczęciu była osobistą decyzją Putina.
Historia mu podpowiada, że kontynuując wojnę, ponosi mniejsze ryzyko, niż ją kończąc.
Dopóki wojna trwa, nie pada pytanie o jej koszty, nawet jeśli sukcesy na froncie są niewielkie.
Zatem Kreml sprzedaje światu i poddanym wizję zwycięskiej Rosji, ale sam jest spętany wizją klęsk. Putin uważa się za spadkobiercę carów, cytuje ich powiedzenia, w rezydencji ma portret cara Aleksandra III. To zresztą symboliczne, bo Aleksander III jest w poczcie carów postacią wyjątkową: umarł w łóżku, bo zachorował. Nie było tam zamachu, zabójstwa, podejrzenia samobójstwa, a drastyczne okoliczności śmierci nie wymagają cenzurowania, jak w przypadku innych poprzedników Putina.
Ja bym to osadził w szerszym kontekście. Opowieść o Rosji od czasów Piotra I, czyli od początku XVIII wieku, jest opowieścią o cyklach modernizacji Rosji, bo jej elity czuły, że kraj odstaje od Europy.
Piotr I jeździł do Holandii. Aleksander II po klęsce krymskiej swego ojca Mikołaja I też starał się modernizować imperium. Również Stalin był modernizatorem, tyle że jego idea modernizacji była oparta na przemocy i uśmierciła miliony istnień. Ale mamy ten jego słynny cytat, że to, co Europa osiągnęła w ciągu stu lat, my musimy osiągnąć w ciągu jednej dekady.
Putin też widział się jako kolejny władca-modernizator. Jego Rosja, po katastrofie lat 90. miała wrócić na arenę międzynarodową i stać się poważanym krajem.
Ale rosyjska opowieść o modernizacji ma element stały – sprawdzenie jej skuteczności na wojnie. Piotrowi I wyszło to całkiem dobrze, wyszedł zwycięski z wojny północnej.
Reformy Katarzyny sprawdziły się w podboju Ukrainy i zwycięstwie jej wnuka Aleksandra I nad Napoleonem.
Aleksandrowi II skuteczności reform modernizacyjnych po wojnie krymskiej nie dane było sprawdzić. Wyleciał na bombie, rzuconej przez Polaka, Ignacego Hryniewieckiego.
A w przypadku Putina stres testem modernizacji, zwłaszcza sił zbrojnych, jest obecna wojna. Tego testu Putin nie przechodzi.
Propaganda nie ma tymczasem narzędzi, by takie napięcia rozładowywać. Władca Rosji, choć wie, że w historii Rosji różnie bywało, nie może tego publicznie powiedzieć, bo zakwestionowałby sens obecnej wojny i swego istnienia. W propagandzie pojawiają się tylko eufemizmy typu „Rosja zawsze potrafiła przetrwać ciężkie czasy”. Ale nie ma rozmowy o tym, co to były za „ciężkie czasy” i co z nich wynikło.
Propaganda próbuje ze wszystkich sił ukryć problemy. Nadal opowiadają, że „rosyjska armia jest najsilniejszą na świecie”. To rodzi niebezpieczne napięcie, bo oficjalna opowieść zaczyna się coraz bardziej oddzielać od rzeczywistości. I nawet ludziom podatnym na propagandę i karmionych nią bez mechanizmów ochronnych, które mają społeczeństwa demokratyczne, może się pojawiać myśl, że coś jest nie tak.
Jednak musimy też pamiętać, że nawiązując do przeszłości władcy Rosji, chcą nam przekazać wartości, które reprezentują i do których nas zapraszają.
Kiedy Putin powołuje się na Aleksandra I czy III to po prostu zdradza intencje imperialne. Może jednak liczyć na to, że na zachodzie Europy czy w Ameryce opowieści te czyta się w innym kontekście. Tam obecne są wyobrażenia o przeszłości, zgodnie z którymi Rosja w XIX wieku miała wpływ stabilizujący na Europę, a nie niszczycielski – więc choć to sprzeczne z doświadczeniem naszej części kontynentu, to Rosja nadal może na zachodzie uchodzić za statecznego partnera.
Donald Trump jest świetnym przykładem tego, że taka opowieść o Rosji ciągle działa. Trump uważa, że Rosja zawsze zwyciężała, więc nie da się jej pokonać. Tak uważają też członkowie jego administracji. To są głęboko zaszczepione kody kulturowe i Putin, a raczej jego doradcy, świadomie ich używają.
Z naszej perspektywy jest to jednak groźne, no bo jeśli z Rosją się nie da wygrać, bo Rosja zawsze wygrywała, to jak się zachowają nasi sojusznicy w momencie, kiedy, nie daj Boże, dojdzie do agresji na państwa bałtyckie albo na Polskę?
Więc to jest ten element, o którym musimy, pamiętać za każdym razem, kiedy Putin mówi takie rzeczy.
Ukraińcy są tego świadomi, dlatego mit „niezwyciężonej Rosji” rozbrajają.
My też moglibyśmy. I to nie tylko przypominając wojnę 1920 roku. Uważam, że „Solidarność” jest ogromnym zasobem, który nie jest wykorzystywany przez nas na arenie międzynarodowej .
Zełenski pisze w liście, że Putin po przegranej wojnie musi obawiać się o życie. I wrzuca jak gdyby nigdy nic wątek ataku na pałac Putina nad jeziorem Wałdaj. Okazuje się to pułapką, w którą Putin łatwo wpada. Bo wkurzony opowiada publicznie, że atak na pałac nie był straszny, zwłaszcza że Ukraińcy dali mu znać, że widzą, że go tam nie ma. Czyli Putin, sprowokowany, przyznał, że czuje się namierzany?
To była interesująca scena. Uczyniła bardziej przekonującą hipotezę, że Kreml w marcu 2026 roku zaczął blokować internet po tym, jak Putin zobaczył, jak Amerykanie z Izraelczykami namierzył i zabili irańskich przywódców. Wykorzystali do tego informacje z internetowych kamer w Teheranie.
Do tego elity kremlowskie wiedza, że mają kłopot z mechanizmem sukcesji. Kontrolowana zmiana władzy zdarzyła im się w zasadzie raz – w 1999 r., kiedy Jelcyn przekazał władzę Putinowi w zamian za gwarancje życia, bezpieczeństwa i majątku.
No ale wtedy nie mieli za sobą klęski na wojnie, tylko zwykły kryzys. A z ich wyobrażenia o przeszłości wynika, że władców raczej się eliminuje, niż sami odchodzą z końcem kadencji.
Więc można założyć, że Putin, z jego znajomością dziejów Rosji, obawia się o swój los. A ten strach jest elementem nie tyle historii carskiej ile bolszewickiej.
W tym sensie, że nie dotyczy tylko władcy, ale całego jego zaplecza?
Po wojnie domowej i po też interwencji krajów ententy bolszewicy w ZSRR żyli w obawie przed kolejnym zagranicznym najazdem. Czy to miało realne podstawy, to mniej istotne – oni w to wierzyli. I to kształtowało wyobrażenie kierownictwa stalinowskiego i prowadziło do kolejnych fal terroru.
Żyli więc w strachu. Jednym z katalizatorów tego, dlaczego Chruszczow zaczyna destalinizację po śmierci Stalina, był przesyt życia w atmosferze strachu.
Putin aż tak nie morduje, ale zabiera majątki. Ale to też musi budzić niepokój?
No, ale mamy też różne przypadki „wypadnięć przez okno” rosyjskich oficjeli. Nie wiemy, czy były to wypadki, samobójstwa, czy polityczne skrytobójstwa. Jasne jest jednak, że w obecnej sytuacji Putin musi zaostrzać kurs. A presja Ukraińców i otwarta groźba w liście Zełenskiego pod adresem Putina i jego elit też swoje robi.
Więc moim zdaniem dzisiejsza rosyjska elita żyje w realnym strachu.
I tu wracamy do początku — w przeciwieństwie do epoki Chruszczowa przed ponad 60 laty, obecni władcy Rosji są spętani mitem II wojny i zawsze zwycięskiej Rosji. Bo jak Pan pisze w książce, mit ten stworzył Breżniew w latach 60, i 70. XX wieku, a Putin się na tym wychował i mit rozwinął.
Dlatego obecny strach nie będzie popychał nie tylko Putina, ale i dużą część aparatu do tego, żeby wojnę zatrzymać. Oni raczej dalej będą w nią brnąć, mimo głosów, że trzeba to zatrzymać.
I co będzie dalej?
Rosja nie zdoła zapewnić Rosjanom dotychczasowego poziomu życia. Wybuch niezadowolenia władze będą powstrzymywać represjami i blokadą internetu.
20 września mamy „wybory” do Dumy. Choć wiadomo, kto je wygra, będzie to jednak sprawdzian lojalności lokalnych elit i popularności rządzących. A potem możliwa będzie powszechna mobilizacja – wcześniej nie, bo to bardzo niepopularny ruch.
W tę stronę to się toczy moim zdaniem.
Czy w swojej opowieści o przeszłości Rosji elity kremlowskie mogą znaleźć wzór na wyjście z wojny inne niż śmierć władcy? Bo skoro mówi Pan, że wojna będzie trwała, dopóki żyje Putin, to znaczy, że musi umrzeć, żeby się wojna skończyła.
Szczerze powiedziawszy, takiego wzoru nie widzę. Bo nawet jeśli weźmiemy opowieść zakończoną happy endem, czyli rozpad ZSRR, który Gorbaczowowi udało się przeżyć, to nie jest to model dla elit kremlowskich.
Bo uważają, że rozpad imperium był skutkiem reform, a nie szansą na nie.
Może wojna z Japonią z lat 1904-1905? Tamta klęska doprowadziła do powstania Dumy, do niewielkiego, ale jednak rozszczelnienia systemu politycznego. Tamta wojna też została podjęta na postawie błędnej oceny sytuacji i przeszacowania swoich sił, zakończona upokarzającą klęską. Ale system polityczny jakieś rozwiązanie wtedy znalazł. Mikołaj II to przeżył.
Tylko że jeśli zrobimy taki przeskok z 1905 do 1917, to się niezbyt dobrze skończyło.
To był jednak pech. Mikołaj II nie wykorzystał szansy, jaką dała mu klęska w wojnie z Japonią, bo był złym i słabym liderem, pogrążonym w osobistych kłopotach wywołanych śmiertelną chorobą syna. I to jest nawet dobrze opisane. Więc mogliby spróbować jeszcze raz.
W Rosji nie ma dziś śladów takiego myślenia. Ani wojna krymska, ani japońska w tamtejszej narracji nie istnieją. Niczego takiego nie widać. Profesor Barbara Szacka powiedziała, że język historyczny jest językiem emocji i że analizując go, powinniśmy sobie zadać pytanie, jakie emocje i intencje widać. Stosując tę metodę, powiedziałaby, że dzisiaj na Kremlu nie mają powodów do optymizmu.
Z wykształcenia historyczka. Od 1989 do 2011 r. reporterka sejmowa, a potem redaktorka w „Gazecie Wyborczej”, do grudnia 2015 r. - w administracji rządowej (w zespołach, które przygotowały nową ustawę o zbiórkach publicznych i zmieniły – na krótko – zasady konsultacji publicznych). Do lipca 2021 r. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Laureatka Pióra Nadziei 2022, nagrody Amnesty International, i Lodołamacza 2024 (za teksty o prawach osób z niepełnosprawnościami)
Z wykształcenia historyczka. Od 1989 do 2011 r. reporterka sejmowa, a potem redaktorka w „Gazecie Wyborczej”, do grudnia 2015 r. - w administracji rządowej (w zespołach, które przygotowały nową ustawę o zbiórkach publicznych i zmieniły – na krótko – zasady konsultacji publicznych). Do lipca 2021 r. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Laureatka Pióra Nadziei 2022, nagrody Amnesty International, i Lodołamacza 2024 (za teksty o prawach osób z niepełnosprawnościami)
Komentarze