0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Zdjęcie: Vot TakZdjęcie: Vot Tak

Publikujemy reportaż, który najpierw ukazał się na portalu Vot Tak.

Lato 2026 roku okazało się najtrudniejszym okresem dla Krymu od początku pełnoskalowej inwazji Rosji. Siły Zbrojne Ukrainy konsekwentnie odcinają anektowany region od rosyjskich dostaw i atakują stacje elektroenergetyczne.

Według byłego już ministra obrony Ukrainy Mychajła Fedorowa wkrótce Krym może zamienić się w wyspę. Mieszkańcy Krymu regularnie zmagają się z przerwami w dostawach prądu i wody, a ceny paliwa na półwyspie są najwyższe w całej Rosji: w połowie lipca za litr benzyny AI-95 trzeba zapłacić ponad 200 rubli. W tej sytuacji 26 czerwca na Krymie i w Sewastopolu wprowadzono stan nadzwyczajny. Dziennikarka Vot Tak spędziła na Krymie tydzień i sprawdziła, co się tam dzieje, jak kryzys energetyczny wpłynął na sezon turystyczny oraz co o całej sytuacji myślą mieszkańcy i turyści.

Przeczytaj także:

Wjazd na Krym: 12-godzinne korki i cysterny z benzyną pod eskortą karabinów maszynowych

26 czerwca, w dniu ogłoszenia stanu nadzwyczajnego na Krymie, po obu stronach mostu utworzyły się ogromne korki: z półwyspu próbowało wyjechać około 1800 samochodów, a w przeciwnym kierunku czekało około tysiąca. Nie była to jednak panika – most zamknięto z powodu ataku Sił Zbrojnych Ukrainy.

Na Krym jadę następnego dnia i mam szczęście – kolejka już się zmniejszyła. Dzień wcześniej utknął w niej mój kierowca Kostia: czekał 11 godzin, próbując opuścić półwysep.

„Przyjechaliśmy, a oni nas fajerwerkami witają, k**a. Jakby sylwester przeciągnęli do rana: strzela, j**ie, huk, wybuch za wybuchem. Tłukli tak, jakby chcieli rozwalić most” – opowiada mężczyzna. „No ale czego się spodziewać? Wojna, k**a”.

Kostia, mieszkaniec wsi w rejonie symferopolskim, pojechał z kolegą dwoma samochodami po benzynę „na kontynent”. Stację, na której zgodzili się nalać paliwo do kanistrów, znaleźli dopiero pod miastem Noworosyjsk – 350 kilometrów od Symferopola.

Po paliwo „za most” jeździ wielu mieszkańców Krymu. Niedobory pojawiły się jeszcze pod koniec wiosny: początkowo sprzedawano po 20 litrów na osobę, później wprowadzono talony, a 21 czerwca paliwo przestano wydawać wszystkim poza służbami państwowymi.

Nie mogąc poradzić sobie z kryzysem, władze pozwoliły przewozić przez Most Krymski 200 litrów płynów zamiast dotychczasowych stu. Korzystają z tego handlarze, którzy wożą benzynę w kanistrach, często wykonując kilka kursów, a następnie sprzedają ją z dużą marżą. Według mieszkańców ceny są absurdalne – nawet do 600 rubli (29 zł) za litr.

Kolejka po paliwo przed mostem Krymskim. "Na kontynent" po benzynę jeżdżą taksówkarze, czerwiec 2026 roku. Zdjęcie: Vot Tak

Kostia nie jest handlarzem – wiezie benzynę dla siebie i rodziny. Ma niewiele ponad czterdzieści lat, opaloną od pracy na wsi twarz i wyszczerbiony uśmiech. Zapewnia, że wcale nie przejmuje się niedoborem paliwa, a pojechał tankować bardziej „przy okazji”.

„Oni [Ukraińcy] celowo wywołują panikę – to jedna z najlepszych broni współczesnej wojny. Ale po co panikować? Czy przy odwrocie, czy przy natarciu – i tak trzeba uciekać. A dokąd uciekniesz, skoro Krym to w zasadzie wyspa? Tu rozwalą most, tam rozwalą przesmyk – i po wszystkim. Na naszej wsi jest dobrze: posadzimy ziemniaki, narąbiemy drewna – starczy na zimę” – mówi ze śmiechem.

Kostia omija część korka pasem przeznaczonym dla autobusów, przekrzykując się z niezadowolonymi kierowcami stojącymi w kolejce. W końcu docieramy do punktu kontroli. Z sąsiedniego samochodu wysiada kierowca.

- Nie wolno tu spacerować! – woła do niego strażniczka.

- A zapalić można?

- Oczywiście, że nie! Przecież wożą tędy benzynę! – odpowiada.

To ostrzeżenie ma sens: podczas kontroli kierowcy wyjmują rzeczy z bagażników, a obok niemal każdego samochodu stoją rzędy kanistrów. Trudno nie pomyśleć, co by się stało, gdyby akurat tutaj przedostał się ukraiński dron. Inspektor kontrolujący samochód dolewa oliwy do ognia, opowiadając, jak kilka dni wcześniej jedno z aut miało tu wypadek – błyskawicznie stanęło w płomieniach i doszczętnie spłonęło.

Naklejka z mostem Krymskim i prorosyjskim hasłem w autobusie w Symferopolu, czerwiec 2026 roku. Zdjęcie: Vot Tak

Kiedy pędzimy już Mostem Krymskim pod dziesiątkami kamer, Kostia przestaje udawać twardziela – kryzys paliwowy dotyka go bezpośrednio. W sezonie zajmuje się zbiorem winogron, a na dojazdy zużywa od dwóch do trzech ton paliwa. Pytam, co zamierza zrobić.

- Zobaczymy, coś się wymyśli. Co mam, płakać? Jak nam przypi***oli, to sobie poradzimy – odpowiada. – Nie wiem, jak to się skończy. Wielu wierzy, że wszystko będzie świetnie, że Rosja nikomu Krymu nie odda. Teoretycznie nie powinna – tyle pieniędzy tu wpompowali.

- A pan co o tym myśli?

- My jesteśmy zwykłymi ludźmi, nic nie decydujemy. Tak samo jak nie decydowaliśmy w 2014 roku. Czy ktoś nas pytał, czego chcemy? Krymu? Rosji? A może wywiesić flagę Portugalii?

Kostia nawet nie pamięta, czy poszedł wtedy na referendum. Miał trzydzieści lat i inne problemy – jak sam mówi: „najważniejsze było się zabawić i znaleźć dziewczynę”.

Jedziemy niemal pustą drogą rozgrzaną czerwcowym słońcem. Pod mostem przed dronami ukrywa się cysterna z benzyną. Mijają nas pickupy z żołnierzami uzbrojonymi w karabiny maszynowe, gotowymi strącać wrogie bezzałogowce. Widzimy kolumnę cystern jadących z Kerczu – eskortują je cztery mobilne grupy ogniowe. Czuję się, jakbym trafiła do rosyjskiego remake'u „Mad Maxa”.

W ciągu godziny jazdy Kostia zdąży omówić niemal wszystkich. Byłego prezydenta Ukrainy Janukowycza – za to, że nie rozpędził Majdanu. Rosyjskich urzędników – bo, jego zdaniem, zaraz po śmierci Putina oddadzą Krym, żeby z Rosji zdjęto sankcje. Dostaje się także rosyjskim wojskowym – za to, że zarabiają wielkie pieniądze, a nie posuwają się naprzód. Najbardziej jednak Kostię irytuje to, że jego rodzinna ziemia nieustannie znajduje się w samym centrum wydarzeń wojskowych i politycznych.

- Po prostu nie rozumiem, co wszyscy mają z tym Krymem. Przyszli Turcy – żyliśmy pod Turcją. Przyszła Kaśka [Katarzyna II] – zabrała Krym. Chruszczow z powrotem go podarował. Jak prostytutka: jedni przelecieli, drudzy przelecieli, trzeci. A my siedzimy i zastanawiamy się: kto nas jeszcze przeleci? Oni tam prowadzą wojnę, a my za to dostajemy po d*pie. Trochę przykro.

- I jak pan myśli, czym to się wszystko skończy?

- Mam w dupie, czym to się skończy. To nie nasza gra. Człowiek to takie stworzenie, k**a, że do wszystkiego się przyzwyczai.

Teodozja: Puste plaże i nieustraszeni wczasowicze

Mimo obowiązywania stanu nadzwyczajnego władze Krymu nadal zachęcają turystów do przyjazdu i podkreślają, że dla gości półwyspu nie obowiązują żadne ograniczenia. Wielu jednak rezygnuje z wyjazdu z własnej woli. Liczba anulowanych rezerwacji na Krymie wzrosła w ciągu roku o 87,9%.

Pierwszym punktem mojej podróży jest Teodozja – jedno z najpopularniejszych miejsc wypoczynkowych na wschodnim wybrzeżu. Właścicielka pensjonatu potwierdza, że w czerwcu odwołano aż 85% rezerwacji. Jest przekonana, że turyści niepotrzebnie się obawiają, a panikę podsycają media i prowokatorzy.

„U nas wszystko jest w porządku: woda i prąd są, morze jest czyste. Drony nie latają, ludzi nie zabijają, jedzenia nie brakuje. Ale nasi klienci czytają, że u nas trwa wojna, i odwołują rezerwacje. A słuchać, że u nas jest tak samo jak wszędzie, nikt nie chce” – mówi.

Mówi to z takim przekonaniem, że chciałoby się jej uwierzyć. Ale już wcześniej widziałam wielokrotnie atakowany terminal naftowy przy wjeździe do miasta – część niegdyś śnieżnobiałych ogromnych zbiorników była sczerniała i zgnieciona niczym plastikowe kubki. Wypoczynek w takim sąsiedztwie budzi niepokój.

Rano zaglądam do restauracji nad morzem, żeby napić się herbaty i podłączyć do Wi-Fi – Internet na rosyjskiej karcie SIM nie działa. Krótko ostrzyżona szefowa kuchni Oksana nudzi się bez klientów i chętnie rozmawia.

„Od czasów pandemii praktycznie nie było porządnego sezonu” – wzdycha. „Zeszłego lata też nie było rewelacji, ale liczyliśmy, że w tym roku będzie lepiej. A teraz nie ma gości, dostawcy bez słowa wyjaśnienia niczego nie przywożą. No, właściwie przyczyny są oczywiste. Ale skoro nie ma gości, to przynajmniej nie jest aż tak strasznie”.

Oksana wybucha głośnym śmiechem. W restauracji co jakiś czas wyłączają prąd – dzień wcześniej musiała podgrzać bułkę na palniku gazowym, żeby przygotować klientowi burgera.

- Jaki idiota przyjedzie tu na wakacje? Weźmiesz ze sobą, powiedzmy, 200 litrów benzyny w bagażniku – cały samochód będzie śmierdział paliwem. A przecież dochodzi jeszcze presja psychiczna: wysadzą most, drogi lądowej nie będzie – i co wtedy zrobisz? Jak człowiek zacznie o tym myśleć, to można... — patrzy na mnie i nie musi kończyć zdania.

- Moi znajomi jadą po benzynę na tamtą stronę trzema samochodami. Wzięli jedzenie, wodę, naściągali filmów. Dałam im kanistry i poprosiłam, żeby przywieźli mi 50 litrów. To wystarczy na dwa tygodnie. Wcześniej kupowałam po 200 rubli za litr od handlarzy. Taki teraz biznes.

- I co zamierza pani zrobić?

- Powiesić się – znów wybucha śmiechem, tak zaraźliwym, że sama mimowolnie się uśmiecham. – Moja przyjaciółka, kiedy ostatnio bardzo mocno grzmiało od wybuchów, zadzwoniła rano i powiedziała: „To nie czas na samobójstwo!”.

- A tak poważnie?

- A jak można do tego wszystkiego podchodzić poważnie? Przecież to jest po prostu prze***ane – odpowiada już bez śmiechu.

Wychodzę nad morze i od razu widzę, o czym mówiła. Nikt najwyraźniej nie przychodzi tu wcześnie rano, żeby zająć miejsce na plaży – wolnej przestrzeni jest pod dostatkiem. Co ciekawe, w przeciwieństwie do przedsiębiorców, sami wczasowicze sprawiają wrażenie całkowicie spokojnych.

- Wszystko jest dobrze, morze czyste. Teraz wszędzie jest niebezpiecznie – uważa emerytka z Moskwy spacerująca brzegiem.

- Bardzo nam się tu z mężem podoba. Nie widzę tutaj żadnego zagrożenia. Mieszkamy w Briańsku – tam ryzyko jest większe. Były niewielkie przerwy w dostawie [prądu], ale niezbyt częste – opowiada 54-letnia kobieta.

- Nie ma benzyny, cierpimy – uśmiecha się mężczyzna z Rostowa nad Donem z tatuażem na całej piersi, który przyjechał na urlop z żoną i córką. – Nie da się zamówić taksówki. Wczoraj w ogóle nie przyjechała, więc zostaliśmy w domu.

- I nie żałuje pan, że przyjechaliście?

- Na razie jeszcze nie – śmieje się.

- Nasz rosyjski naród niczego się nie boi! – wtrąca jego żona.

- Wszystko, co dało się zbombardować, już zbombardowali – dodaje mężczyzna.

Plaża na obrzeżach Teodozji jest prawie pusta, czerwiec 2026 roku. Zdjęcie: Vot Tak

Nad plażą rozlega się energiczny głos z megafonu:

- Kochani, gdzie jesteście? Nie widzę kolejki do naszej kaczuszki Aniusi! Pogoda idealna, żeby pojeździć z dziećmi na naszym bananie!

Naganiacz przedstawia mnie właścicielowi punktu z atrakcjami wodnymi. Proszę go, żeby opowiedział o sezonie. Barczysty, opalony Lesza patrzy na mnie z powątpiewaniem.

- Jaki sezon? Nie ma żadnego sezonu. To mój dwudziesty rok nad morzem i pierwszy raz widzę coś takiego. Zużywamy mnóstwo benzyny, tylko skąd ją brać? Straciliśmy dwa dni, żeby pojechać tam, [„na kontynent”], a to oznacza dwa dni postoju. Do tego trzeba zapłacić miastu za dzierżawę. Rozejrzyj się w lewo i w prawo. Nigdy w życiu pod koniec czerwca nie było tu tak pusto. Przynajmniej połowa plaży powinna być [zajęta]. Wczoraj zarobiliśmy siedem tysięcy rubli (ok. 340 zł). Trzy dni temu – zero. Cztery dni temu – też zero. I co o tym myślisz?

- Beznadziejnie – przyznaję. – Co zamierzacie zrobić?

- No... koniec. Kropka. Nie wiem, co robić – wzdycha Lesza. – Paliwa zostało nam najwyżej na cztery dni. Do kanistrów już nie leją, podatków nikt nie zniósł, administracja nic nie mówi. Wprowadzili jakiś dziwny stan nadzwyczajny, ale płacić i tak trzeba. Tylko z czego? Czyli po prostu mają nas w dupie? Nikt nie powie, że sezon jest stracony – wszyscy udają, że wszystko jest świetnie.

- Ma pan jeszcze na coś nadzieję?

- Żeby wojna się skończyła – odpowiada Lesza.

- Żeby zapanował pokój. To wszystko już nam obrzydło – potwierdza jego pracownik, który przed chwilą zachęcał turystów do przejażdżek.

- Jest tylko jedno wyjście – żeby to całe g**o się skończyło. Tak mam tego dość. Wywiozłem swoich [rodzinę] na kontynent, bo moja czteroletnia córka mówi: „Tato, bum-bum” i pokazuje na okno.

- Jak bardzo jest tu niebezpiecznie? W pensjonacie mówili, że wszystko jest dobrze.

- Nie rozumiem, po co tak mówią – irytuje się Lesza. – Po co? Żeby zarobić pieniądze? Tak się nie da. Jeśli turyści zobaczą, jak jest naprawdę, to już nigdy tu nie wrócą, nawet jeśli, daj Boże, to wszystko się skończy. Przedwczoraj nie było ani prądu, ani wody. Trzy dni temu był prąd, ale nie było wody. Cztery dni temu odwrotnie – była woda, ale nie było prądu. Powiem ci szczerze: najlepiej jak najszybciej… fiuu – gwiżdże – stąd wyjechać.

Głos Leszy zagłusza megafon:

- Życzymy wszystkim wspaniałego dnia i świetnego humoru! Zapraszamy na przejażdżki po krystalicznie czystej, lazurowej wodzie!

Koktebel: Nieremontowana promenada i gotowanie na ognisku

W sąsiedniej miejscowości wypoczynkowej Koktebel sytuacja wygląda niewiele lepiej. Jakby nie wystarczały problemy dotykające całego Krymu, od czterech lat nie mogą tu dokończyć remontu nadmorskiej promenady.

Idę nad morze wzdłuż zamkniętych straganów i szyldów informujących o wolnych pokojach w pensjonatach. W jednym z nich poznaję recepcjonistkę Alinę.

- Wszystko jest bardzo trudne. Właśnie wypełniam miesięczny raport – gości było dwa razy mniej niż w zeszłym roku. Szczerze mówiąc, nasze władze razem z tymi z Moskwy to kłamcy. Lepiej by niczego nie obiecywali. Z benzyną nic się nie poprawiło – mówi Alina, mając na myśli wypowiedź „gubernatora” Krymu Siergieja Aksionowa z 30 maja, w której zapewniał, że sytuacja z paliwem „ustabilizuje się w ciągu 30 dni”. – Nawet prąd wyłączają z powodu bombardowań.

Alina mówi, że jest „zupełnie niezaangażowana politycznie”, ale jej mąż to „patriota i wszystko jej wyjaśnił”.

- Byłam w szoku. Produkty naftowe wydobywane w Rosji zostały oddane w prywatne ręce. Sprzedajemy własne surowce innym krajom, potem musimy od nich kupować je drożej, a oni jeszcze odsprzedają je tym, z którymi prowadzimy wojnę! Dlatego oczywiście jestem zła na rząd – oburza się Alina. Zaraz jednak dodaje, że sama uważa się za patriotkę – „patriotkę Krymu”.

Na plaży, z butelkami piwa, siedzą turyści z Kurska: małżeństwo w średnim wieku, Aleksandr i Jelena, oraz starszy, wąsaty Władimir, którego poznali podczas pobytu w sanatorium.

- Przecież wszyscy dziennikarze są opłaceni? Putin przecież nie pozwoli mówić prawdy – odpowiada sceptycznie Aleksandr, gdy proszę go o opinię o wypoczynku.

Obiecuję, że niczego nie będę przekłamywać, i mężczyzna od razu się ożywia.

- To proszę napisać, jak jest naprawdę. Do naszego sanatorium kierują ludzi na bony socjalne – przyjeżdżają emeryci i osoby z niepełnosprawnościami. Nie ma żadnych atrakcji, nie ma dokąd wyjść, przez kilka dni nie było prądu. Benzyny nie ma, nikt nie wozi ludzi nad morze. Bez promenady dojście na plażę zajmuje bardzo dużo czasu. Mieszka z nami starsza pani, emerytka – odlicza już tylko dni do wyjazdu.

- A słyszeliście, co było w Woroneżu? – wtrąca się Władimir. – W tym tygodniu rakietami uderzyli w fabrykę produkującą mikrochipy. W mediach powiedzieli, że zginęło pięć osób, ale moi krewni znają ludzi, którzy tam pracują, i oni mówią, że zginęło 380 osób. (Redakcja „Vot Tak” nie była w stanie potwierdzić tej informacji.) A nasz Władimir Władimirowicz, za przeproszeniem, ciągle mówi o „czerwonych liniach”! I kiedy te czerwone linie wreszcie zostaną przekroczone? Nie daj Boże, żeby weszli na nasze terytorium – i co wtedy? Sudża była zajęta przez rok. Cały rok!

Jasnowłosa, opalona na brąz Daria i nieco bledsza brunetka Irina to przyjaciółki z Petersburga. Mama Darii mieszka w Koktebelu, więc kobiety spędzają tu wakacje nie pierwszy raz. Daria przyjechała z mężem i małym dzieckiem, a sytuację opisuje bez większego optymizmu.

- Wiele kawiarni i sklepików w ogóle się nie otworzyło. Są przerwy w dostawach wody, codziennie wyłączają prąd. Wczoraj i przedwczoraj od drugiej po południu aż do dziesiątej wieczorem. Mam czasem wrażenie, że idzie się jak przez Silent Hill — nie ma samochodów, wszędzie cisza.

- I jak sobie z tym radzicie?

Z jakiegoś powodu obie wybuchają śmiechem.

- To smutne, ale rano wstajemy, idziemy nad morze i jakoś leci – mówi ciemnowłosa Irina.

- Generalnie da się żyć, ale ja mam sześciomiesięczne dziecko – dodaje Daria.

- Mieszkamy na wzgórzu, nie ma tam gazu, a bez prądu nie da się nawet podgrzać wody. Kilka razy grzaliśmy ją na ognisku.

- A wczoraj piekliśmy na ognisku kiełbaski. Chcieliśmy coś zjeść – no bo co mieliśmy zrobić?

Sudak: Taksówki wożą po narkotyki, a benzyna kosztuje 300 rubli

Sudak – największy kurort południowo-wschodniego Krymu – sprawia wrażenie bardziej ożywionego. Po plaży krążą sprzedawcy gorącej kukurydzy i pasztecików, a spacerujących promenadą turystów naganiacze zapraszają do „Pokoju Strachu” – za tysiąc rubli można tam trafić do „szpitala psychiatrycznego, czyli wojskowego lazaretu”.

Mimo to plaże są wyraźnie pustawe. Pytam sprzedawców pamiątek, którzy bezskutecznie czekają na klientów, jak oceniają sezon.

- Turystów jest o sto pięćdziesiąt procent mniej – odpowiada z kaukaskim temperamentem Rustam. Oprócz stoiska z pamiątkami prowadzi pensjonat i lokal z fast foodem. – Dzisiaj utarg w budce z pamiątkami wyniósł 200 rubli (ok. 9 zł). Naprawdę nie przesadzam. Poza tym u nas jest spokojnie, naprawdę jest dobrze. Tego, co się dzieje gdzie indziej – mam na myśli ataki Sił Zbrojnych Ukrainy – w Sudaku akurat nie ma. Ale z paliwem jest prawdziwy problem.

Co jest potrzebne, żeby przywieźć towar? Paliwo. Dostawcy mówią, żebyśmy po kolejne zamówienia sami jeździli do Symferopola. Wszystko drożeje. Nuggetsy: pierwsza dostawa kosztowała 350 rubli za kilogram (ok. 17 zł), druga już 535 (ok. 25 zł), trzecia 620 (ok. 30 zł). A turyści nie przyjeżdżają właśnie przez problemy z paliwem.

Promenada w Sudaku, czerwiec 2026 roku. Zdjęcie: Vot Tak

Na promenadzie poznaję Ilję z Tiumeni. Ma około czterdziestu lat i wypoczywa pod Sudakiem z żoną, dwójką dzieci i teściową. Właśnie wrócił z wyprawy po benzynę „na kontynent”, gdzie spędził 19 godzin w kolejce, żeby przywieźć 200 litrów paliwa w kanistrach.

- Mam nadzieję, że wystarczy do końca urlopu. Musimy jeszcze tankować generator, bo mieszkamy w pensjonacie i zaczęli regularnie wyłączać prąd. Dwa dni z rzędu siedzieliśmy po trzy godziny bez elektryczności – opowiada Ilja. Mimo wszystko jest zadowolony z wakacji. Narzeka jedynie na meduzy i teściową.

Wczasowicze na plaży w Sudaku, czerwiec 2026 roku. Zdjęcie: Vot Tak

Na dworcu autobusowym dowiaduję się, że z powodu niedoboru paliwa ograniczono liczbę kursów. Godziny odjazdu kilku autobusów zostały zamazane czarnym markerem. Z tablicy ogłoszeń spogląda na mnie Putin, obok widnieje jego cytat zapisany kursywą: „Rosja nie rozpoczyna wojen. Rosja je kończy.”

„K***a, nie wiem, co robić!” – skarży się przez telefon młoda kobieta, której nie udało się kupić biletu.

Tym, którym zabrakło miejsc do Symferopola, kierowca busa proponuje podróż na stojąco. Wszyscy się zgadzają – to ostatni kurs. Czekając na odjazd, przysiadam się do grupki kaukaskich taksówkarzy. Palą papierosy i rozmawiają o interesach.

- Jak sobie radzicie bez benzyny?

- My? Nam przecież dają, miejscowym. Codziennie naliczają po dziesięć litrów. Możesz odebrać wszystko pod koniec miesiąca albo codziennie po dziesięć litrów – odpowiada siedzący obok starszy mężczyzna. — Przecież Krym jest nasz!

Wyczuwam ironię i proszę, żeby odpowiedzieli poważnie.

- Czy siwy człowiek miałby pana okłamywać? – oburza się teatralnie jego sąsiad, a wszyscy wybuchają śmiechem.

- Pani musi zrozumieć... – włącza się do rozmowy około czterdziestoletni mężczyzna. – Ten – wskazuje na siwego – zarabia, wożąc ludzi do lasu po skrytki z narkotykami. Nikt inny nie płaci, narkomani płacą. A ten – pokazuje na drugiego – kradnie olej napędowy. Kanister jest, wąż jest. To prawda, to Krym – inaczej się nie da!

Odchodzę, ale nadal przysłuchuję się rozmowie. Z urywków wynika, że o narkotykach wcale nie żartowali.

Do busa pasażerowie wciskają się tak ciasno, że z plecakiem ledwo mieszczę się na stopniu, a przed nami prawie dwie godziny jazdy. Drzwi nie chcą się domknąć, więc pomaga kolega kierowcy, dosłownie upychając ludzi do środka. Na pożegnanie rzuca z pokrzepiającym uśmiechem: „Swoich nie zostawiamy!”

Tablica ogłoszeń w Sudaku, czerwiec 2026 roku. Zdjęcie: Vot Tak

Symferopol: Nieustanne ostrzały i krymski fatalizm

W Symferopolu jest jeszcze mniej spokojnie niż na wybrzeżu. To stolica Krymu i główny węzeł logistyczny półwyspu, którego obiekty wojskowe i strategiczne regularnie stają się celem ukraińskich ataków. Na początku czerwca w mieście zginęły trzy osoby w wyniku uderzenia w bliżej nieokreślone „obiekty niemieszkalne”. Częstym celem ataków jest także elektrociepłownia Tawryjska, położona około dziesięciu kilometrów od centrum miasta.

Wieczorem stolica Krymu sprawia jednak złudnie spokojne wrażenie. Na przystanku słyszę ostrzeżenie, że choć jest dopiero 21:00, mogę już nie doczekać autobusu – liczbę kursów ograniczono. Do hostelu idę pieszo.

Urząd miasta Symferopol, czerwiec 2026 roku. Zdjęcie: Vot Tak

O piątej rano cały żeński pokój budzi potężny wybuch. Piętrowe łóżka drżą, za oknem wyje alarm samochodowy. Zaspana podskakuję i rozglądam się oszołomiona, ale nikt nie wygląda na zaniepokojonego. Część współlokatorek od razu zasypia z powrotem, inne sięgają po telefony, żeby sprawdzić wiadomości.

- Gdzieś na obrzeżach miasta właśnie coś zestrzeliwali – odzywa się głos z dolnego łóżka.

- Ukraina zaproponowała rozejm, ale Rosja się nie zgodziła – odpowiada ktoś z górnej pryczy.

Moi rozmówcy z Symferopola i okolic niemal przywykli do ciągłych ostrzałów.

- Kiedyś u nas zawsze było cicho, a teraz działa stoją dosłownie na ulicach. Co noc strzelają, wybuchy, latają drony. Przez to źle śpię, bo tylko zaczyna się: „tra-ta-ta” – Julia naśladuje odgłosy wystrzałów. Ma około trzydziestu lat i mieszka w centrum miasta. Cieszy się, że na Krymie nie uruchamia się już syren alarmowych – władze regionu tłumaczyły, że w przeciwnym razie wyłyby „zbyt często”.

- U nas [strzelają] tak codziennie – no, poza okresem rozejmu. Drony zestrzeliwują zarówno rakietami, jak i z karabinów maszynowych. Wie pan, najgorzej jest siedzieć w domu i słyszeć, jak nad głową buczy bezzałogowiec. A co, jeśli skończy mu się paliwo albo zakłócą go systemy walki elektronicznej? — opowiada śniady, brodaty Nikita z miejscowości pod Symferopolem.

Jest przekonany, że żeby szybciej zakończyć wojnę, trzeba codziennie „walić” w Kijów – „wtedy by się uspokoili”.

- Co noc w akademiku oglądamy fajerwerki. Patrzysz przez okno – cztery jednostki wojskowe walą ogniem w niebo. Na przykład wtedy, gdy praktycznie zrównali elektrociepłownię z ziemią – nagle biały błysk, jakby zrobił się dzień, i bach! W sekundę pół miasta zostało bez prądu. A my po prostu siedzieliśmy przy ścianie na łóżkach i słuchaliśmy, jak dron leci w naszą stronę – opowiada barwnie Sasza, student technikum transportowego w Symferopolu.

Mural z rosyjskim żołnierzem na budynku poczty, czerwiec 2026 roku. Zdjęcie: Vot Tak

Żaden z moich rozmówców nie zamierza wyjeżdżać z Krymu.

- A czego się bać? Przed tym i tak nie uciekniesz. Jak przyleci, to przyleci. Nie przyleciało – miałeś szczęście. Przecież teraz nawet do Moskwy dolatują! – mówi Sasza.

- A po co wyjeżdżać? Jakbym się czegoś bał! Jeśli coś przyleci, to taki los – dodaje Nikita.

Julia mówi, że nigdy nie myślała o wyjeździe, chociaż jej piętnastoletni syn prosi, żeby wyrobiła mu paszport.

- On się po prostu boi wojny, boi się, że umrzemy. Tłumaczę mu: nawet jeśli gdzieś wyjedziemy, to jeśli jest ci przeznaczone umrzeć tego dnia, to i tak umrzesz. Nieważne, jak bardzo się ukrywasz i dokąd uciekasz – przeznaczenie i tak cię odnajdzie.

Podobny fatalizm podziela niemal każdy z moich rozmówców. Jedna z mieszkanek Sewastopola przywołuje historię nauczycielki pochodzącej z obwodu ługańskiego, która zginęła podczas ostrzału autobusu z białoruskimi dziećmi w obwodzie briańskim: „Od przeznaczenia nie uciekniesz” – podsumowuje kobieta.

W całym mieście wiszą reklamy Jurija Nestierenki - kandydata Jednej Rosji w wyborach. Zdjęcie: Vot Tak

Sewastopol: Polowanie na benzynę

W drodze do Sewastopola widzę przez okno autobusu słup dymu – zestrzelony w okolicy dron podpalił suchą trawę. Miasto o statusie federalnym wita mnie przeciągłym wyciem syreny. W przeciwieństwie do reszty Krymu alarmy są tu ogłaszane, choć teraz trwają zaledwie minutę. Mimo to mieszkańcy nie zwracają na nie większej uwagi. Nawet autobusy i trolejbusy nie przerywają już kursowania podczas alarmów.

W dniu mojego przyjazdu na Krym w Sewastopolu wznowiono sprzedaż benzyny za pomocą kodów QR. Można je otrzymać wyłącznie przez komunikator Max. Trzeba wpisać dane samochodu i czekać na moment ogłoszony przez „gubernatora” Sewastopola Michaiła Razwożajewa – zazwyczaj po godzinie 22:00. Jedna osoba może kupić maksymalnie 20 litrów paliwa. Nie wiadomo, ile kodów przeznaczono dla liczącego ponad pół miliona mieszkańców miasta.

Udaję się na jedną ze stacji paliw, żeby sprawdzić, jak działa ten system. Przy wejściu stoi kontroler z czerwoną opaską na ramieniu, przypominającą opaski dawnych ochotniczych patroli obywatelskich. Sprawdza kody QR. Udaje mi się przemknąć obok i pytam kasjerkę o ceny. 30 czerwca litr benzyny AI-95 kosztował 140 rubli (6,75 zł), a AI-95+ — 185 rubli (8,95 zł). To dwa razy więcej niż w Moskwie. „Szef” Sewastopola Michaił Razwożajew określa te ceny jako „odpowiadające obecnym realiom”. Kierowcy są jednak zgodni: „Ceny są z kosmosu”.

Kolejka po paliwo pod Sewastopolem, czerwiec 2026 roku. Zdjęcie: Vot Tak

Wielu z nich skarży się, że zdobycie kodu QR udało się dopiero po wielu próbach.

- Dwa razy już nic z tego nie wyszło – system mnie wyrzuca i tyle. Dzisiaj będę próbował z czterech telefonów naraz – narzeka mężczyzna, któremu nie udało się dostać kodu.- Tym razem złapałem kod za trzecim razem. Wcześniej przez cztery dni z rzędu próbowałem bez skutku. To loteria – program nie nadąża z obsługą zgłoszeń. Kiedy jeszcze tankowaliśmy w zwykłej kolejce, raz czekałem dwie i pół godziny. A to jeszcze niewiele – zdarzało się stać nawet po cztery godziny – wspomina około trzydziestopięcioletni mężczyzna, czekający przy dystrybutorze.

To, co się dzieje, określa jako „zaniedbanie ze strony władz”.

- Ludzie są już tak wściekli, że aż strach. Słyszeliście chyba powiedzenie o „rosyjskim buncie”? Jest okrutny i bezlitosny – ostrzega mieszkaniec Sewastopola. Dodaje też, że przy takich cenach prawdopodobnie będzie to jego ostatnie tankowanie na tej stacji.

Dwa tygodnie później, gdy ten reportaż przygotowywany jest do publikacji, litr AI-95 w Sewastopolu kosztuje już 195 rubli (9,45 zł), a AI-95+ – 245 rubli (ok. 11,90 zł).

Kolejka po paliwo w Sewastopolu jest niewielka - bo benzynę dają na QR-kody, które ciężko zdobyć, czerwiec 2026 roku. Zdjęcie: Vot Tak

Ci, którym nie udało się zdobyć kodu QR albo nie chcą jechać do Sewastopola, próbują kupić benzynę w normalnej sprzedaży. Całkowity zakaz sprzedaży paliwa osobom prywatnym obowiązywał tylko przez kilka dni. Od czasu do czasu benzyna pojawia się na pojedynczych stacjach dwóch dużych sieci – Atan i TES.

Julia z Symferopola opowiada, że przez trzy doby bezskutecznie próbowała zatankować. Ostatniego dnia spędziła na stacji cały dzień — bez rezultatu. Jednak nawet wtedy, gdy obowiązywał całkowity zakaz sprzedaży paliwa osobom prywatnym, benzynę można było kupić na niewielkich prywatnych stacjach — tyle że po zupełnie zaporowych cenach. Niedaleko domu Julii działa dystrybutor, gdzie AI-95 można kupić bez kolejek i bez kodów QR, ale już po 380 rubli za litr (18,40 zł).

Nieczynna stacja paliw i zaparkowane obok samochody. Zdjęcie: Vot Tak

Sewastopolska plaża: Ćwiczebne wybuchy i niećwiczebny alarm

Sewastopol – baza Floty Czarnomorskiej – przez całą wojnę pozostaje celem ukraińskich ataków. To właśnie tutaj latem 2024 roku doszło do jednej z najgłośniejszych tragedii, która dotknęła turystów: wystrzelony przez Ukrainę pocisk ATACMS, po oddziaływaniu rosyjskiej obrony przeciwlotniczej, zboczył z toru lotu i eksplodował w powietrzu, a jego odłamki spadły na plażę. Według rosyjskich władz zginęło dwoje dorosłych i dwoje dzieci, a ponad 150 osób zostało rannych.

W 2026 roku, jak mówią mieszkańcy, ataki stały się jeszcze częstsze.

- Przez ostatnie dwa miesiące [atakują] bardzo intensywnie. Zaczęło się 1 maja i właściwie nie przestają. Drony latają dosłownie przed balkonem. Dzisiaj rano jechałem pod Sewastopolem i trzy drony mi towarzyszyły. Potem je zestrzelili – opowiada spokojnie, niemal flegmatycznie miejscowy mieszkaniec Nikołaj.

Kilka dni przed moim przyjazdem, w nocy z 23 na 24 czerwca, był duży atak na infrastrukturę energetyczną Sewastopola. Według gubernatora zestrzelono 70 dronów, a dwie osoby zostały ranne. Część miasta została pozbawiona prądu, przestały kursować trolejbusy.

Oficjalnie poinformowano, że naprawy zakończyły się jeszcze tej samej nocy. Jednak dwie osoby opowiedziały mi, że nie miały prądu przez trzy dni. Nic dziwnego, że tego lata liczba anulowanych rezerwacji w Sewastopolu wzrosła o 78,9%.

Na początku lipca w Sewastopolu znajdowało się 577 schronów. Były to głównie betonowe schrony modułowe, przeznaczone do ochrony przed odłamkami pocisków, falą uderzeniową oraz spadającymi szczątkami podczas alarmów lotniczych i ataków rakietowych, czerwiec 2026 roku. Zdjęcie: Vot Tak

- Turystów jest o wiele mniej. Powiedziałabym, że o jakieś osiemdziesiąt procent – kręci głową Natalia, około czterdziestoletnia właścicielka sklepu z pamiątkami. – Ale i za to dziękujemy. W kraju panuje taka atmosfera... jaki biznes, jacy turyści? Najważniejsze, żeby wszyscy byli cali i zdrowi. Resztę da się później nadrobić.

- Teraz wprowadzono stan nadzwyczajny. Liczy pani na jakieś wsparcie?

- Och... nie wiem... – zamyśla się Natalia, po czym nagle ożywia się. – I tak nasz gubernator to porządny facet, na pewno coś wymyśli. Oby tylko zdrowie mu dopisywało. Tak samo naszemu prezydentowi. Jaki on jest wspaniały! Tyle ma teraz na głowie. Przecież oni też nie są w stanie rozdwoić się ani wszystkiego ogarnąć naraz. Widocznie tak musi być. Nie ma prądu – wytrzymamy. Nie ma wody – wytrzymamy. Nie ma benzyny – też wytrzymamy. Jest wojna, wszystko jest teraz trochę przeciwko nam. Trzeba jeszcze trochę wytrzymać, wszystko się ułoży, coś wymyślą.

Na pytanie, czy polecałaby turystom przyjazd do Sewastopola, Natalia milknie, wzdycha i przyznaje, że nie wie. Zaraz jednak dodaje: „Tutaj nie jest bardziej niebezpiecznie niż gdziekolwiek indziej”.

Kola mieszka w Sewastopolu od trzech lat – przeprowadził się z północnego Krymu. Wygląda jak surfer z Bali: obcisła koszulka podkreśla opalone, umięśnione ramiona, jasne kręcone włosy opadają na czoło. Ten obraz burzy jedynie plecak w kamuflażu. Kola nie jest wojskowym. Już nie.

Kontrakt podpisał w 2021 roku, kiedy służba wojskowa wydawała się zwyczajną, a nawet perspektywiczną pracą. Miał wtedy osiemnaście lat. Po wybuchu wojny trafił do zwiadu. Cudem udało mu się odejść ze służby dwa tygodnie przed ogłoszeniem mobilizacji – później kontrakty stały się bezterminowe. Dziś żałuje, że jako młody chłopak „wpakował się w to wszystko”.

- Tak naprawdę nie mam już do tego wszystkiego żadnego stosunku. Po prostu nie trzeba było tego zaczynać i tyle. Myślę, że mało komu ta wojna się podoba. To przecież oczywiste.

Kola mówi, że podobnie myśli wielu jego znajomych, zwłaszcza od ostatnich sześciu miesięcy, kiedy zaczęły się przerwy w dostawach prądu i wody oraz problemy z benzyną.

- Po raz pierwszy od dwunastu lat usłyszałem od babci i mamy, że Putin jest idiotą. Strona ukraińska proponuje, żeby przestać uderzać w głąb obu krajów i ograniczyć walki tylko do frontu. A on odpowiada, że mu to nie odpowiada.

W Sewastopolu wśród pamiątek oferowane są do sprzedaży naszywki wojskowe, czerwiec 2026 roku. Zdjęcie: Vot Tak

W poszukiwaniu turystów idę na miejską plażę „Słoneczną”. Między blokami płynie nieprzerwany strumień ludzi – w kapeluszach, panamach, szortach i lekkich sukienkach, z plażowymi torbami i dziećmi niosącymi dmuchane koła.

Na placu przed plażą stoją cztery modułowe schrony. Niecierpliwi plażowicze wykorzystują je jako przebieralnie – do właściwej przebieralni ustawiła się niewielka kolejka.

Ludzie kąpią się, opalają, grają w siatkówkę plażową i skaczą z mola do wody. Nagle rozlegają się wybuchy – nikt nawet nie odwraca głowy. Pytam, co się dzieje. Oni tłumaczą: obok jest Wyższa Szkoła Marynarki imienia Nachimowa.

- Ćwiczą, strzelają. Gdyby było coś poważnego, ogłosiliby alarm – uspokaja mnie opalony starszy pan w kąpielówkach. Kilku chłopaków pokazuje w stronę morza. Dostrzegam wysoki rozbryzg wody po wybuchu pocisku.

Plaża Słoneczna w Sewastopolu, czerwiec 2026 roku. Zdjęcie: Vot Tak

Na plaży wypoczywa głównie wielu mieszkańców Sewastopola, dlatego turystów znajduję dopiero po dłuższej chwili. Siwowłosy Wasilij przyjechał z dorosłą córką Jeleną i dwiema wnuczkami – trzy- i czternastoletnią – z Chanty-Mansyjskiego Okręgu Autonomicznego. Rodzina ma w Sewastopolu mieszkanie, dlatego spędza tu wakacje co roku.

- Wszystko jest dobrze. Opalamy się. Owoce są słodkie. Tylko ta sytuacja trochę psuje wypoczynek. Baliśmy się trochę przyjeżdżać, ale sam urlop wynagradza wszystkie te obawy – opowiada opalona, jasnowłosa Jelena.

Narzeka na trudną podróż – dwa samoloty i pociąg. Martwi się też, czy ich pociąg powrotny nie zostanie odwołany. Dopiero gdy pytam, czy nie żałuje przyjazdu, nerwowo się uśmiecha.

- Było kilka naprawdę ciężkich nocy. Spaliśmy wtedy w łazience.

- Mieszkanie jest na ósmym piętrze, z widokiem na całe miasto – dopowiada jej ojciec. – Cała ta strzelanina odbywała się dosłownie przed naszymi oknami.

- Z każdej strony – dodaje Jelena. – To było straszne. Wyszłam na balkon i zobaczyłam lecącego drona.

- Nie pomyśleliście wtedy o wyjeździe?

- To właśnie była ta najgorsza noc. Popłakałam trochę. Rano wstało słońce, ludzie poszli na plażę, wakacje trwały dalej. A co mieliśmy zrobić? Dokąd jechać? – wzdycha. Dodaje, że problemy zaczęły się jeszcze w drodze na Krym. Ich pociąg jechał tuż za składem, który 8 czerwca został zaatakowany przez Siły Zbrojne Ukrainy. – Nasz pociąg zatrzymano, a tamten przepuszczono. Kilka minut różnicy. Równie dobrze to my mogliśmy znaleźć się na jego miejscu.

Jelena gorzko się śmieje – nawet jej trzyletnia córka wie już, kiedy trzeba uciekać do łazienki podczas alarmu. I pewnie będzie potem opowiadać o tym dzieciom w przedszkolu.

Kiedy Jelena odchodzi przygotować dziewczynki do wyjścia, Wasilij przysuwa się bliżej i zaczyna wyliczać, jak wojna zmieniła Sewastopol.

Pistolet na wodę na nadmorskiej promenadzie. „To co, obrona przeciwlotnicza?” - pyta z zamyśleniem młoda kobieta, czerwiec 2026 roku. Zdjęcie: Vot Tak

Infrastruktura plażowa niszczeje – władze tłumaczą to wydatkami na „specjalną operację wojskową”. Na autobusy i trolejbusy czeka się bardzo długo. Ceny taksówek poszybowały w górę. Kiedyś miasto tętniło życiem, muzyka grała do późnej nocy. Teraz już o 21:00 zapada cisza, bo godzinę później przestaje kursować komunikacja miejska.

- Może kiedyś i Moskwa się obudzi. Ci, od których zależy, żeby to wszystko do nas nie dolatywało. To przecież hańba! Służyłem w wojsku i wstyd mi za Rosję. Ludzie są oburzeni naszą biernością. Czym właściwie jest Ukraina? Małym państwem. Dlaczego Rosja nie wygrała tej wojny pięć lat temu? Teraz, kiedy cały świat jest przeciwko nam, sytuacja rzeczywiście stała się trudna.

Wasilij patrzy mi prosto w oczy. Palce skrzyżowanych na piersi rąk mocno zaciskają się na opalonej skórze ramion. Nie rozumie, dlaczego Rosja nie potrafi ochronić własnych zakładów zbrojeniowych i baz paliwowych, przez co musi kupować benzynę w Indiach. Dlaczego wrogie drony dolatują aż po Ural. Dlaczego dopuszczono do katastrofy ekologicznej po wycieku mazutu do Morza Czarnego. Dlaczego władze ukrywają skalę ostrzałów, zakazując publikowania zdjęć ich skutków.

Nagle pyta mnie, czy jestem mężatką. Kiedy odpowiadam, że nie, kiwa głową.

- Jeszcze gorzej jest, kiedy ma się dzieci. Człowiek chce dla nich przyszłości. Chce wiedzieć, dokąd zmierzamy. A teraz coraz trudniej wierzyć, że jutro będzie lepsze.

Patrzy zamyślony na najmłodszą wnuczkę – pulchną dziewczynkę w różowym stroju z dwoma kitkami. Chciałabym go jakoś pocieszyć, ale nie potrafię. Milczenie przerywa Jelena – dziewczynki są już gotowe do wyjścia. Na pożegnanie Sybirak prosi mnie – niech ten artykuł będzie optymistyczny: „Dodawajcie ludziom otuchy. Nawet jeśli trzeba będzie trochę skłamać”.

Chcę wrócić na molo, ale drogę zastępuje mi żołnierz w hełmie i kamizelce kuloodpornej: zaraz zacznie się ostrzał. Przed chwilą przyszło zgłoszenie przez radio – mówi. I rzeczywiście, minutę później rozlega się syrena alarmu lotniczego. Plażowicze niespiesznie zwijają ręczniki i spuszczają powietrze z dmuchanych kół. Nie wyglądają na przestraszonych. Po prostu słońce już zachodzi. Do schronów wchodzi jedynie para nastolatków, żeby przebrać mokre kąpielówki.

Schron obok plaży Słoneczna w Sewastopolu, czerwiec 2026 roku. Zdjęcie: Vot Tak

Na kolację wchodzę do niewielkiej knajpy w strefie turystycznej. Jest dopiero dziewiąta wieczorem, a oprócz mnie siedzi tam zaledwie dwoje gości. Zamieniam kilka słów z kelnerką w średnim wieku.

- Widzę, że tej nocy znowu spadło sporo na Kijów – wzdycha. – I co teraz? Czego mamy się spodziewać? To jak w przedszkolu. Jedni plują, drudzy odpluwają.

- Ludzie myślą, że to się wkrótce skończy?

- Raczej nie. Nic na to nie wskazuje. Ale oczywiście mamy nadzieję. Już bardzo chce się zwykłego spokoju.

Na zewnątrz jest ciemno: dla oszczędności energii uliczne oświetlenie nie działa – podobnie jak zimą w Biełgorodzie. Nie ma jeszcze nawet dwudziestej drugiej, a ulice są tak ciche, że słychać szelest liści i odgłos pojedynczych samochodów gdzieś w oddali.

Mijają mnie spóźnieni przechodnie i grupki nastolatków – wyjątkowo liczne. Rozmawiają o swoich sprawach: o serialach, o morzu, o przepisie na tom yum. Powietrze jest gęste, ciepłe i pachnie jodem. Letni wieczór jest obezwładniająco piękny. Łzy same napływają mi do oczu: myślę o tym, jak mogłoby wyglądać życie w tym niezwykłym miejscu.

U kierowcy trolejbusu drzwi do kabiny są otwarte i na podłodze dostrzegam kamizelkę kuloodporną. Wracam do miejsca noclegu, kładę się do łóżka i już przez sen słyszę syrenę oraz liczę wybuchy – wydaje mi się, że było ich dziesięć.

Ulice Sewastopola bez oświetlenia ulicznego, czerwiec 2026 roku. Zdjęcie: Vot Tak

Droga z Krymu: Dron nad szosą i pokój, który nie nadszedł

Do Mostu Krymskiego wiezie mnie Asłan z Symferopola. Czarnym mikrobusem jedzie gdzieś w okolice Kerczu. Jedziemy spokojnie, tak jak wszyscy na trasie – oszczędzamy benzynę. Na horyzoncie zbiera się burzowa chmura, ale na razie świeci słońce i jest gorąco.

Rozmawiamy o błahostkach: wymieniamy uprzejmości o pięknie Krymu i Moskwy, dyskutujemy o zarobkach i cenach. Nagle Asłan przeciąga ostatnie słowo i mówi:

- Najważniejsze, żeby był pokój. Cała reszta to c**jnia.

Gorąco mu przytakuję, ale on ciągnie dalej:

- Wydaje mi się, że gdyby nasz prezydent naprawdę chciał, to zrównałby Ukrainę z ziemią. I byłoby po wszystkim.

- Jak pan myśli, dlaczego więc tego nie robi?

- To polityka. Nie wiem – macha ręką.

W 2014 roku Asłan właśnie skończył osiemnaście lat. W referendum zagłosował za Rosją, bo wierzył, że dzięki temu zapanuje pokój.

- Szczerze mówiąc, było mi wszystko jedno. Rosja, Ukraina, Turcja, Ameryka czy Niemcy – nieważne. Najważniejsze było normalnie żyć, pracować i mieć spokój.

Dziś w mieszkaniu Asłana drugi dzień nie ma prądu, trzeci dzień nie ma gazu. Nad jego domem regularnie latają drony. Po nocach nie śpi z powodu wybuchów. Mimo to nie żałuje swojego wyboru sprzed lat, chociaż o pokoju nie ma już mowy. „Ale przecież przez dziesięć lat było spokojnie. Było normalnie”.

Tawrida - główna autostrada Krymu, łącząca Kercz z Sewastopolem. Zdjęcie: Vot Tak

Po prawej stronie drogi, nieco ponad latarniami, porusza się coś czarnego, ma ogromne skrzydła – co najmniej dwa metry rozpiętości.

- O, to ptak? – pytam. Natychmiast uświadamiam sobie, że to bezzałogowiec. Asłan potwierdza to soczystym przekleństwem. Dron samolotowego typu spokojnie przelatuje obok. W oddali dostrzegam dym – czuję, jak coś ściska mnie w środku.

Asłan pyta:

- Myśli pani, że on chyba nie zawróci?

Uspokajam go, że dron raczej nie szuka właśnie nas. Mówię to pewnym głosem. Jakbym to ja od miesięcy mieszkała pod niebem pełnym bezzałogowców.

- Ale z nich sku**ysyny – rzuca mężczyzna.

Raz gdzieś daleko, raz tuż przy drodze pali się trawa – naliczam pięć pożarów. Obok nas z hukiem przelatuje pickup. Asłan macha młodemu żołnierzowi z karabinem maszynowym i kominiarką , tamten odpowiada gestem. Na jednym odcinku dym jest tak gęsty, że ledwo widać drogę. Asłan przyspiesza. Tym razem nie szkoda mu paliwa.

- Co pan właściwie przewozi? Żywność? – pytam.

- Nie. Benzynę.

W środku wszystko znów się napina. Wyrywa mi się tylko: „K**a”.

Wystawa o dronach w Sewastopolu. Zdjęcie: Vot Tak

Niepotrzebnie się przestraszyłam. Mikrobus jest teraz pusty. Asłan dopiero jedzie pod Kercz po paliwo od handlarzy, żeby zatankować własną flotę samochodów.

Mówi, że i tak ryzykuje znacznie mniej niż kierowcy cystern. Na czacie przewoźników, do którego należy, dwa tygodnie wcześniej za kurs z Kerczu do Symferopola oferowano 200 tysięcy rubli (ok. 9,6 tys. zł). Odległość między miastami to około dwustu kilometrów. Trasę można pokonać w dwie i pół godziny, ryzyko jest jednak ogromne. Ze stu kierowców zgodziło się może pięciu, może siedmiu. Jeżdżą. Asłan nie skorzystał z tej oferty – życie jest cenniejsze.

Pożary zostają za nami. Napięcie powoli opada. Burzowa chmura rozciąga się nad horyzontem, ale nie przynosi deszczu. Na pożegnanie życzę Asłanowi, żeby na siebie uważał.

Wyprawa po paliwo

„Na kontynent” wyjeżdżam z Siergiejem. Ma ponad czterdzieści lat, mieszka pod Symferopolem i również jedzie po benzynę – tym razem w okolice Anapy. Na Krym przeprowadził się z Czyty w 2015 roku. Nie żałuje tej decyzji: „wszędzie jest to samo gówno”. Zapewnia, że sytuacja na Krymie go nie niepokoi. Podczas gdy żona czyta wiadomości i wpada w panikę, on woli oszczędzać sobie nerwów. Wybrał za to inne źródło stresu – od roku zajmuje się tradingiem. Przez całą drogę opowiada anegdoty, szydzi z krymskiej korupcji i śmieje się tak zaraźliwie, że trudno się nie uśmiechnąć.

Bez benzyny ani on, ani jego żona nie dojadą z rodzinnej wsi do pracy. Planuje zatankować pełny bak i zabrać ze sobą jeszcze 200 litrów paliwa: to powinno wystarczyć na około trzy tygodnie. Zadanie nie jest łatwe – obowiązują limity sprzedaży, a do kanistrów paliwa nie nalewają. Trzeba więc jeździć od stacji do stacji i przelewać benzynę z baku samochodu do kanistrów. Poprzednim razem zajęło mu to osiemnaście godzin.

Na stacji Rosnieft pracownica przekazuje dobrą wiadomość, że kilka dni temu limit zwiększono z 20 do 30 litrów. Po czym z uśmiechem dodaje: „Idziemy w dobrym kierunku, towarzysze!”. Próbujemy zaparkować tu i tam. Wszędzie nas przeganiają: tłumaczą, że to teren prywatny.

- Kiedyś pozwalaliśmy, ale was przyjeżdża tyle, że ludzie ustawiali się po sześć, siedem samochodów, przelewali paliwo, rozbijali namioty. Wyglądało to fatalnie – wyjaśnia ochroniarz.

- Życzę wam takiego natężenia dronów, jakie mamy u nas!

- Myśli pan, że nie wiemy, co się u was dzieje? – obraża się ochroniarz.

- Myślę, że właśnie nie wiecie – odburkuje Siergiej.

Uruchamia silnik i odjeżdża. W bagażniku z hukiem obijają się puste metalowe kanistry.

- „Przyjeżdża was tylu...”. A ilu nas ma przyjeżdżać? Przecież tam mieszka dwa i pół miliona ludzi, ku**a!

Zatrzymujemy się na poboczu. Siergiej wyciąga papierosa, trzęsą mu się ręce.

- Mam dom na wsi, a za wzgórzem stoi elektrownia. O trzeciej nad ranem zaczyna się walka. Bam, bam, cały czas napierdalają. Stoję w korytarzu i słyszę serie z karabinów maszynowych, obronę przeciwlotniczą. Około 3:40 widzę łunę, chociaż słońce jeszcze wtedy nie wschodzi. Pomyślałem: no to koniec, ku**a. Spalili elektrownię. Potem przejeżdżałem obok – naliczyłem chyba jedenaście, a może siedem dziur, już dokładnie nie pamiętam. Prądu nie było ponad dobę!

Siergiej zdejmuje jaskrawoczerwoną bandanę, pod którą ukrywa łysiejącą głowę. Wzdycha ciężko.

- K*wa m*ć... Po chwili znów się nakręca: – A oni są tacy głupi, że nie rozumieją, jak dobrze im tam! A wie pani, co się dzieje po wsiach? Jest stacja paliw, ale nie ma benzyny, a przecież czasem trzeba zawieźć kogoś do szpitala. Kiedy benzyna kosztowała jeszcze po sto rubli, spekulanci przywozili ją do wiosek i sprzedawali po trzysta! Poprzednim razem jechałem i za skrętem na Kercz ludzie przelewali paliwo. Druga w nocy. Żona siedzi w chuście na kanistrze, nad nią latają drony, a mąż pojechał po kolejną porcję benzyny. A dzisiaj stała tam spalona doszczętnie Łada dziewiątka. Samochód był pełen paliwa. Uderzył w niego dron. Wszyscy zginęli. Tak właśnie wygląda rzeczywistość.

Potrafię odpowiedzieć tylko:

- To straszne.

- A co ja mam zrobić?! – wybucha Siergiej. – Muszę wykarmić dzieci, muszę wozić żonę do pracy. Jak mam to wszystko wytłumaczyć tym baranom?

Z wściekłością gasi papierosa i wysiada z samochodu. Rozstawia trzy metalowe kanistry. Wkłada wąż do baku i zaczyna zaciągać powietrze. Gdy paliwo zaczyna płynąć, trzeba szybko przełożyć końcówkę do kanistra. Na moment się spóźnia – odrobina benzyny wpada mu do ust i spływa po dłoniach. Wypluwa ją z obrzydzeniem, a na jego jaskrawoczerwonych szortach pojawiają się tłuste plamy.

- Ludzie na Krymie nie są źli na władze za to wszystko?

- A co mają do tego władze? Ja jestem zły na Moskwę, bo tam już dawno powinni wszystkich, kurwa, rozstrzelać – mówi, uspokajając się i poprawiając kanister.

Propagandowy plakat z Putinem w Sewastopolu. Zdjęcie: Vot Tak

Jest przekonany, że za wszystko odpowiadają Stany Zjednoczone, ich „namiestnicy” oraz rosyjskie elity. Według niego wojskowy wywiad i kontrwywiad bez problemu mogłyby rozpędzić oligarchów i deputowanych. Są już gotowi – czekają tylko na rozkaz Putina. Nie wie tylko, dlaczego taki rozkaz nigdy nie pada.

- Putin też jest tylko człowiekiem. Mogą go zabić, otruć albo spalić. On też chce żyć.

Odwozi mnie na dworzec. Na pożegnanie, z tajemniczym uśmiechem, mówi: „I tak wygramy. Ze wszystkimi”.

Reportaż został opublikowany na portalu Vot Tak. i udostępniony OKO.press przez redakcję.

Wasilisa Swietłowa

Dziennikarka współpracująca z portalem Vot Tak

Komentarze