Prawa autorskie: Julia Mafalda / Agencja Wyborcza.plJulia Mafalda / Agen...
17 maja 2022

Polacy nie chcą podwyżek? Rządowy doradca bez kontaktu z rzeczywistością

"Polacy oczekują obniżania podatków, a nie 20-proc. podwyżek płac" - mówi rządowy doradca i sekretarz stanu w kancelarii premiera, prof. Maliszewski. Wywiad, jakiego Maliszewski udzielił "Rzeczpospolitej", obnaża brak pomysłu rządu na komunikację w czasach problemów gospodarczych

„W grudniu 2019 został szefem Centrum Analiz Strategicznych. W styczniu 2021 został podsekretarzem stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. W sierpniu 2021 został szefem Rządowego Centrum Analiz. 20 października został sekretarzem stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów” – czytamy na Wikipedii o szybkiej karierze Norberta Maliszewskiego, psychologa społecznego, profesora nadzwyczajnego na Uniwersytecie Kardynała Stefan Wyszyńskiego. To wszystko zapewne nie byłoby możliwe, gdyby wcześniej ofiarnie nie prezentował swoich analiz w różnych programach TVP, w tym w głównym wydaniu „Wiadomości”.

„Komentatorzy TVP mówili na każdy temat. Lider to prof. Norbert Maliszewski z UKSW. Od niedzieli do piątku wypowiadał się o: osamotnieniu PO na scenie politycznej, »odkurzaczu« Schetynie, wciągającym inne partie, potrzebie reform w Unii Europejskiej oraz walce Kopacz z Komorowskim (jednego dnia), wyzwaniu Schetyny wobec Tuska i obojętności Brukseli wobec odstrzału dzików. Weekend miał wolny” – pisali w analizie „Wiadomości” z drugiego tygodnia stycznia 2019 autorzy Towarzystwa Dziennikarskiego.

Później profesor awansował i teraz może dzielić się swoimi analizami z opinią publiczną jako członek rządu. Niewiele zmieniło się jednak w jego aparacie analitycznym. Dalej to, co robi rząd, jest dobre, a każdy nowy pomysł zasługuje na tłumaczenie i obronę.

Polacy nie oczekują podwyżek

"Propozycje opozycji dotyczące podwyżek płac są oceniane jako niewiarygodne i nie trafiają w obecny czas. Polacy oczekują właśnie obniżania podatków, a nie dwudziestoprocentowych podwyżek płac. Zatem tego, co my robimy. Oczekują — jeśli już — pomocy punktowej" - powiedział szef Rządowego Centrum Analiz w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej z 10 maja.

Ta wypowiedź jest problematyczna z kilku powodów.

Maliszewski w swojej krytyce wychodzi od tego, że propozycje opozycji uważane są za niewiarygodne. Wniosek ten bierze z sondażu IBRiS, o czym z resztą tweetował:

View post on Twitter

20 proc. podwyżki domagają się związki

Problem w tym, że z tego sondażu automatycznie przechodzi do wniosku, że Polacy nie chcą wysokich podwyżek, ponieważ są odpowiedzialni. A to z tego sondażu nie wynika. Maliszewski nie podaje, skąd ma takie dane, bo one po prostu nie istnieją. Tymczasem sam sondaż odnosi się przede wszystkim do propozycji Tuska, który wciąż ma przecież ogromny elektorat negatywny w Polsce. I nikt nie pytał w sondażu o sensowność propozycji, a o jej wiarygodność, gdy proponuje to Donald Tusk.

A przy okazji wcale nie jest tak, że podwyżki w budżetówce to tylko pomysł Tuska. 1 maja współprzewodniczący Nowej Lewicy Włodzimierz Czarzasty przypominał, że jego partia postulowała 12 proc. podwyżki w zeszłym roku, ale w związku z dwunastoprocentową inflacją. NL mówi dziś o 20 proc.

20 proc. podwyżki to wspólny postulat trzech największych centrali związkowych w Polsce: OPZZ, "Solidarności" i Forum Związków Zawodowych. Jeśli uznać, że to nieodpowiedzialny pomysł, trzeba ten zarzut skierować również do związków zawodowych, nie tylko do Donalda Tuska.

Postulat nie bierze się z tego, że pracownicy budżetówki są nieodpowiedzialni i roszczeniowi. To wynik wieloletnich zaniedbań, marnych podwyżek i kiepskich płac. Z pewnością nie bez znaczenia jest też to, że od lat wszyscy jesteśmy bombardowani z TVP komunikatami, że nasze portfele pęcznieją od pieniędzy, bo rządzi najlepsza partia w Polsce. Pracownicy budżetówki też chcą uczestniczyć w tym sukcesie.

"Nikt nie chce tam pracować"

„Pracownicy sektora usług publicznych w największym stopniu odczuwają negatywny wpływ wysokiej inflacji” – mówił nam w kwietniu wiceprzewodniczący Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych Piotr Ostrowski.

„Przy inflacji przewyższającej 10 proc. propozycja dwudziestoprocentowych podwyżek nie wydaje się zatem wyjątkowo abstrakcyjna. Musimy pamiętać nie tylko o potrzebie podtrzymania siły nabywczej wynagrodzeń tych pracowników, ale także zapewnienia ich — choćby minimalnych — podwyżek”.

Przez większość poprzedniej dekady podwyżek w budżetówce nie było.

W 2018 pracownicy sfery budżetowej otrzymali podwyżkę wyrównującą inflację w 2018 roku i 4,3 proc. w 2019 (6,3 proc. dla pracowników urzędów wojewódzkich). W 2020 roku przewidziano kolejną podwyżkę o 6 proc., ale zrezygnowano z niej ze względu na pandemię. Na 2022 rok stanęło na podwyżce o zaledwie 4,4 proc., czyli znacząco poniżej inflacji.

„Budżetówka jest w dramatycznej sytuacji niedoboru pracowników, nikt nie chce tam pracować” – mówił w 2021 roku OKO.press rzecznik prasowy Komisji Krajowej NSZZ Solidarność Marek Lewandowski. I dodawał, że pracowników brakuje, bo wysoko wykwalifikowane osoby przechodzą do sektora prywatnego, gdzie mają szansę na wyższe wynagrodzenie. Podkreślał też, że większość pracowników budżetówki zarabia pensję minimalną i otrzymuje dodatki wyrównawcze do wynagrodzenia, co jest demotywujące.

To rząd PiS jest współodpowiedzialny za taką sytuację. Tymczasem odpowiedź Maliszewskiego, obecnie członka tego rządu, to: Polacy wcale nie chcą podwyżki, wolą obniżkę podatków.

Mniej podatków, słabsze państwo

Oczywiście obniżka podatków najpewniej ma spore poparcie, chociaż danych nie mamy wiele. W przypadku obecnej obniżki podatku PIT z 17 do 12 proc. mamy jedynie sondaż wątpliwej sondażowni Social Changes. W badaniu tej firmy dla wPolityce ten pomysł popiera 60 proc. pytanych. Z pewnością jednak rzeczywiste poparcie może być zbliżone, bo obniżanie podatków oznacza więcej pieniędzy w kieszeniach.

Dla jakości naszego państwa to jednak problem. PiS korzysta z tego narzędzia często, od 2019 rząd zrobił to dwa razy, najpierw obniżając PIT z 18 do 17 proc., a teraz stawka spada do 12 proc. Wcześniej w XXI wieku mieliśmy tylko jedną obniżkę – z 19 do 18 proc. w 2008 roku. PiS w ten sposób zwiększa zasobność naszych portfeli, ale jednocześnie obniża wpływy do budżetu państwowego. A PiS nie będzie rządził wiecznie. Kiedyś władza się zmieni, natomiast podwyższenie podatków będzie politycznie bardzo kosztowne. A jeśli chcemy budowy nowoczesnego i sprawnego państwa, to państwo potrzebuje środków, również tych z naszych podatków.

Polacy nie chcą programów socjalnych

Pytany w tym samym wywiadzie o to, czy przed przyszłorocznymi wyborami możemy spodziewać się kolejnych transferów socjalnych (w końcu to potencjalnie czynnik proinflacyjny), Maliszewski odpowiedział:

"Nie rekomenduję teraz nowych dużych programów socjalnych. Co więcej, Polacy tego zupełnie nie oczekują".

I rzeczywiście na razie nie wiemy nic o propozycjach nowych transferów. Będzie za to stary, dobrze nam już znany – czternasta emerytura.

Trzynastka jest już w systemie na stałe. W przypadku czternastki rząd dał sobie możliwość arbitralnego przyznawania jej, i jak na razie przyznaje ją co roku. W ten sposób rząd co roku może pokazać, że jest dla emerytów dobry i daje im coś, czego wcale dać nie musiał.

„O ile mi wiadomo, to 14. emerytury nie będzie w tym roku” – mówił jeszcze w sobotę 8 stycznia 2022 w TVP minister finansów Tadeusz Kościński. Od tego czasu Kościński ministrem finansów już nie jest, a do Sejmu trafiła właśnie ustawa, która umożliwi wypłaty czternastek.

Trafią one do emerytów w sierpniu. Otrzymają oni dodatkową emeryturę minimalną (1338,44 brutto), jeśli ich świadczenie jest równe lub mniejsze niż 2900 złotych. Jeśli ktoś otrzymuje więcej, jego czternastka zostanie pomniejszona o różnicę między jego nadwyżką ponad 2900 złotych a emeryturę minimalną. W praktyce oznacza to, że jeżeli emerytura wynosi np. 3500 złotych, to żeby sprawdzić, ile wyniesie czternastka trzeba odjąć naszą emeryturę od progu 2900 (3500-2900=600 zł), a następnie wynik odjąć od emerytury minimalnej (1338,44-600=738,44 zł).

Trzynastka i czternastka dla prawie wszystkich

Nawet przy takich ograniczeniach, świadczenie dostanie i tak większość emerytów. Wciąż nie mamy danych z ZUS o strukturze emerytur za 2022 rok, najnowsze dostępne liczby pochodzą z marca 2021. Nowe dane będą się z pewnością różnić, ale nieznacznie, możemy więc oprzeć się na zeszłorocznych.

Poniżej 2,8 tys. złotych otrzymywało w zeszłym roku dwie trzecie emerytów. A więc pełną czternastkę otrzyma mniej więcej taka część z nich. Jakieś świadczenie dostanie około 90 proc., choć ci najbliżej górnej granicy (4238,44 zł) dostaną niewiele: kilka, kilkadziesiąt złotych.

Tak czy inaczej, jednorazowy transfer w wysokości ponad tysiąca złotych do kilku milionów emerytów to kosztowna transakcja. W zeszłym roku czternastka kosztowała 11 mld złotych, w tym będzie to nieco więcej, ale niedużo więcej.

Dodatkowe emerytury nie chronią przed wpływem inflacji

Na marginesie można jeszcze dodać, że czternastka to nie jest dobry instrument dla emerytów. Szczególnie, że PiS jednocześnie wzbrania się przed mechanizmem, który stale wspierałby dochody emerytów w trakcie trudnego ekonomicznie czasu, czyli waloryzacją dwa razy do roku. Na razie mamy jednokrotną waloryzację. W kwietniu świadczenia wzrosły o 7 proc. W tym samym miesiącu inflacja wyniosła 12,3 proc. Pamiętajmy, że trzynastka i czternastka nie mają wiele wspólnego z ochroną przed inflacją, bo były wypłacane również w zeszłym roku.

Weźmy medianowego emeryta z zeszłego roku. W marcu 2021 było to 2244,56 złotych. Razem z trzynastką i czternastką taka osoba otrzymała od kwietnia 2021 do marca 2022 łącznie 24,8 tys. złotych netto. W tym roku (od kwietnia 2022 do marca 2023) dostanie 26,7 tys. Czyli o 7,5 proc. więcej. A więc wyższa emerytura minimalna w tym roku zwiększa wzrost dochodów zaledwie o 0,5 punktu procentowego. Wciąż poniżej inflacji.

A to prowadzi do smutnego wniosku – nawet przy pozasystemowych prezentach od PiS, siła nabywcza przeciętnego polskiego emeryta spadnie.

Czternastka tak, podwyżka nie

Wróćmy teraz do Norberta Maliszewskiego.

„To, co proponuje opozycja, czyli podwyżka płac, ma efekt odwrotny. To prowadzić będzie do hiperinflacji z tego względu, że jeżeli proponujemy jednej grupie (budżetówce) 20 procent podwyżki, to nawet jeżeliby ta jedna grupa ją otrzymała, to raz, że to działa proinflacyjnie, dwa - inni też by podwyżek oczekiwali. To uruchamia spiralę płacowo-cenową i w efekcie mamy sytuację turecką. Tam inflacja wynosi teraz 60 proc.”.

Pytanie więc, dlaczego podwyżka płac jest proinflacyjna, ale czternastka jest akceptowalna? Oczywiście dwudziestoprocentowa podwyżka byłaby z pewnością nieco bardziej kosztowna. Nie mamy jeszcze wiarygodnych obliczeń, poza tymi pochodzącymi od PO. Objęłaby mniejszą grupę ludzi niż trzynastki i czternastki, ale dotyczyłyby całego roku, a nie dwóch przelewów w ciągu roku. Według Donalda Tuska to około 30 mld złotych. Trzynastki i czternastki to w tym roku około 24 mld. Dlaczego więc jedno jest impulsem proinflacyjnym, a drugie jest konieczne i akceptowalne?

Ankara w Warszawie

Zupełnie absurdalny jest też przykład Turcji. W kwietniu inflacja wyniosła tam już 70 proc. Ale jej główną przyczyną nie jest podwyżka pensji dla sektora publicznego. Turcy od 2018 roku żyją z bardzo wysokimi stopami procentowymi, w 2019 roku były bliskie 25 proc., a także ze stosunkowo wysoką inflacją. Po zbiciu ogromnej inflacji lat 90., inflacja od 2004 do 2016 roku mieściła się tam między 7 a 10 proc. W drugiej połowie zeszłego roku główna stopa procentowa wynosiła 19 proc. Wówczas prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan ogłosił, że aby skutecznie walczyć z inflacją, stopy procentowe należy… obniżać. A bank centralny Turcji swojego prezydenta posłuchał. W ciągu kilku miesięcy stopa spadła do 14 proc. W grudniu 2021 inflacja zaczęła rosnąć skokowo. Od listopada 2020 do listopada 2021 wzrosła z 14 do 21 proc. Od tego czasu wzrosła o prawie 50 punktów procentowych. Dziwne ruchy zależnego od prezydenta banku centralnego spowodowały załamanie waluty, a to dramatycznie wpłynęło na poziom cen.

Norbert Maliszewski posłużył się jednak tym przykładem, aby uderzyć w Donalda Tuska. Czołowy analityk „Wiadomości” zapomniał, że nie jest już TVP, i że na stanowisku rządowym wypadałoby zachować przynajmniej minimum kontaktu z rzeczywistością.

Udostępnij:

Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press. Autor książki "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022). W OKO.press pisze o gospodarce i polityce społecznej.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne