„Jesteśmy przemęczone, pracujemy ponad siły” – mówią pielęgniarki z Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Ale kiedy 10 proc. z nich wzięło zwolnienia lekarskie, dyrektor Maciej Banach zgłosił sprawę do prokuratury. Teraz w godzinach pracy, bez wezwania, dyrekcja wozi je na przesłuchania. „To niedopuszczalne” – mówi OKO.press specjalista prawa pracy

W połowie marca 2019 na zwolnieniu lekarskim w Instytucie Centrum Zdrowia Matki Polki było 120 z prawie tysiąca zatrudnionych pielęgniarek. Niedużo, ale i tak trzeba było wstrzymać planowane zabiegi. Dyrektor zgłosił sprawę do prokuratury i do ZUS. W tym samym czasie rzecznik szpitala zapewniał, że sytuacja została opanowana, a liczba zwolnień nie wybiega znacząco ponad normę.

Pierwsze przesłuchania odbyły się w poniedziałek 25 marca – wezwano dwie pielęgniarki oddziałowe, które z L4 w marcu nawet nie skorzystały. O wezwaniu dowiedziały się w piątek przez telefon od sekretarki.

Otrzymały „służbowe polecenie” stawienia się w prokuraturze, prywatnym samochodem zawiózł je tam pracownik dyrekcji. Nikt nie pokazał im wezwania, nie widziały nawet, czy zeznawać mają w charakterze świadka, czy oskarżonego.

„To skandal! Jak to możliwe, że strona oskarżająca wydaje pracownikom polecenia stawienia się na przesłuchaniu, zawozi ich i dysponuje informacjami od prokuratury?” – pyta Alicja Miszkiewicz szefowa związku zawodowego pielęgniarek i położnych w Instytucie Centrum Zdrowia Matki Polki.

Prawnicy (i prawo) potwierdzają: „To niedopuszczalne”

Samochód czeka

Dwie pielęgniarki oddziałowe dostały w piątek 22 marca telefon od sekretarki pielęgniarki naczelnej, która poinformowała, że w poniedziałek 25 marca jadą na przesłuchanie. Powiedziały o tym szefowej związku zawodowego Alicji Miszkiewicz.

„W poniedziałek w pracy dostały kolejny telefon, że mają zejść na dół, samochód już czeka. Potem pracownik dyrekcji prywatnym samochodem zawiózł je do prokuratury. Nie dostały żadnego formalnego wezwania, nie wiedziały nawet, czy jadą w charakterze świadka, czy oskarżonego. Opuściły miejsce pracy na ustne polecenie dyrektora” – mówi Miszkiewicz.

„Nigdy wcześniej nie spotkałem się z taką praktyką. Prokuratura może wzywać przez telefon, ale powinna dzwonić do samych pracowników. Wezwanie musi mieć charakter bezpośredni, pojawianie się pośrednika, szczególnie jeśli jest nim przełożony, jest niedopuszczalne” – mówi OKO.press prawnik i specjalista prawa pracy Grzegorz Ilnicki.

Prokuratura: nie chcieliśmy nikogo zastraszać.

Polskie prawo stanowi, że „wszelkie pisma przeznaczone dla uczestników postępowania doręcza się w taki sposób, by treść ich nie była udostępniona osobom niepowołanym” oraz nakłada na wzywającego obowiązek poinformowania wzywanego o tym, w jakim charakterze ma się stawić, oraz jakie są konsekwencje niestawienia się na przesłuchaniu.

  • Kodeks postępowania karnego

    Zgodnie z kodeksem postępowania karnego doręczenia powinny spełniać określone warunki:

    Art. 128.

    § 1. Orzeczenia i zarządzenia doręcza się w uwierzytelnionych odpisach, jeżeli ustawa nakazuje ich doręczenie.

    § 2. Wszelkie pisma przeznaczone dla uczestników postępowania doręcza się w taki sposób, by treść ich nie była udostępniona osobom niepowołanym.

    Art. 129.

    § 1. W wezwaniu należy oznaczyć organ wysyłający oraz podać, w jakiej sprawie, w jakim charakterze, miejscu i czasie ma się stawić adresat i czy jego stawiennictwo jest obowiązkowe, a także uprzedzić o skutkach niestawiennictwa.

    § 2. Przepis § 1 stosuje się odpowiednio do zawiadomień.

    § 3. Jeżeli od dnia doręczenia pisma biegnie termin wykonania czynności procesowej, należy pouczyć o tym adresata.

    Art. 130. [Pokwitowanie]

    Pisma doręcza się za pokwitowaniem odbioru. Odbierający potwierdza odbiór swym czytelnym podpisem zawierającym imię i nazwisko na zwrotnym pokwitowaniu, na którym doręczający potwierdza swym podpisem sposób doręczenia.

„Wezwano oddziałowe, które nawet nie były w marcu na L4. O co je pytano? Nie wiadomo, ale przez brak podstawowych informacji, nie mogły się na przesłuchanie nawet przygotować. Sytuacja jest skandaliczna!” – mówi OKO.press Miszkiewicz, która apelowała do pielęgniarek, żeby odmówiły wyjazdu do prokuratury na takich warunkach.

„Presja pracodawcy jest tak wielka, że wolały jechać, nawet łamiąc prawo. Boją się konsekwencji: represji, przesuwania na inne oddziały”.

„Taki sposób zarządzania to mobbing i zastraszanie personelu” – oburza się Małgorzata Hirzewska, pielęgniarka z jednego z łódzkich szpitali.

Prokuratura Okręgowa w Łodzi zasłania się chęcią jak najszybszego wyjaśnienia sprawy. „Przepisy przewidują możliwość uproszczonego wezwania świadków, niemniej będziemy ustalać,  czy spełnione zostały wszelkie wymogi formalne” – deklaruje Krzysztof Kopania, rzecznik łódzkiej prokuratury.

„Z uzyskanych wstępnie relacji wynika, że intencją była chęć jak najszybszego wyjaśnienia sprawy, a także ułatwienia świadkom stawiennictwa. Z całą pewnością  zamierzeniem nie było natomiast, by osoby przesłuchiwane tę formę odebrały jako jakąkolwiek presję”.

Wszystko w normie, ale zgłaszamy

W czwartek 14 marca na zwolnieniu lekarskim w ICZMP było 120 pielęgniarek. Przy stołach operacyjnych brakowało obsady, więc wstrzymano planowane zabiegi. W piątek rzecznik Centrum Adam Czerwiński deklarował, że oddziały szpitalne funkcjonowały już bez zakłóceń.

„W Centrum pracuje około tysiąca pielęgniarek i położnych. Zazwyczaj ok. 10 proc. z nich korzysta ze zwolnień lekarskich. Od początku tygodnia na zwolnieniach przebywa około 120 pielęgniarek. W związku z wynikającym ze zmiennej pogody sezonem infekcyjnym nie chcemy odczytywać opisywanych zdarzeń jako jakiejkolwiek formy protestu” – mówił Czerwiński.

Ale: „Kierując się troską o pacjentów i aby rozwiać wątpliwości dotyczące przyczyn nieobecności personelu, powiadomiliśmy ZUS oraz prokuraturę”.

OKO.press zapytało rzecznika, czy działania szpitala nie zagrażają życiu i zdrowiu pacjenta, skoro przez zgłoszenie do prokuratury pielęgniarki zmuszane są do opuszczania szpitala w godzinach pracy.

„Nie” – zaprzecza Czerwiński. „Dotychczas zostały przesłuchane trzy pielęgniarki – naczelna pielęgniarka szpitala i dwie oddziałowe”.

Problem w tym, że zgodnie z informacjami łódzkiej prokuratury, w sprawie konieczne będzie przesłuchanie ponad 200 świadków.

NFZ: O niczym nie wiemy

Dyrekcja zapomniała jednak o poinformowaniu NFZ o problemach z realizacją kontraktu (takich jak odwoływanie zabiegów czy problemy z personelem). „Dowiedzieliśmy się o sprawie z mediów i poprosiliśmy dyrekcję placówki o wyjaśnienia” – mówiła łódzkiej „Wyborczej” Anna Leder, rzeczniczka łódzkiego NFZ. „W odpowiedzi szpital poinformował, że pracuje już bez utrudnień, a pielęgniarki po prostu miały grypę”.

„Przełożyliśmy część zabiegów i przeorganizowaliśmy udzielanie świadczeń. Szpitale w ramach normalnego funkcjonowania podejmują zmiany w organizacji stosownie do występujących czynników zewnętrznych i wewnętrznych. Nie są to nadzwyczajne zdarzenia. Nie oznaczają ograniczenia dostępu do świadczeń medycznych realizowanych w oparciu o umowę z NFZ” – mówi OKO.press Czerwiński.

Na równi pochyłej

„Nie mam do dyrekcji żalu za złą sytuację w ochronie zdrowia, za brak nowych kadr na rynku. Ten system jest chory z niedofinansowania. Winię go za brak współpracy. Zamiast usiąść z nami, porozmawiać i spróbować załagodzić problem, staje przeciwko nam” – mówi Miszkiewicz.

Jednym z proponowanych przez pielęgniarki postulatów było wypłacanie zachęty finansowej dla najstarszych stażem. Żeby choć na krótko zatrzymać je w szpitalu, zanim odejdą na emeryturę. „Nie chciałyśmy bajońskich sum, tylko dorównania do zarobków w innych łódzkich szpitalach. Dyrektor wolał udawać, że problemu nie ma”.

Czy można było w tej sytuacji wpaść na gorszy pomysł niż zgłoszenie sprawy do prokuratury? Chyba nie. „Pielęgniarki odliczają czas do odejścia. Nowych nie ma. Szpital rozpisuje konkursy, a chętnych brak”.

Czy za pół roku, kiedy na emeryturę odejdzie 70 pielęgniarek, paraliż szpitala też będzie winą personelu? „Nasza kadra nie jest młoda, pielęgniarki chorują, jeżdżą do sanatorium, mają operacje. Są przecież jeszcze urlopy macierzyńskie. Skoro 120 nieobecnych zatrzymało pracę, to za pół roku potrzeba będzie już tylko 50. A to bardzo mało na cały szpital”.

„Funkcjonowanie placówki opiera się na założeniu, że nikt nie zachodzi w ciążę, nie choruje, nie bierze urlopu. Kto będzie pracował, kiedy odejdziemy na emerytury? Nie dziwcie się potem, że pacjenci umierają na SOR-ach”.

A pracownicy chorują. Także z przepracowania.

„Wszczyna się postępowanie przeciwko pielęgniarkom, a przecież one sobie same tych zwolnień nie wypisały. Po prostu przestały chodzić do pracy chore” – mówi Miszkiewicz.

„Dotychczas same podłączały się w pracy do kroplówek, przychodziły nawet z zapaleniem mięśnia sercowego, z katarami, zarażały się. Lekarz operował z grypą. To kryminogenne, że pracownik służby zdrowia jest dopuszczony chory do pracy! Ale musi przyjść, żeby się to wszystko jakoś kręciło”.

Kiedy przejrzycie na oczy?

„Nowe pielęgniarki przychodzą na chwilę i odchodzą. Wjeżdżają za granicę. Odchodzą już nawet rejestratorki, które mają tak niskie pensje, że płaci im się dodatki, żeby zarabiały choć minimum krajowe. Tak samo jest z innymi pracownikami administracji. Nie da się przyciągnąć pracowników, bo nikt za takie pieniądze ani w takich warunkach nie chce pracować”.

Tymczasem rząd próbuje przechytrzyć protestujących przedstawicieli zawodów medycznych, którzy domagają się wzrostu nakładów na ochronę zdrowia do 6,8 proc. PKB. Zapisany w ustawie stopniowy wzrost wydatków na zdrowie (do 6 proc. PKB w 2025) okazał się fikcją. Rząd planując wydatki na 2019 rok, wziął pod uwagę PKB z 2017 roku, oszczędzając na zdrowiu 7,6 mld zł.

Polska pozostaje wśród państw UE, które wydają na zdrowie najmniej – zarówno w proc. PKB, jak i per capita.

  • W 2016 roku przeznaczyliśmy na ten cel 4,4 proc. PKB,
  • podczas gdy Węgrzy 5,2 proc.,
  • Czesi 6,0 proc.,
  • Francuzi 8,7 proc.,
  • a Niemcy 9,5 proc.

W tym samym roku Polska wydała na ochronę zdrowia 731 euro na jednego mieszkańca. Spośród państw należących do UE gorzej było tylko w Rumunii (432 euro) i Bułgarii (556 euro). Słowacy wydali 1061, Czesi 1193, a Francuzi 3847 euro.

 

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym