0:00
0:00

0:00

Nie objęła ich specustawa. Nie łapią się na ułatwienia i prawa, które Polska ustanowiła dla uciekających przed wojną Ukraińców i ich rodzin. Część może zostać w Polsce tylko 15 dni (na podstawie decyzji Komendanta Głównego Straży Granicznej).

Nie wiedzą, jakie mają w Polsce możliwości, prawa, bo też do Polski, czy w ogóle do UE, wcale się nie wybierali. W Ukrainie studiowali lub pracowali, mieli jakoś ułożone życie.

Tak jak chłopak z Algierii, któremu w Ukrainie bardzo się podobało, dostał się na studia, zaczynał układać sobie życie i perspektywy. I nagle wojna, musiał uciekać. O Polsce nie wiedział za dużo, nie planował tu być. Takich historii jest mnóstwo, tyle, ile osób.

Straż Graniczna 15 marca poinformowała, że od 24 lutego granicę z Ukrainą przekroczyło 1,852 mln osób, w tym 94 proc. to obywatele Ukrainy. Czyli 6 proc., ok. 110 tys. osób, to obywatele innych państw. To dla nich między innymi powstał hostel prowadzony przez Klub Inteligencji Katolickiej w ramach sekcji Gość w Dom, która powstała podczas kryzysu na granicy polsko-białoruskiej. W hostelu non stop pracują wolontariusze KIK w systemie czterozmianowym. W tej chwili wolontariuszy jest już ok. 80. I ciągle dochodzą nowi.

Przez dwa tygodnie przez hostel przewinęło się ponad 300 osób. Jest pełne obłożenie, wszystkie 70 łóżek zajęte. Były osoby z całego świata, ponad 20 narodowości - z Indii, Turkmenistanu, Egiptu, Sudanu, Ghany, Konga, Algierii, Maroka, Tunezji, Mali, Tadżykistanu, Pakistanu, Kamerunu, Ekwadoru, Wybrzeża Kości Słoniowej, Azerbejdżanu, Palestyny, Afganistanu, Iranu. Są także Ukraińcy. Wszyscy uciekli z niej po 24 lutego.

Hostel powstał w odpowiedzi na potrzeby, które wolontariusze KIK zauważyli w punktach recepcyjnych, na dworcach. Nie wiadomo było jeszcze wtedy, jaki kształt przybierze specustawa. Ponad tydzień po jego otwarciu ustawa przeszła przez Sejm. Pokazała, jak bardzo takie miejsce jest potrzebne. Ustawa pomija nie-Ukraińców, którzy przekroczyli polsko-ukraińską granicę po 24 lutego. Więcej o tym w dalszej części tekstu.

Przeczytaj także:

Nie tak łatwo o miejsce w czyimś domu

Po hostelu oprowadzają mnie koordynatorki, Magdalena Wroniszewska i Marianna Ossolińska z Klubu Inteligencji Katolickiej. Z zewnątrz trochę jak barak, ale w środku czysto, przestronnie. Dwa piętra, kilkanaście pokoi. Duża jadalnia, w której zawsze jest coś do jedzenia, także między posiłkami.

W długim korytarzu na podłodze leży "chemia" - kosmetyki i inne potrzebne rzeczy. Do wzięcia. Osoby, które się tu znalazły, mają często jedną walizkę, pięć rzeczy na krzyż.

Jak to się stało, że ci ludzie znaleźli się pod jednym dachem?

Marianna: "Tuż po wybuchu wojny w Ukrainie właściciel hostelu, zaprzyjaźniony z Klubem Inteligencji Katolickiej, zwrócił się do nas z propozycją zagospodarowania hostelu dla uchodźców - właśnie zakończył przyjmować grupy na zimowe obozy sportowe, a sezon letni zaczyna w czerwcu. Mamy więc trzy miesiące na prowadzenie tu hostelu dla uchodźców. Jednocześnie od wolontariuszy z KIKu, którzy pomagają na dworcach słyszeliśmy, że nie-Ukraińcy uciekający przed wojną w Ukrainie są w bardzo złej sytuacji".

Magda: "Nie łatwo też dla nich o miejsce w czyimś domu. To wynika chyba z braku doświadczenia, czy wiedzy Polaków o takich osobach, sytuacji w ich krajach. Mniej chętnie ich przyjmują w domach. Poza tym te osoby mogą tu być tylko 15 dni, na tyle mają zgodę".

Marianna: "Stąd pomysł otwarcia hostelu interwencyjnego dla uchodźców, przede wszystkim uchodźców nie posiadających ukraińskiego obywatelstwa. Spotkanie organizacyjne mieliśmy 1 marca, a 2 marca pojawili się pierwsi goście. 40 osób pierwszej nocy. O miejscu dowiedzieli się na dworcach, od naszych wolontariuszy i innych organizacji pozarządowych. W założeniu jest to hostel interwencyjny, na trzy doby. Chodzi o to, żeby nasi goście mogli się wyspać, zjeść, umyć, nabrać sił. I pomyśleć w bezpiecznych warunkach, co chcą robić dalej".

Zebrać myśli, mieć plan

Marianna i Magda wyliczają, co hostel oferuje gościom: bezpłatny nocleg, trzy posiłki dziennie, kosmetyki, które można wziąć w dalszą podróż, pranie... A także bezpieczeństwo, trochę spokoju i możliwość zastanowienia się, co dalej.

Marianna: "Ludzie, którzy do nas przyjeżdżają, są często wyczerpani. Bardzo długo śpią, rano jest cisza, jak makiem zasiał. Odpoczywają, odreagowują. Albo właśnie spać nie mogą".

Magda: "Był chłopak z Konga, który koniecznie chciał jechać do Berlina. Spóźnił się na pociąg. Tak bardzo nie chciał spóźnić się na kolejny, że czuwał tu przy stole w jadalni. Wyglądał jak cień człowieka. Wolontariusz z Muzeum Warszawy, który z nami współpracuje, prawie siłą go tu przywiózł, żeby chociaż trochę odpoczął. 40 minut siedział pod prysznicem, a potem czekał na ten pociąg, przysypiał na siedząco przez pół nocy. Opowiadał nam, że do granicy szedł prawie 70 km".

Goście to często młodzi mężczyźni, głównie studenci, ale na korytarzu spotykamy też rodzinę z dziećmi oraz starsze panie. Większość nie chce jednak rozmawiać - uprzejmie odmawiają, tłumacząc, że nie znają języka lub pokazując domowy strój. Jedna z wolontariuszek - Ewa - oferuje się pomóc w tłumaczeniu z rosyjskiego.

Tak - łamanym rosyjskim - rozmawiamy z Zarobidinem z Tadżykistanu. Mieszkał w Charkowie z żoną i dzieckiem, pracował w branży sportowej. Po ucieczce tułali się chwilę po Polsce, w końcu zdecydowali, że rodzina wraca do Tadżykistanu. Zarobidin chętnie zostałby z rodziną w Polsce, ale nie wie, czy będzie to możliwe, bo nie ma ukraińskiego paszportu. Jak mówi, był już właściwie Ukraińcem, miał kartę stałego pobytu w Ukrainie, życie poukładane.

Z Marko udaje się porozmawiać po angielsku. Ma 25 lat, pochodzi z Ekwadoru. Przyjechał do Polski uciekając przed wojną. Mieszkał w Kijowie i pracował jako nauczyciel hiszpańskiego. Było tam sporo osób, które chciały uczyć się tego języka. Teraz nie ma ani pracy, pieniędzy zostało niewiele. Nie chce zostać w Polsce. Pojedzie do Berlina, a później być może do Amsterdamu.

Marianna: "Gdy dostajemy informację, że skądś odjeżdża autobus za granicę, informujemy o tym naszych gości, część z nich z tego korzysta. W większości te osoby są bardzo zagubione, czasem już z traumą wojenną, nie wiedzą, jakie dalsze kroki podjąć. Nie mają żadnego planu. Podejmują decyzje spontaniczne - na przykład rozważali Portugalię, ale akurat pojawiał się bus jadący do Hiszpanii, to decydują się na niego. W większości to osoby, które miały ułożone czy chociaż zaplanowane życie w Ukrainie - pracowały, studiowały, nie planowały ani być w Polsce, ani nie chcą lub nie mogą wrócić do swojego kraju pochodzenia".

Magda: "Nie zawsze mamy tu czas na rozmowę, bo niektórzy są tu na chwilę. Ale mieliśmy tu niedawno chłopaka z Algierii, który od trzech miesięcy studiował w Kijowie. Był załamany, bo w Ukrainie bardzo mu się podobało, dostał się na te studia, otwierały się jakieś perspektywy. Był z małego miasteczka, być może cała rodzina się złożyła na te studia. No dramat, teraz musi uciekać i kompletnie nie wie, co robić. Takich historii jest mnóstwo".

Dzięki wolontariuszce Ewie udaje się porozmawiać - po rosyjsku - z Julią i Alim. Julia pochodzi z obwodu donieckiego, jej mąż, Ali - z Iranu. Poznali się jeszcze przed 2014 roku właśnie w Doniecku. Ale po aneksji Krymu musieli uciekać. Ułożyli sobie życie w Kijowie.

Teraz musieli znowu uciekać. Julia ma podwójne wykształcenie - ekonomiczne i pedagogiczne. Jest logopedą, pracowała z dziećmi z dysfunkcjami m.in. ze spektrum autyzmu. Ali jest cukiernikiem. Julia: "Na razie nie możemy zebrać myśli, co dalej. Bardzo chcemy podziękować Polsce i Polakom za pomoc. Od samego początku spotykamy się tylko z pomocą, żadnego nieprzyjemnego komentarza. Dziś pierwszy raz spałam spokojnie, przespałam całą noc".

Potrzebny byłby prawnik

Marianna: "Czego potrzebujemy? Więcej miejsc noclegowych. Bardzo wiele rzeczy finansują nam firmy lub osoby prywatne, które się same zgłosiły. Chęć wsparcia tego właśnie miejsca jest ogromna. Fakt, że to właśnie hostel dla nie-Ukraińców jest bardzo doceniany. I oczywiście mamy ogromną sieć wolontariuszy z Klubu Inteligencji Katolickiej, to nasz zasób. Jest lekarka, która w razie potrzeby przychodzi udziela porad telefonicznie. Niektórzy proponują nawet konsultacje psychologiczne, ale to trudne, bo goście są tu za krótko. Mamy wolontariuszy mówiących po rosyjsku, to bardzo ważne".

We wtorek 15 marca, kiedy odwiedzamy hostel, jeden ze starszych wolontariuszy, Tadeusz, zorganizował koncert skrzypcowy dla rezydentów. Na koniec zagrał "Sokoły" na gitarze. Potem w jadalni, przy kolacji długo rozmawiał z gośćmi.

Magda: "Mamy także wolontariusza z Afganistanu, który przeszedł jesienią granicę polsko-białoruską. Jest w Polsce legalnie. Przyszedł i powiedział, że chce pomagać, bo tyle pomocy dostał od Polaków".

Marianna: "Przydałby się natomiast prawnik, który byłby w stanie pomóc tym osobom zorientować się w ich sytuacji prawnej - bo gdy nie są objęte specustawą, to często w ogóle nie wiedzą, co mogą, a co nie, a nam jest trudno doradzać".

Specustawa, która ostatecznie przeszła przez parlament 12 marca, pozwala Ukraińcom uzyskać numer PESEL, a co za tym idzie m.in. prawo do opieki medycznej czy 500 plus. Szczegółowo analizowaliśmy ustawę tutaj:

Do tego wszystkiego nie mają prawa osoby z państw trzecich, które przebywały w Ukrainie, studiowały, pracowały, ale nie miały ukraińskiego obywatelstwa.

„Teraz według prawa nawet wojewodowie nie powinni pomagać osobom o innym obywatelstwie, zapewniając wyżywienie czy miejsce noclegowe. Ustawa powinna brać pod uwagę choćby minimalną ochronę dla takich ludzi, przynajmniej wydłużając okres legalnego pobytu na więcej niż 15 dni” – mówił w rozmowie z OKO.press prawnik ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej Witold Klaus.

Co dalej?

Magda: "To praca, to jedno wielkie wyzwanie. Właściwie w każdej minucie mierzymy się z jakimś problemem, o którego istnieniu nie miałyśmy pojęcia. Pojawia się covid, trzeba mieć izolatkę. Ktoś do izolatki nie chce, bo w covid nie wierzy. Albo zanocuje ktoś niezgłoszony, dowiadujemy się rano. Ktoś przyjechał z kotem, trafił do pokoju z osobą uczuloną na sierść. No, jest co robić.

Z jednej strony jesteśmy przerażeni sytuacją w Ukrainie, ale trzeba przyznać, że zdarzają nam się tutaj chwile radości. Takie działanie to ulga, że możemy coś zrobić. Z tej bezradności i czytaniu w kółko niusów wojennych można oszaleć. To nas trochę ratuje".

Marianna: "Problem jest jednak ogromny. Teraz bardzo się zmobilizowaliśmy, wszyscy pomagają, ale ten kryzys będzie trwał kolejne miesiące. Musimy się przygotować, że adrenalina i energia się skończą, my także myślimy w ten sposób o naszych wolontariuszach - żeby za szybko się nie wypalili. A nasi goście mogą być w coraz gorszej sytuacji, w traumie. Ten hostel mamy na 3 miesiące. Siły musi wystarczyć na znacznie dłużej. a przede wszystkim nie wiemy, co będzie dalej".

Fuck Putin

Koordynatorki proszą swoich gości, by wpisywali się do "księgi pamiątkowej" wiszącej na ścianie. Na tablicy widać podziękowania w wielu różnych językach.

Ale to nie tylko podziękowania. Na jednej z tablic ktoś zamieścił specjalny, ale ocenzurowany, apel do Władimira Putina:

Nie podajemy adresu hostelu, w razie potrzeby można kontaktować się z koordynatorkami hostelu: [email protected]

;

Udostępnij:

Magdalena Chrzczonowicz

Wicenaczelna OKO.press, redaktorka, dziennikarka. W OKO.press od początku, pisze o prawach człowieka (osoby LGBTQIA, osoby uchodźcze), prawach kobiet, Kościele katolickim i polityce. Wcześniej przez 15 lat pracowała w organizacjach poarządowych (Humanity in Action Polska, Centrum Edukacji Obywatelskiej, Amnesty International) przy projektach społecznych i badawczych, prowadziła warsztaty dla młodzieży i edukatorów/edukatorek, realizowała badania terenowe. Publikowała w Res Publice Nowej. Skończyła Instytut Stosowanych Nauk Społecznych na UW ze specjalizacją Antropologia Społeczna.

Komentarze