Podwyżki miały być najpierw od stycznia 2018 r. Potem od kwietnia. Jednak minister Zalewska spóźniła się z podpisaniem rozporządzenia płacowego i nauczyciele wciąż nie widzą wzrostu wynagrodzenia. Wzrostu groszowego, bo z 5 proc. w skali roku zrobiło się 3,75 proc. Na domiar złego do podwyżek dołożyć muszą samorządowcy - w sumie nawet 600 mln zł

O podwyżkach dla nauczycieli wiadomo było od 4 września 2017 r. To właśnie wtedy podczas inauguracji roku szkolnego 2017/2018 premier Beata Szydło i minister Anna Zalewska zapowiedziały 15 proc. wzrost płac w latach 2018-2020. W pierwszym – 2018 r. – podwyżka miała wynieść 5 proc. Jak pisaliśmy, szybko okazało się, że więcej pieniędzy nauczyciele nie zobaczą aż do drugiego kwartału 2018 r. A to oznacza, że w skali roku wzrost wynagrodzenia wyniesie 3,75, a nie obiecane 5 proc. Odliczając inflację (oszacowaną w budżecie na 2,3 proc.),

będzie to groszowy wzrost wynoszący 1,45 proc.

Pieniądze na podwyżki zabezpieczono w ustawie budżetowej przyjętej przez Sejm w styczniu 2018 r. Z rezerwy celowej ministerstwa do subwencji oświatowej przesunięto 1,2 mld zł. Resztę wydatków pokryły:

  • opóźnienia w przyznaniu podwyżki – 500 mln zł;
  • oszczędności na usunięty z Karty Nauczyciela dodatkach socjalnych – przynajmniej 197 mln zł;
  • redukcja etatów związana z reformą edukacji  – 250 mln zł.


Spóźniona minister

Ale podwyżek, które w zależności od stopnia awansu wyniosą od 123 do 168 zł, nauczyciele nie dostaną też kwietniu. Minister Anna Zalewska spóźniła się z podpisaniem rozporządzenia w tej sprawie. Dokument podpisała dopiero 26 marca 2018 r. – dwa miesiące po zatwierdzeniu ustawy budżetowej i zaledwie 5 dni przed początkiem kwietnia. W Dzienniku Ustaw rozporządzenie zostało opublikowane 29 marca, a weszło w życie – 1 kwietnia.

A to oznacza, że samorządy nie miały czasu, żeby naliczyć podwyżki.

Wynagrodzenie, które otrzymują nauczyciele, niczym nie różni się więc od tego z marca 2018 r. Za to dla niektórych wynagrodzenie znacznie różni się od tego z grudnia 2017 r. i to na niekorzyść. Usunięcie z Karty Nauczyciela dodatku mieszkaniowego (jego wysokość uzależniona była od od sytuacji ekonomicznej nauczyciela i sytuacji na rynku nieruchomości w danym mieście) to mniejsza pensja dla 185 tys., czyli ponad 1/3 wszystkich nauczycieli.

Tabela ze wzrostem wynagrodzenia od 1 kwietnia 2018 r.

MEN: będzie wyrównanie

Co na to MEN? Rzeczniczka prasowa Anna Ostrowska w komunikacie rozesłanym do mediów apeluje, by nie wprowadzać niepokoju wśród nauczycieli. „Informuję, że nie ma mowy o jakichkolwiek opóźnieniach. Nauczyciele otrzymają wyrównanie pensji, uwzględniające podwyżki od 1 kwietnia br. najpóźniej do końca miesiąca. Samorządy są do tego zobowiązane ustawą okołobudżetową”.

Rzeczniczka nie odpowiada jednak na pytanie, dlaczego minister Anna Zalewska zwlekała dwa miesiące z podpisaniem rozporządzenia płacowego.

Samorządy: musimy dokładać z własnego budżetu

Ministerstwo twierdzi, że zabezpieczyło w budżecie wystarczającą ilość pieniędzy na podwyżki. Innego zdania są samorządowcy. W Toruniu – jak informuje Maria Marcinkowska z toruńskiego Urzędu Miasta – zabraknie aż 1/3 kwoty potrzebnej na podwyżki.

„Podwyżka wynagrodzeń dla nauczycieli w 2017 roku wyniesie ok. 6,4 mln zł. Przyjmując stałą liczbę etatów pedagogicznych dla kolejnych lat, kwoty podwyżek w 2019 i 2020 (liczone od stycznia) wyniosą odpowiednio 9,6 mln zł i 10 mln zł, stąd łącznie wysokość podwyżek w ciągu 3 lat wyniesie 26 mln zł. Subwencja oświatowa pomiędzy rokiem 2017 a 2018 wzrosła o 2,4 proc., to jest o kwotę 5,7 mln zł. Przyjmując taki sam wzrost w 2019 i 2020, przyrost subwencji w ciągu 3 lat wyniesie 17,5 mln zł.

Tym samym niedobór finansowania środków na wynagrodzenia do pokrycia ze środków własnych miasta wyniesie 8,5 mln zł, czyli jedną trzecią kwoty wzrostu wynagrodzeń”

„Gazeta Prawna” alarmowała, że w sumie na podwyżki samorządowcom może zabraknąć aż 600 mln zł.

Skąd te dysproporcje? Subwencja oświatowa wyliczana jest na liczbę uczniów – a nie liczbę nauczycieli. MEN uważa, że jeśli samorządom brakuje pieniędzy, to jest to efekt „błędnej polityki kadrowej”. Liczba uczniów spada, a liczba etatów nauczycielskich pozostaje bez zmian. To może oznaczać, że MEN przykręca kurek zachęcając samorządy do redukcji etatów. W pierwszym roku reformy edukacji pracę straciło już 6 634 nauczycieli.

To może ułatwić zwiększenie dopuszczalnej wielkości klas w nauczaniu początkowym do 27 dzieci.


Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Redaktor "Codziennika Feministycznego". W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym