17 stycznia na rynku w podkarpackiej Birczy „Polacy” „zabili Ukraińców”. „Strzelali” z bliska. Nikt nie zaprotestował. Była to realistyczna rekonstrukcja ataku sprzed 80 lat. „Wspaniałe, niezwykle emocjonalne wydarzenie” – napisano w lokalnych relacjach. Czy na pewno wspaniałe?
Dokładnie wtedy, kiedy Polacy w kolejnej publicznej zbiórce składali się na kupno generatorów dla zamarzających po atakach Rosjan Ukraińców w Kijowie, w podkarpackiej Birczy odbyły się uroczyste obchody. Świętowano 80. rocznicę obrony tej miejscowości przed oddziałami nacjonalistycznej Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA).
Wydarzenie z 1946 roku, które było częścią skomplikowanej historii pogranicza polsko-ukraińskiego z okresu II wojny światowej (i lat tuż po niej), skrajnie uproszczono. Pozbawiono je szerszego kontekstu oraz głębszej refleksji. Za to rekonstruktorzy w sposób niezwykle sugestywny zainscenizowali w centrum miasta walkę zbrojną między „Polakami” a „Ukraińcami”. Wygrali „Polacy” – po tym, jak „zabili Ukraińców”.
Rekonstrukcją obrony Birczy zachwycał się zarówno wicewojewoda podkarpacki Tomasz Lorenc z PSL, jak i samorządowcy rozmaitych szczebli. Na miejscu byli też przedstawiciele służb – zastępca komendanta wojewódzkiego policji z Rzeszowa, komendanci dwóch placówek Straży Granicznej. Wydarzenie zorganizowały władze samorządowe – burmistrz i rada miejska Birczy, we współpracy ze znanym z antyukraińskich poglądów posłem Konfederacji Andrzejem Zapałowskim.
Czy takie widowisko jest wyrazem historycznej pamięci? Czy raczej podsycaniem nienawiści do Ukraińców?
Bircza leży na Podkarpaciu, około 25 kilometrów (w linii prostej) od granicy polsko-ukraińskiej. W tym samym województwie mieszka około 60 tysięcy Ukraińców. Tutaj stale obecny jest strach przed wojną, jak zresztą w całej Polsce. Ten strach jest uzasadniony. Wojna Rosji przeciw Ukrainie toczy się naprawdę niedaleko. Jednak 17 stycznia 2026 r. wojna przeniosła się do samego centrum Birczy. Strzały, wybuchy, umundurowane oddziały, żołnierze z długą bronią biegający po ulicach. Tyle że wrogami byli Ukraińcy.
„Potrzeba upamiętnienia wydarzeń historycznych jest ważna i zasługuje na szacunek” – mówi OKO.press prof. Adam Leszczyński, historyk i dyrektor Instytutu Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza. – „Ale co do formy tego upamiętnienia uważam, że można było dobrać znacznie lepszą niż tego rodzaju rekonstrukcję”.
„Rozumiem pragnienie upamiętnienia ważnych wydarzeń historycznych. Jednak zrealizowana forma obchodów świadczy, moim zdaniem, o pewnej niewrażliwości społecznej i braku wyczucia. Jestem zbulwersowany tym, że takie wydarzenie odbyło się właśnie teraz” – przyznaje dr Mikołaj Winiewski, psycholog z Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego.
W regionalnych relacjach, opublikowanych po wydarzeniu nie ma refleksji nad tym, jaki wpływ na mieszkańców i na relacje polsko-ukraińskie mogła mieć ta rekonstrukcja. Nikt nie zaprotestował nie tylko wobec sprowadzania niejednoznacznych wydarzeń historycznych do walki Polaków z ukraińskimi „najeźdźcami”.
Nikt nie przeciwstawił się także temu, że w birczańskiej rekonstrukcji rolę „żywej tarczy”, wykorzystywanej przez ukraińskich nacjonalistów, odgrywał chłopiec w wieku mniej więcej 8-9 lat.
„Na Podkarpaciu, zwłaszcza w tych okolicach, wiele osób buduje swoją tożsamość na antyukraińskości”
- słyszę od mieszkańców powiatu przemyskiego, z którymi rozmawiam. – „Taki uproszczony scenariusz: dobrzy Polacy zabijają złych Ukraińców, nikogo tu nie dziwi ani nie oburza, bo jest powszechny. Mimo że prowadzi do dalszego antagonizowania społeczności”.
Rynek w Birczy, 17 stycznia, późne popołudnie. Na nagraniu, które radny Dariusz Majewski opublikował następnego dnia, widać, że na rynku zgromadziły się tłumy ludzi, w tym dzieci. Skróconą relację filmową z wydarzenia rozpoczyna scena, w której przebiegający mężczyzna w cywilnym płaszczu, ale z karabinem w rękach, krzyczy do klęczącego żołnierza: „Ukraińcy!”. Potem widać kilkunastu mundurowych, w długich wojskowych szynelach, wybiegających z budynku, na którym wisi tabliczka: „Posterunek Milicji Obywatelskiej”. „Za mną!” – krzyczy mężczyzna, odgrywający rolę dowódcy.
Potem widzimy kościół, do którego wbiegają przerażone kobiety w chustach na głowach i mężczyźni w kożuchach. Modlą się. Kolejna scena – znowu ulica. Słychać tylko tupot nóg i dramatyczną muzykę. Nagle rozlegają się strzały, widać wybuchy. Regularna strzelanina na ulicach Birczy. „Ognia!” – ktoś krzyczy. W tle narastający, tępy stukot wystrzałów. „Ogień na lewą flankę!”. Ktoś rzuca granatami, ktoś krzyczy, ktoś upada na ulicy. Wreszcie okrzyk: „Przerwać ogień, wycofują się!”
W następnym ujęciu biegnący ulicą mężczyzna alarmuje: „Sotnia, sotnia w całej wsi, alarm!” Odzywają się inni: „Moździerze, moździerze!”, „Dajcie pomoc!”.
Grupa rekonstrukcyjna, odgrywająca rolę polskich obrońców Birczy, ostrzeliwuje przeciwników zza budki z szyldem „CUK. Ubezpieczenia”.
Schodami na ulicę wbiega grupa mężczyzn z bronią. Są inaczej ubrani. Nie mają płaszczy, wszyscy noszą za to futrzane czapki z nausznikami. To Ukraińcy z nacjonalistycznej bandy UPA (to znaczy mężczyźni, którzy odgrywają ich rolę). Pierwszy niesie chłopca ubranego w kożuszek. Chłopiec wygląda na maksymalnie 8-9 lat.
„Nie strzelać, nie strzelać! Mają chłopca!” – słychać w tle.
„Ubijuuu, ubijuuu!” – ktoś krzyczy.
Mężczyzna wypuszcza chłopca, ten ucieka, potykając się po drodze. Natychmiast wybucha ogłuszająca strzelanina po obu stronach rynku. Chwilami od wybuchów jest jasno jak w dzień.
W końcu grupa ukraińska dostaje się w ogień z dwóch stron. Ci, którzy odgrywają rolę polskich obrońców miejscowości, zachodzą ich od tyłu. „Zabijają” Ukraińców z UPA.
Na filmie doskonale widać, jak do nich „strzelają”, wielokrotnie, z bliska. To oczywiście inscenizacja, ale bardzo sugestywna.
„Zabici” leżą na śniegu. Jeden z „polskich” mundurowych podchodzi do nich, wyjmuje im broń z rąk, sprawdza, czy na pewno nie żyją. „Ten jeszcze żyje!” – krzyczy. „Zabrać go do sztabu, nie zabijać jeńców!” – słychać rozkaz.
Na filmie zarejestrowano jeszcze krótkie przemówienie, wygłoszone zaraz po inscenizacji przez Mirosława Majkowskiego, radnego sejmiku podkarpackiego, szefa Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznych i inicjatora wydarzenia.
„Nie wolno dzielić polskiej krwi. Polska krew ma jedną barwę. I nie ma znaczenia, czy ci żołnierze, którzy tu walczyli, wcześniej przyszli ze Wschodu, z armią generała Berlinga, czy ci, którzy umierali na zachodzie, na południu Europy, w drugim korpusie czy w dywizji generała Maczka. Polska krew ma jedną barwę. Nie wolno jej dzielić” – przemawiał Majkowski. – „Ten, kto to robi, jest szubrawcem. I trzeba nazywać rzeczy po imieniu.”
Inscenizacja wszystkim się podobała. Tak przynajmniej wynika z relacji po wydarzeniu – i medialnych, i goszczących na wydarzeniu oficjeli.
We wpisie Urzędu Miasta i Gminy Bircza na stronie na Facebooku, czytam:
„W Birczy odbyła się niezwykle poruszająca rekonstrukcja historyczna III napadu UPA na Birczę, zorganizowana w ramach obchodów 80. rocznicy bohaterskiej obrony naszego miasta. Było to wydarzenie o wyjątkowej randze – pełne emocji, refleksji i głębokiego szacunku wobec historii oraz tych, którzy osiemdziesiąt lat temu oddali życie w obronie swojej Małej Ojczyzny”.
Z tym jednoznacznie pozytywnym odbiorem wydarzenia nie zgadza się dr Agnieszka Golec de Zavala, psycholożka społeczna z Uniwersytetu Kard. Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz profesorka Wydziału Psychologii Goldsmiths, University of London. Bada zachowania polityczne i relacje międzygrupowe.
„Taka rekonstrukcja, polegająca na odtwarzaniu zachowań agresywnych i przemocowych,
to modelowanie agresywnych zachowań społeczeństwa; inspirowanie do przyjmowania ról agresywnych”
– wyjaśnia Agnieszka Golec de Zavala.
„Z badań wiemy, że samo oglądanie agresji może prowadzić do wzmożenia zachowań agresywnych. Najsilniej oddziałuje to oczywiście na dzieci, które nie mają jeszcze wyrobionego krytycznego myślenia ani odpowiednich mechanizmów obronnych. Tym bardziej uważam, że dzieci nie powinny brać udziału w takich wydarzeniach. Ale negatywne oddziaływanie widoczne jest także u osób dorosłych” – tłumaczy.
Psychologowie, z którymi rozmawiam, zastanawiają się, jaki był sens organizowania obchodów akurat w takiej formie. Dla regionalnych przedstawicieli władz sens był jednak oczywisty.
„Pamięć o tamtych wydarzeniach jest naszym moralnym obowiązkiem. Nie po to, by budować nienawiść, lecz by dochować prawdy historycznej i oddać sprawiedliwość ofiarom. Naród, który traci pamięć, traci swoją tożsamość” – napisał na Facebooku dzień po inscenizacji Tomasz Lorenc, wicewojewoda podkarpacki (PSL).
Sprawdzam, czy rekonstrukcja w Birczy pozwoliła zachować pamięć czy jednak zbudowała nienawiść. Czytam komentarze pod postem lokalnego fanpage`a „Wydarzenia. Rzeszów/Podkarpacie”. Pomijam wpisy anonimowe i takie, które są w oczywisty sposób rosyjską narracją antyukraińską. Opisywana inscenizacja dała bowiem kolejny pretekst rosyjskiej propagandzie do pogłębiania niechęci Polaków do Ukraińców. Nawet jednak gdy skupię się na wpisach z kont wyglądających na autentyczne, znajduję dużo takich, które mają jednoznacznie antyukraińską wymowę.
Wiesław: „Dlatego Ukrainiec to śmiertelny wróg Polski i Polaków”. Dominik: „Jak tak dalej pójdzie to będzie powtórka z rozrywki”.
Paweł: „Dlaczego wszyscy mówią: oby nigdy więcej, skoro oni już tutaj są i obiecują powtórkę, było się sprzeciwiać, protestować, a nie stać na granicy i herbatkami częstować.”
Lena: „Trzeba pamiętać i przekazywać młodym, niech wiedzą, z kim mają do czynienia”.
Ewa: „Trzeba nie tylko pamiętać, ale i przypominać tym, co teraz wciskają bratni naród”.
Dawid: „Większość naszego społeczeństwa już poddała swój dom. Tym bardziej ważne, żeby o tym przypominać”.
Beata: „Oby nie było tak, że pieniądze, schronienie i jedzenie dajemy naszemu wrogowi!!”.
Stasia: „Oni już robią nam powtórkę, podpalenia, rozboje, ataki na Polaków, żądania zrównania prawa, z Polakami chcą rządzić, za te wszystkie zbrodnie wynocha”.
Może tylko tutaj takie wpisy? Może to wszystko piszą rosyjskie trolle? Sprawdzam dyskusję pod postem na ten sam temat na fanpage`u podkarpackiego medium Nowiny24.
Kamil: „Banderyzm powinien być zakazany, bo jest gorszy od nazizmu oraz komunizmu”.
Mirosław: „Zróbcie jeszcze raz ten spektakl, ale przed ambasadą upadliny w Polsce, a nie na jakimś zadupiu”.
Adam: „Brawa dla obrońców Birczy przed bandami UPA. Dzięki nim Bircza jest w Polsce”.
Zbigniew: „Rechot historii. Ci, którzy przyszli zabijać i palić, są dziś bohaterami Ukrainy i Polski”.
Dla większości komentujących sprawa jest jasna:
o wydarzeniach sprzed 80 lat trzeba pamiętać, żeby pielęgnować niechęć czy nienawiść do Ukraińców.
I wciąż żyć tak, jakby atak UPA zdarzył się zaledwie wczoraj. Uproszczenie historii do „złych Ukraińców i dobrych, niewinnych Polaków” nikomu nie przeszkadza.
W komentarzach pojawiły się zaledwie pojedyncze głosy sprzeciwu: że rekonstrukcja to sianie nienawiści i niepotrzebne rozdrapywanie ran. Ich autorzy nie znaleźli jednak poparcia u innych dyskutujących.
Historycznie sytuacja na tych terenach w okresie II wojny światowej i zaraz po niej była bardzo skomplikowana.
Można powiedzieć, że na pograniczu polsko-ukraińskim rozegrała się wojna domowa.
Zarówno Polacy, jak i Ukraińcy mieszkali tu od stuleci. Kiedy w wyniku wojen oba narody zobaczyły szansę na niepodległe państwo, a potem kiedy Polacy chcieli niepodległość Polski (przynajmniej oficjalną) utrzymać, zaś Ukraińcy – wywalczyć istnienie własnego państwa – rozgorzały walki.
Uczestniczyły w nich trzy strony, ponieważ w konflikt bezpośrednio włączyli się komuniści, zarówno radzieccy, jak i polscy (a przynajmniej reprezentujący Polskę). To oni eskalowali sytuację, dokonując przymusowych przesiedleń ludności ukraińskiej do ZSRR. Niektóre źródła historyczne mówią wręcz o prowadzeniu czystek etnicznych. Na miejsce usuniętych Ukraińców osiedlano Polaków. Od 1947 roku te działania określano jako Akcję „Wisła”.
Ukraińscy nacjonaliści walczyli wtedy głównie z Sowietami. Na skutek tych walk zginęło ponad 150 tysięcy osób pochodzenia ukraińskiego. Kolejne dziesiątki tysięcy deportowano w głąb ZSRR. Ale nacjonaliści walczyli też z polskimi komunistami i ich jednostkami zbrojnymi – LWP, MO, KBW. Niestety, atakowali też polskich cywilów. To była zbrojna walka, straszna i niszcząca.
Niewątpliwie o tych wydarzeniach trzeba rozmawiać. Trzeba je też badać oraz pozwolić lokalnej społeczności uporać się z nimi na poziomie emocjonalnym.
To dla wielu osób wciąż żywa trauma.
Tyle że niezagojone rany należałoby goić, a nie rozdrapywać. Zwłaszcza że sytuacja zewnętrzna bardzo się zmieniła.
W województwie podkarpackim, w którym leży Bircza, mieszka dziś około 60 tysięcy Ukraińców, w dużej mierze – uchodźców przed wojną z Rosją. Ukraińskie dzieci uczą się w tych samych szkołach, co dzieci polskie. Obywatele obu państw korzystają z tych samych usług, leczą się w tych samych szpitalach, codziennie mijają się na ulicach.
Jeśli antyukraińskość na Podkarpaciu z powodów historycznych wciąż jest silna, rolą władz powinno być ułatwianie wspólnego funkcjonowania.
Tymczasem władze lokalne, wspierane przez terenowych reprezentantów władz i służb centralnych, chwaląc tego rodzaju wydarzenia jak rekonstrukcja w Birczy, pogłębiają narodowościowe antagonizmy.
„Niestety wciąż mamy do czynienia z budowaniem napięcia wobec Ukraińców. O historii relacji polsko-ukraińskich mówi się tu w taki sposób, jak gdyby Polacy bronili się przed najeźdźcą, a Ukraińcy nie byli stąd. A przecież oni także tutaj żyli” – mówi Lila Kalinowska, artystka, aktywistka, a teraz także radna miejska z Przemyśla. Jej rodzina pochodzi z Birczy. I dodaje:
„Rekonstrukcja w Birczy to nie pierwsza taka sytuacja. Wcześniej mieliśmy przecież rekonstrukcję historyczną zbrodni wołyńskiej.
Nie mam wątpliwości, że wciąż dochodzi do antagonizowania obu społeczności.”
Za wspomnianą przez Kalinowską rekonstrukcją rzezi wołyńskiej w 2013 r. w Radymnie także stał Mirosław Majkowski, ten sam, który zainicjował inscenizację w Birczy. Jak opisywaliśmy w OKO.press: „Majkowski, przebrany za banderowskiego dowódcę, nadzorował rzeź Polaków. Gdy zapadł zmierzch, „Ukraińcy”, którym przewodził, wywlekli „Polaków” z domów, wymordowali i puścili drewniane domki z dymem. Widowisko, profesjonalnie oświetlone i nagłośnione, obserwowało ponad 5 tys. widzów.”
Potem Majkowski wystartował na prezydenta Przemyśla. Przegrał, ale zdobył 12 procent poparcia. W kampanii popierał go m.in. Andrzej Zapałowski, obecnie poseł Konfederacji, bardzo zaangażowany w rekonstrukcję w Birczy.
Zapałowski znany jest ze swoich radykalnie antyukraińskich i nacjonalistycznych poglądów.
„Rozumiem potrzebę upamiętnienia historii. Ale wciąż dostajemy tylko jej ograniczony wycinek, bez szerszego kontekstu. Nie ma próby zrozumienia, co tak naprawdę działo się na tych terenach” – podkreśla Lila Kalinowska. – „Na dodatek na pogłębianiu antyukraińskiej tożsamości część polityków buduje tu swój kapitał polityczny”.
Negatywny wpływ na relacje polsko-ukraińskie to tylko jeden aspekt birczańskiej inscenizacji. Są też inne. Choćby kwestia tego, jak taka rekonstrukcja, będąca odtworzeniem walki zbrojnej na ulicach miasta, może wpłynąć na psychikę mieszkańców, którzy od czterech lat obawiają się, że wojna w Ukrainie dotrze do Polski.
„Z badań prowadzonych kilka lat temu w Polsce wynika, że dla osób bezpośrednio zaangażowanych w rekonstrukcje historyczne tego rodzaju inscenizacje stają się ważnym elementem tożsamości. Wpływają też pozytywnie na świadomość historyczną. Problem zaczyna się, gdy sprawdzimy ich wpływ na widzów mówi psycholog Mikołaj Winiewski. I wyjaśnia:
„Okazuje się, że rekonstrukcja jest rodzajem rozrywki, której efekty edukacyjne są nikłe, jeśli nie żadne”.
Winiewski zastanawia się, jaki jest więc sens realizowania takich rekonstrukcji, zwłaszcza w odniesieniu do wydarzeń z nieodległej historii. W Birczy mieliśmy przecież do czynienia z robieniem spektaklu z aktów przemocy, które wciąż pamięta żyjące pokolenie.
„Trudno mi znaleźć sens takiego działania, jeśli wiemy, że edukacyjne efekty są minimalne. Na dodatek dochodzi do spłaszczenia przebiegu tamtych wydarzeń, nie ma też głębszej refleksji wokół nich. Natomiast sama inscenizacja rozbudza w odbiorcach negatywne emocje i strach” – podkreśla psycholog.
Rozbudzone w ten sposób emocje zostają natychmiast ukierunkowane na konkretne obiekty. A dokładniej – na Ukraińców.
„Teraz, kiedy Polacy czują się zagrożeni, łatwo przekierować ich strach na „innego”, który jest dostępny, a jednocześnie słabszy od nas, jak ukraińscy uchodźcy w Polsce”
– zauważa psycholożka Agnieszka Golec de Zavala. – „Łatwo też modelować zachowania zagrożonych ludzi w kierunku przemocy. To mobilizowanie wrogości i strachu, bardzo negatywnie skutkujące dla społeczności. Pojawia się jednak często w społeczeństwach w trakcie konfliktu lub zagrożenia wojną. Wtedy jest na rękę politykom. Tyle że „politykowanie strachem” jest krótkowzroczne i może prowadzić do eskalacji agresji.”
W stolicy województwa podkarpackiego, Rzeszowie, w grudniu otwarto wicekonsulat Ukrainy, pierwszą placówkę dyplomatyczną tego kraju w stolicy Podkarpacia. W jego otwarciu uczestniczył minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha.
Minister Sybiha dziękował mieszkańcom Podkarpacia za wsparcie dla obywateli Ukrainy w czasie wojny.
„Polska to państwo, w którym Ukraińcy znaleźli drugie domy. Polacy otworzyli i serce, i swoje domy dla naszych obywateli” – mówił. Wręczył też specjalną nagrodę „Bursztynowe Serce”, za „wkład we wsparcie Ukrainy”, wojewodzie podkarpackiej Teresie Kubas-Hul.
Miesiąc później zastępca wojewody zachwycał się antyukraińską rekonstrukcją w Birczy.
Pytania o inscenizację zadaliśmy: burmistrz gminy Bircza Annie Szymaszek, władzom wojewódzkim Podkarpacia i Komendzie Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie (jak wynika z wpisu gminy na Facebooku, rekonstrukcji przyglądał się zastępca komendanta wojewódzkiego policji).
Pytaliśmy między innymi o to, czy taka forma inscenizacji była właściwa w obecnej sytuacji, czy policja i samorząd nie obawiają się wzrostu niechęci wobec Ukraińców z powodu inscenizacji, a tym samym rosnącego zagrożenia przestępstw z nienawiści. Do chwili publikacji materiału otrzymaliśmy odpowiedź jedynie z policji.
„Zastępca Komendanta nie otrzymał formalnego zaproszenia na to wydarzenie. W ramach nadzoru służbowego osobiście nadzorował czynności realizowane przez policjantów podczas zabezpieczenia” – napisał podkarpacki rzecznik prasowy nadkom. Piotr Wojtunik. – „Dzięki odpowiedniemu przygotowaniu i skoordynowanym działaniom policjantów oraz innych służb uroczystości przebiegły w atmosferze spokoju i bezpieczeństwa”.
Sprawę udziału 8-letniego chłopca w scenie walki zbrojnej zgłosiliśmy Rzecznikowi Praw Dziecka. Czekamy na opinię.
Analityczka mediów społecznościowych, ekspertka. Specjalizuje się w analizie zagrożeń informacyjnych, zwłaszcza rosyjskiej dezinformacji i manipulacji w sieci. Autorka książki „Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie” oraz dwóch poradników na temat zwalczania dezinformacji. Z OKO.press współpracuje jako autorka zewnętrzna. Pisze o dezinformacji, bezpieczeństwie państwa, wojnie informacyjnej oraz o internetowych trendach dotyczących polityki. Zajmuje się też monitorowaniem ruchów skrajnie prawicowych i antysystemowych.
Analityczka mediów społecznościowych, ekspertka. Specjalizuje się w analizie zagrożeń informacyjnych, zwłaszcza rosyjskiej dezinformacji i manipulacji w sieci. Autorka książki „Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie” oraz dwóch poradników na temat zwalczania dezinformacji. Z OKO.press współpracuje jako autorka zewnętrzna. Pisze o dezinformacji, bezpieczeństwie państwa, wojnie informacyjnej oraz o internetowych trendach dotyczących polityki. Zajmuje się też monitorowaniem ruchów skrajnie prawicowych i antysystemowych.
Komentarze