PiS w ekspresowym tempie próbuje trochę załatać dziurę, którą w ustawie o ochronie przyrody wybiła nowelizacja z 16 grudnia ubiegłego roku. W jej efekcie w Polsce zaczęła się masowa wycinka. Ale "nowelizacja nowelizacji" nie zatrzyma rzezi drzew mimo zapewnień Jarosława Kaczyńskiego

Posłowie PiS złożyli przed weekendem w Sejmie projekt nowelizacji znowelizowanej ustawy o ochronie przyrody. Poprzednią nowelizację uchwalono 16 grudnia 2016 r. Dała właścicielom działek niekontrolowane prawo do wycinki drzew i krzewów. I wielu chętnie z tej okazji skorzystało. Pod piłami i siekierami padły tysiące drzew.



Masowe protesty przestraszyły PiS. Prezes Kaczyński zapowiedział pilne zmiany w ustawie. I właśnie mamy tego efekt. OKO.press sprawdza czy nowelizacja nowelizacji zatrzyma powszechny wyręb.

Projekt poselski – to najszybsza ścieżka legislacyjna, nie wymaga żadnych konsultacji i uzgodnień, często stosowana przez PiS – wprowadza do ustawy dwie zasadnicze zmiany:

  1. osoby, które usuwają drzewa i krzewy ze swoich posesji, powinny to zgłosić;
  2. przez 5 lat od wycinki posesji nie można sprzedać (co ma zatrzymać wycinki robione „pod dewelopera”).

OKO.press uważa, że ten projekt stwarza kolejne problemy, a nie rozwiązuje starych.

Oto 7 dowodów na to, że propozycja PiS nie zatrzyma masowej wycinki:

1. Bo można

Nowelizacja miała uniemożliwić wycinkę ze względu na przyszłe komercyjne wykorzystanie działki. Chodzi przede wszystkim o uniknięcie takich sytuacji, w których osoby prywatne usuwają roślinność, żeby „oczyszczone”  działki sprzedać za wyższą cenę. Nabywcy mogą uniknąć dzięki temu kosztów, których poniesienie nakłada na nich ustawa.

Problem w tym, że Polacy tną nie tylko dlatego, że chcą upłynniać na rynku ogołocone z drzew i krzewów działki. Wycinają, bo ustawa pozwala im na usuwanie roślin z byle powodu.

Ustawa weszła w życie 1 stycznia 2017 r. i zmieniła dotychczasową zasadę: wycinać nie można, chyba że wyjątkowo i za zgodą administracji lokalnej. Teraz z zasady wolno wycinać z nielicznymi wyjątkami.

Tę nową zasadę potwierdził Jarosław Kaczyński. Na konferencji prasowej 28 lutego powiedział, że ustawa „z punktu widzenia wielu właścicieli posesji i gospodarstw jest czymś bardzo dobrym”.



Ekolodzy zwracają przede wszystkim uwagę na ten aspekt zmiany nastawienia do drzew i krzewów.

„Projekt nie hamuje gigantycznego przyzwolenia na wycinkę” – mówi OKO.press Paweł Szypulski z Greenpeace. – „Nie przywraca też społecznościom lokalnym możliwości kontroli nad usuwaniem roślin, również tych cennych przyrodniczo i krajobrazowo”.

2. Bo za niezgłoszenie wycinki nic nie grozi

Projekt nowelizacji dodaje do ustawy zapis (art. 83f ust. 4), który zobowiązuje właściciela nieruchomości do zgłoszenia usunięcia drzewa lub krzewu do stosownego organu – wójta, prezydenta, burmistrza lub wojewódzkiego konserwatora zabytków.

Ale to niczego nie rozwiązuje – ostrzega Szypulski z Greenpeace. „Co z tego, że przepis zobowiązuje właściciela terenu prywatnego do zgłoszenia wycinki, jeśli nie ma żadnej kary za niepoinformowanie stosownego organu?

To jest potencjalnie martwy przepis. Żeby miał sens, to należałoby wprowadzić jakieś sankcje, by można go było w ogóle wyegzekwować”.

Szypulski podkreśla, że dużo sensowniejsze mogłoby być na przykład rozwiązanie zobowiązujące właściciela do zgłoszenia w urzędzie gminy  że planuje się wycinkę i – mówi Szypulski – „jeśli w ustawowo określonym terminie – np. 30-60 dni – urząd by nie nam tego nie zakazał, to moglibyśmy ciąć”.

„To dałoby samorządowi narzędzie pozwalające na uniknięcie poważnych strat przyrodniczych” – dodaje.

3. Bo trzeba zgłaszać wszystko, a to zachęca do tego, by nie zgłaszać nic

Przed 1 stycznia nie trzeba było się starać o pozwolenie, jeśli obwód pnia na wysokości 5 cm nad ziemią wynosił nie więcej niż 35 cm (w przypadku topoli, wierzby, kasztanowca zwyczajnego, klonu jesionolistnego, klonu srebrzystego, robinii akacjowej, platana klonolistnego ) lub 25 cm (w przypadku innych gatunków drzew).

Po 1 stycznia można wyciąć drzewo bez zezwolenia bez względu na jego wielkość.

Tymczasem ust. 4 par. 83f nowego projektu nowelizacji nakazuje zgłoszenie wycinki każdego drzewa, bez względu na jego gabaryty. „Wymaga to zgłaszania wycinki witek np. o średnicy 1 cm i wysokości kilkudziesięciu cm” – mówi OKO.press dr inż. Piotr Tyszko-Chmielowski, dyrektor Instytutu Drzewa.

A to może zniechęcać właścicieli posesji do informowania organów o pracach związanych z usuwaniem drzew i krzewów. Tym bardziej, że zgodnie z nową ustawą nic im za to nie grozi.



4. Bo złamanie prawa może się opłacać

Projekt nowelizacji przewiduje kary za sprzedaż działki w okresie krótszym niż 5 lat od dokonania wycinki (art. 88 ust. 1 pkt. 5). Kara ta wynosi dwukrotność „opłaty za usunięcie drzewa lub krzewu”.

W ustawie taka opłata pozostała z poprzednich wersji i zwolnieni z niej zostali właściciele działek prywatnych. Może wynosić maksymalnie 500 zł za ścięte drzewo a 200 zł za krzew (art. 85 ust. 4a). W praktyce realną stawkę – może być znacznie niższa – ustali rada gminy. Ustawa o ochronie przyrody nie określa jej dolnej wartości.

Karę za usunięcie drzewa/krzewu pod działalność biznesową będzie się naliczało w następujący sposób: obwód pnia drzewa na wysokości 130 cm/liczba metrów kwadratowych powierzchni gruntu pokrytej usuwanym krzewem x stawka za usunięcie x 2.

To wszystko powoduje, że mogą zdarzyć się takie sytuacje,w których właścicielowi będzie się opłacała sprzedaż działki przed upływem 5 lat od wycinki i zapłacenie za to kary.

Wyobraźmy sobie, że Kowalski ma działkę, na której rosną 2 drzewa i 1 krzew. Właśnie znalazł się „pod kreską” i zależy mu by szybko sprzedać teren, bo pilnie potrzebuje gotówki. Znajduje nabywcę, który gotowy jest kupić ziemię za 300 tys. zł, ale bez roślinności. Kowalski wie, że wycinkę powinien zgłosić i że przez 5 lat od tego momentu nie powinien sprzedawać działki.

Decyduje się jednak nie zgłaszać wycinki i spieniężyć grunt. Jego gmina nie ustaliła stawki za usunięcie drzew i krzewów, dlatego  – zgodnie z art. 85 ust. 4a ustawy – obowiązuje kwota ustawowa. Kowalski wie, że jeśli sprawa się wyda, to będzie musiał zapłacić 133,6 tys. zł kary, bo:

  • obwód drzewa 1 na wysokości 130 cm wynosi 60 cm (60 cm x 500 zł x 2 = 60 tys. zł)
  • obwód drzewa 2 na wysokości 130 cm wynosi 70 cm (70 cm x 500 zł x 2 = 70 tys. zł)
  • powierzchnia zajmuje krzew to 9 m2 (9 m2 x 200 zł x 2 = 3,6 tys. zł)

Ale Kowalski też rozumie, że to nie musi się wydać. A nawet jeśli tak się stanie, to w jego kieszeni zostanie 166,4 tys. zł.

Opisywana sytuacja jest oczywiście hipotetyczna, ale realna.



5. Bo można wyciąć teraz, by sprzedać za 5 lat

Spowolnienia tempa wycinki nie należy się również spodziewać z tego powodu, że proponowana nowelizacja nie zabezpiecza przed sytuacją, w której osoba prywatna dokona wycinki po to, by sprzedać ziemię po upływie 5 lat. Wtedy zrobi to całkowicie legalnie, a pozbawiony roślinności teren będzie też atrakcyjniejszy dla deweloperów.

6. Bo deweloper może kupić i wyciąć jako osoba prywatna

Projekt nowelizacji nie uszczelnia też w pełni przed wybiegami deweloperów. Na przykład możliwa jest sytuacja, w której właściciel firmy deweloperskiej – jako osoba prywatna – kupuje teren, na którym znajduje się cenna przyrodniczo i krajobrazowo roślinność. Następnie wycina drzewa i krzewy, by podnieść wartość rynkową działki. Potem czeka 5 lat i przekazuje działkę swojemu przedsiębiorstwu, bądź ją sprzedaje na rynku innemu deweloperowi.

7. Bo minie jeszcze kilka tygodni, zanim wejdą zmiany, więc można wycinać do woli

Zanim nowelizacja nowelizacji wejdzie w życie można się liczyć z tym, że wycinki gwałtownie przyśpieszą. Właściciele będą po prostu chcieli zdążyć przed zmianami, które mogą utrudnić im nieskrępowaną wycinkę.


Dziennikarz i publicysta. W OKO.press pisze o ochronie przyrody, łowiectwie, prawach zwierząt, smogu i klimacie oraz dokonaniach komisji smoleńskiej. Stały współpracownik miesięcznika „Dzikie Życie”.


Masz cynk?