Wizja strefy euro z własnym budżetem i wspólnymi euroobligacjami, a nawet własnym parlamentem, nie jest już political fiction. To jeden z prawdopodobnych scenariuszy dalszego rozwoju UE.
Ryszard Petru chce euro już w 2021 roku. Ale do tego potrzeba zmiany Konstytucji. A zyski dla Polski nie są oczywiste

Za sprawą antyeuropejskiej polityki Prawa i Sprawiedliwości spór o przyjęcie euro rozgorzeje zapewne na dobre. Tym bardziej, że niechęć PiS-u wobec wspólnej waluty jest wręcz ostentacyjna.

1 stycznia 2017 roku weszła w życie decyzja o likwidacji Biura Pełnomocnika Rządu do Spraw Wprowadzenia Euro, do którego zadań należała m.in. ocena perspektyw wypełnienia przez Polskę kryteriów konwergencji i procesu integracji ze strefą euro.

Narodowy Bank Polski z kolei zlikwidował Biuro Integracji ze Strefą Euro, a także zadecydował o zaprzestaniu „realizacji zadań polegających na opracowywaniu koncepcji i realizacji akcji informacyjnych wspierających debatę publiczną na temat procesu integracji Polski ze strefą euro”, czym zajmowało się Centrum Informacji o Euro.

Jednak w odpowiedzi na to opozycja proponuje drogę na skróty.


Jeżeli chcemy być w Europie pierwszej prędkości, to powinniśmy robić wszystko, żeby w najbliższym czasie przyjąć euro.

Ryszard Petru, briefing prasowy, za: PAP - 13/03/2017

03.01.2017 Warszawa , Ryszard Petru pojawil sie w Sejmie po powrocie z Madery . Fot . Slawomir Kaminski / Agencja Gazeta



Trzy dni po kompromitującej porażce rządu Prawa i Sprawiedliwości w sprawie reelekcji Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej, Ryszard Petru zapowiedział wprowadzenie euro w 2021 roku, dwa lata po odsunięciu PiS od władzy. Nie ma wątpliwości, że działania rządu PiS prowadzą do izolacji i marginalizacji Polski na arenie europejskiej. Jednak sprawa przyjęcia europejskiej waluty jest bardziej skomplikowana niż przedstawia to lider Nowoczesnej.



Musimy – tylko w teorii

Polska, wstępując do Unii Europejskiej w 2004 roku, formalnie zobowiązała się do zastąpienia złotówki wspólna walutą. Traktaty europejskie nie określają jednak terminu, kiedy miałoby to nastąpić, a jedynie warunki, jakie państwa członkowskie muszą spełnić. Są to tak zwane kryteria konwergencji.

  • Przeczytaj, jakie kryteria trzeba spełnić, żeby wejść do strefy euro

    • Stabilność cen: stopa inflacji nie może przekraczać średniej inflacji trzech najstabilniejszych cenowo państw członkowskich o więcej niż 1,5 punktu procentowego.
    • Długotrwałą równowagę finansów publicznych: deficyt publiczny nie może wynosić więcej niż 3% PKB, a dług publiczny nie może przekroczyć 60% PKB.
    • Stabilność kursu walutowego: państwo mające przyjąć euro musi przez co najmniej 2 lata uczestniczyć w mechanizmie walutowym ERM II. W tym czasie waluta krajowa nie może opuścić korytarza wahań kursowych wynoszących maksymalnie ±15% względem wyznaczonego poziomu.
    • Stabilność długoterminowych stóp procentowych: długoterminowe stopy procentowe mogą najwyżej o 2 punkty procentowe przekraczać stopy 3 najstabilniejszych pod tym względem państw członkowskich.

W teorii wszystkie państwa UE powinny wstąpić do strefy euro. Wyjątkiem jest szykująca się do opuszczenia ze wspólnoty Wielkiej Brytanii i Dania, oba kraje skorzystały z tzw. klauzuli „opt-out” i nie muszą uczestniczyć w integracji walutowej w UE. W praktyce jednak proces integracji walutowej można w zasadzie dowolnie odsuwać w czasie. Robi tak choćby Szwecja, której obywatele w 2003 roku opowiedzieli się przeciwko przyjęciu euro.

W przeciwieństwie do pierwszych lat po akcesji, w ostatnim czasie temat euro zszedł na boczny tor. Jednocześnie polska debata publiczna pod wpływem przeciągającego się kryzysu strefy euro i groźby jej rozpadu przesuwała się od pytania „kiedy” do „czy” w ogóle przyjmować wspólną walutę. Jednak reakcja na antyeuropejską politykę PiS-u może na nowo rozgrzać dyskusję o przyjęciu euro.

Ryszard Petru, apelując o wstąpienie do strefy euro, zwrócił uwagę na polityczny aspekt, a zupełnie pominął gospodarczy.

Bez euro Polska będzie marginesem

O przyszłości Unii Europejskiej zadecyduje w dużej mierze, co UE zrobi, aby przezwyciężyć trzy wielkie kryzysy: uchodźczy, bezpieczeństwa na wschodzie Europy i właśnie strefy euro. Wygląda na to, że Polska jest zainteresowana ściślejszą współpracą w kwestiach bezpieczeństwa. Chociaż nie utworzeniem europejskiej armii – jej powołanie musiałoby bowiem oznaczać daleko posuniętą integrację polityczną, której PiS nie chce. Pytanie, czy chętni do ściślejszej współpracy z Polską będą europejscy partnerzy, choćby Francuzi urażeni wycofaniem się Polski z zakupu caracali. W sprawie uchodźców PiS ostentacyjnie odmawia solidarności i współpracy.

Jednak kluczowe dla przyszłości Europy reformy dotyczyć będą strefy euro. To do niej coraz szybciej przenosić się będzie środek ciężkości wspólnoty.

Po Brexicie PKB obecnych państw euro stanowić będzie ponad 85 proc. PKB całej Unii.

Choć na konkretne reformy trzeba będzie zapewne poczekać na wynik wyborów we Francji i Niemczech, to realne jest zacieśnianie współpracy państw euro – gospodarczej i politycznej. Wizja strefy euro z własnym budżetem i wspólnymi euroobligacjami, a nawet własnym parlamentem, nie jest już political fiction, lecz jednym z prawdopodobnych scenariuszy dalszego rozwoju UE. Dlatego długotrwałe pozostawanie poza strefą euro, do której już dziś należy 19 z 27 państw Unii (bez Wielkiej Brytanii), niesie ryzyko dalszej marginalizacji w Europie i ograniczenia wpływu Polski na dalsze kierunki rozwoju Unii.



Dodatkowo, im więcej środków w budżecie strefy euro, tym mniej dla państw poza nią. Tymczasem jest już pewne, że w skutek Brexitu Polska, będąca największym beneficjentem unijnych środków strukturalnych, w przyszłej perspektywie budżetowej otrzyma znacznie mniej pieniędzy z Brukseli. Sprawę pogarszają napięte relacje Warszawy z Brukselą i innymi stolicami europejskimi, czego wyrazem była niezbyt dyplomatyczna uwaga prezydenta Francji François Hollande’a do premier Szydło: „Wy macie swoje zasady, my mamy fundusze”.

Wejście do strefy euro poprawiłoby też nasze bezpieczeństwo, na czym w obliczu agresywnej polityki Rosji powinno nam szczególnie zależeć. Silniejsze powiązanie Polski z europejskimi strukturami oznacza bowiem, że nasze problemy stają się problemami całej wspólnoty.

Z politycznego punktu widzenia nie ma więc większych wątpliwości, że lepiej być w strefie euro i współkształtować jej reformę niż pozostawać poza nią.

Choć nie należy ulegać złudzeniom, że Polska stałaby się z marszu głównym rozgrywającym strefy. Paradoksalnie jednak

przyjęcie euro mogłoby przybliżyć Jarosława Kaczyńskiego do realizacji jego upragnionego celu, czyli osłabienia pozycji Niemiec.

Silniejsza integracja gospodarcza i polityczna mogłaby okiełznać potęgę ekonomiczną naszego zachodniego sąsiada, o której przekonała się choćby Grecja, której Niemcy – wbrew obiekcji Włoch czy Francji – były w stanie narzucić drakońską politykę oszczędności.

Polska jak Grecja?

A co z gospodarczym bilans zysków i strat przyjęcia wspólnej waluty? Nie jest jednoznaczny.

Eksperci powszechnie uważają, że największym plusem przyjęcia euro będzie eliminacja ryzyka walutowego. W skrajnych przypadkach duże wahania kursu mogą doprowadzić nawet dobrze prosperujące przedsiębiorstwa do upadku. Oczywistą korzyścią używania jednej waluty jest również likwidacja kosztów transakcyjnych związanych z kupnem i sprzedażą walut, co przekłada się na koszty działalności gospodarczej, a więc i na ceny. Niepewność co do kursu walut może również wpływać na poziom inwestycji, utrudniając ocenę ich opłacalności.



Jednak istnieje wiele (kosztownych) instrumentów pozwalających przedsiębiorstwom zabezpieczać się przed ryzykiem zmian kursów, a i silne wahania nie przekreślają jednoznacznie osiągania dobrych wyników w handlu – czego przykładem jest choćby Polska. Statystyki studzą również entuzjazm tych, którzy liczą na znaczy wzrost handlu po wstąpieniu do strefy. Pokazują one bowiem, że

po przyjęciu euro wymiana handlowa między państwami strefy rosła wolniej niż z państwami UE będącymi poza nią oraz państwami trzecimi.

Wynika to jednak także z niezwykle silnych powiązań gospodarczych między tymi państwami, jakie budowano przez dekady poprzedzające wprowadzenie wspólnej waluty.

Sceptycy przyjęcia euro wskazują, że posiadając własną walutę i prowadząc autonomiczną politykę kursową, można efektywniej reagować na zewnętrzne szoki. Skorzystała na tym Polska w czasie europejskiego kryzysu. Jak zauważa Andrzej Kaźmierczak w publikacji przygotowanej w 2013 roku przez Biuro Analiz Sejmowych, integracja walutowa Polski ze strefą euro pociągnie za sobą utratę kontroli nad polityką pieniężną. W konsekwencji ciężar procesów przystosowawczych będzie spoczywał wyłącznie na polityce fiskalnej. Polska mogłaby więc podzielić los, jaki spotkał inne kraje peryferyjne na południu Europy, gdzie w obliczu spadku konkurencyjności jedynym sposobem jej przywrócenia pozostała obniżka płac. Do tego dochodzi fakt, że Europejski Bank Centralny dostosowuje swoją politykę do największych państw strefy euro. Adaptacja niskich stóp procentowych EBC mogłaby spowodować boom kredytowy skutkujący powstaniem baniek spekulacyjnych mogących przerodzić się w kryzys finansowy i eksplozji konsumpcji wewnętrznej powodującej wzrost importu i deficyt bilansu obrotów bieżących.

Na każdy argument zwolenników przyjęcia euro, sceptycy znajdą kontrargument i odwrotnie.

Grzegorz Kołodko, apelujący na początku roku o przyjęcie wspólnej waluty, twierdził, że choć możliwość samodzielnej polityki kursu walutowego pomogła Polsce w czasach kryzysu, to przewartościowanie złotówki walnie przyczyniło się do upadku zorientowanego na eksport przemysłu stoczniowego. Z kolei Paul Krugman, amerykański ekonomista i laureat Nagrody Nobla, wielokrotnie przestrzegał Polskę przed przyjęciem euro i wyciągnięcia wniosków z losów Grecji, Hiszpanii czy Irlandii.

Z ekonomicznego punktu widzenia z pewnością optymalnym rozwiązaniem byłoby przyjęcie wspólnej waluty w momencie, gdy polska gospodarka zbliżyłaby się do poziomu rozwoju bliskiego średniej państw euro. Taką opinię konsekwentnie prezentował m.in. Piotr Kuczyński, główny analityk domu inwestycyjnego Xelion. Jednak w obliczu ryzyka powstania Europy dwóch prędkości, stwierdził, że nie pozostaje mu nic innego jak zmienić zdanie i opowiedzieć się za szybszą integracją.

Jest jeszcze inny szkopuł: w pierwszej kolejności Polska musiałaby spełnić kryteria konwergencji. Ryszard Petru wskazując rok 2021 jako datę wejścia do strefy, optymistycznie zakłada, że na koniec rządów PiS Polska będzie gotowa, aby z marszu wejść do ERM II.

Do tego do zastąpienia złotówki euro konieczna jest zmiana Konstytucji, a to wymaga uzyskania poparcia 2/3 Sejmu.

Jednak proste postulowanie przyjęcia wspólnej waluty to droga na skróty – pod względem intelektualnym i politycznym. W obliczu silnych postaw sceptycznych wobec głębszej integracji, o czym pisał dla OKO.press Piotr Buras, przekonanie Polaków do przyjęcia wspólnej waluty nie będzie łatwym zadaniem. Kwestia euro nie jest zero-jedynkowa i powinna iść w parze z sformułowaniem szerszej, ambitnej wizji Polski w nowej, zreformowanej Europie, która zagwarantuje Polsce warunki do dalszego rozwoju i zminimalizuje ryzyko powtórzenia losów krajów południa Europy. Tylko tak uda się skutecznie i trwale przekonać Polaków do bycia w „jądrze” projektu europejskiego. Takiej refleksji brakuje w postulacie Ryszarda Petru.

Adam Traczyk jest politologiem, prezesem Global.Lab, publikuje m.in. w Politico Europe.

Opłać abonament na wolność słowa


Popularne:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym