Projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawody artystyczne wywołuje opór idący w poprzek podziałów politycznych. Rząd najpewniej popełnia falstart, przez który twórcy stracą szansę na najbardziej oczekiwaną przez nich od lat reformę.
Projekt ustawy socjalnej dla artystów (wówczas pod nazwą Ustawa o statusie artysty zawodowego) pojawił się po raz pierwszy jako rządowa propozycja w czasie, gdy resortem kultury kierował Piotr Gliński. Za jego przygotowanie odpowiadała ówczesna wiceministra Wanda Zwinogrodzka. Komunikowano to jako odpowiedź na postulaty zgłaszane w 2027 roku podczas Ogólnopolskiej Konferencji Kultury. Było to przedsięwzięcie, które obóz PiS przedstawiał jako własną odpowiedź na liberalny Kongres Kultury.
PiS-owska ustawa miała uporządkować sytuację zawodową osób wykonujących zawody twórcze. Jej głównym celem było umożliwienie artystom korzystania z dopłat do składek na ubezpieczenia społeczne w okresach, w których nie osiągają regularnych przychodów.
Wszystko dlatego, że praca artystyczna rzadko mieści się w standardowym rytmie etatu: honoraria przychodzą nieregularnie, a składki trzeba opłacać systematycznie. W efekcie wielu twórców rezygnuje z ubezpieczenia albo funkcjonuje na granicy systemu.
W pierwotnym projekcie przygotowanym przez resort Glińskiego dorobek artystyczny miała potwierdzać tzw. organizacja reprezentatywna, czyli zakwalifikowane przez ministerstwo stowarzyszenie lub związek zawodowy reprezentujące znaczącą część artystów danej specjalności. Alternatywną ścieżką miało być wykazanie się dyplomem uczelni artystycznej.
Projekt zakładał także wprowadzenie Karty Artysty Zawodowego. Do obsługi systemu miała zostać powołana Polska Izba Artystów, instytucja, która miała m.in. uczestniczyć w potwierdzaniu statusu artysty zawodowego oraz w zarządzaniu środkami z Funduszu Wsparcia Artystów Zawodowych. Fundusz miał finansować dopłaty do ubezpieczeń i stypendia, a jednym ze źródeł jego zasilania miała być opłata reprograficzna.
I właśnie o opłatę reprograficzną projekt się wówczas wywrócił. Sprzeciw wobec objęcia nią urządzeń elektronicznych, takich jak laptopy, tablety czy telefony, skutecznie zamroził prace. Ustawa powróciła dopiero pod koniec rządów PiS: trafiła na Radę Ministrów w czasie dwutygodniowego rządu Mateusza Morawieckiego.
Swoją wersję ustawy w 2020 roku zaproponowała także opozycja. Twarzą tego rozwiązania był Krzysztof Mieszkowski, poseł ówczesnej Nowoczesnej, wcześniej dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu. Projekt różnił się od propozycji resortu Glińskiego konstrukcją i wzmocnieniem roli artystów. Zakładał większy udział reprezentantów wybieranych bezpośrednio przez środowisko twórców, upraszczał część procedur, przewidywał m.in. możliwość przyznania statusu bezterminowo po wieloletniej aktywności zawodowej i podwyższał dopłaty do składek.
Ważna była także dodatkowa ścieżka dochodowa: o status artysty mogłyby ubiegać się osoby, które nie mają dyplomu uczelni artystycznej i nie należą do środowiskowych zrzeszeń, ale są w stanie wykazać udokumentowany dochód z działalności artystycznej.
Po zmianie władzy prace nad ustawą rozpoczęto w praktyce od nowa. Tym razem opierano się już nie tylko na postulatach środowiska, ale także na konkretnych danych z zamówionego badania „Policzone i policzeni”, przygotowanego przez Zespół Centrum Badań nad Gospodarką Kreatywną Uniwersytetu SWPS pod kierownictwem Doroty Ilczuk i Anny Karpińskiej.
Wynika z niego, że środowisko artystyczne w Polsce jest stosunkowo nieliczne, niestabilne dochodowo, nierówno opłacane i często słabo zabezpieczone socjalnie.
Na jego podstawie oszacowano, że w Polsce zawody artystyczne wykonuje około 62,4 tys. osób.
Najliczniejsze grupy to:
Środowisko, o którym mowa, jest więc znacznie mniejsze, niż sugerowałaby temperatura publicznej debaty – realnie mówimy o około 20 tysiącach artystek i artystów, których obejmie dopłata do składek.
Badanie pokazało też skalę ekonomicznej niestabilności. Średni miesięczny przychód z pracy artystycznej wyniósł 4053 zł, ale mediana była znacznie niższa: 2730,50 zł.
Połowa badanych osiągała z działalności artystycznej przychody poniżej tej kwoty. Różnice między branżami nie są zaskakujące: najwyższe przychody deklarowali twórcy filmowi, najniższe – osoby związane z twórczością ludową. Jeszcze ważniejsze są jednak ogromne rozpiętości wewnątrz samego środowiska. Współczynnik Giniego liczony tylko dla przychodów z pracy artystycznej wyniósł 0,56, co wskazuje na bardzo wysoki poziom nierówności (gdzie 1 oznacza nierówności skrajne).
W nowej ustawie skupiono się na potrzebie najpilniejszej: zabezpieczeniu socjalnym tych, którzy nie mają możliwości instytucjonalnego zatrudnienia albo prowadzenia działalności przez specyfikę zawodu.
Projekt rządu Donalda Tuska opiera się na pomocy bezgotówkowej: włączeniu artystów do systemu ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych oraz dopłacie do składek bezpośrednio na konto w ZUS.
Wielu twórców, z którymi rozmawiałam przez lata, pisząc o losach ustawy o statusie artysty zawodowego, podkreślało przede wszystkim lęk związany z brakiem ubezpieczenia zdrowotnego. Opowiadali o życiu od jednej umowy zlecenia, która pozwalała odetchnąć na kilka miesięcy, do kolejnych przerw w pracy, często spowodowanych sezonem ogórkowym w instytucjach, letnim przestojem albo po prostu konkurencją i projektowym charakterem rynku.
Umowy zlecenia obejmowały część osób współpracujących z instytucjami, na przykład twórców teatralnych czy muzyków, i dawały maksymalnie kilkanaście miesięcy stabilności. Nie rozwiązywały jednak sytuacji pisarzy, których przecież wydawnictwa nie zatrudniają na czas pisania książki, ani twórców funkcjonujących poza obiegiem instytucjonalnym.
W projekcie ustawy firmowanym przez ministrę kultury Martę Cienkowską naprawdę trudno mówić o choćby minimalnych przywilejach dla twórców. Projekt, poza dopłatami do składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne, zakłada dopłatę do składek na Fundusz Pracy, a w przypadku tancerzy zawodowych także na Fundusz Emerytur Pomostowych.
Obsługą ma zająć się ZUS, a status artysty zawodowego ma być przyznawany w procedurze administracyjnej przez dyrektora Centrum Edukacji i Pracy Artystycznej (CEiPA), powstałego z przekształcenia obecnego Centrum Edukacji Artystycznej, po wydaniu opinii przez Komisję Opiniującą. Zminimalizowano więc konieczność rozbudowywania infrastruktury instytucjonalnej.
Częścią sporu o ustawę stała się także kwestia wynagradzania nowych gremiów powoływanych przy instytucji obsługującej ustawę: 15-osobowej Rady Programowej oraz 145-osobowej Komisji Opiniującej. Ta druga ma wydawać opinie w sprawach wykonywania zawodu i posiadania dorobku artystycznego.
Można oczywiście pytać o koszty takiego rozwiązania. Nadal jednak jest to rozwiązanie mniej kosztowne niż budowa nowej infrastruktury instytucjonalnej. Jest też bardziej sprawiedliwe niż sytuacja, w której o dorobku artystycznym miałby samodzielnie rozstrzygać urzędnik. Pozostaje pytanie o polityczność, skoro formalną decyzję o przyznaniu statusu nadal podejmuje dyrektor CEiPA.
Najbardziej wyraźne wykluczenie dotyczy samozatrudnionych artystek i artystów. Projekt mówi wprost, że status artysty zawodowego może zostać przyznany wyłącznie osobie nieprowadzącej działalności gospodarczej. Co więcej, jeśli artysta najpierw uzyska status, a następnie założy działalność gospodarczą, status artysty zawodowego wygasa.
To rozwiązanie odwrotne od niemieckiego systemu Künstlersozialkasse, który samozatrudnionych artystów czyni jego centralnymi adresatami. W Niemczech niezależny twórca płaci zasadniczo tylko „pracowniczą” część składek. Druga część finansowana jest z dotacji federalnej oraz opłaty nakładanej na firmy i instytucje korzystające z pracy artystów. Logika niemieckiego systemu zakłada, że skoro galerie, wydawnictwa, agencje, teatry, media czy organizatorzy wydarzeń korzystają z pracy niezależnych twórców, współfinansują także ich zabezpieczenie społeczne.
W 2026 roku stawka tej opłaty wynosi 4,9 proc. wypłacanych honorariów. Polski projekt idzie inną drogą, i trudno się dziwić, gdy przypomnimy sobie awanturę o jednoprocentową opłatę reprograficzną.
Ustawa może nie objąć także części twórców pracujących z przerwami: osób z dorobkiem, ale bez ciągłych przychodów z działalności artystycznej w ostatnich latach. Jednym z warunków uzyskania statusu artysty zawodowego jest bowiem wykazanie, że w każdym z ostatnich trzech lat podatkowych poprzedzających rok złożenia wniosku artysta osiągnął przychody, należności lub wynagrodzenie związane z wykonywaniem zawodu artystycznego.
Projekt przewiduje wprawdzie możliwość uwzględnienia uzasadnionych przerw, spowodowanych np. chorobą, opieką nad dzieckiem lub innym członkiem rodziny czy bezrobociem potwierdzonym rejestracją w urzędzie pracy, ale nie rozwiązuje wszystkich sytuacji typowych dla pracy twórczej, jak np. wielomiesięczne przygotowywanie dzieła, czekanie na premierę, sprzedaż, publikację albo rozliczenie projektu.
Osobnym filtrem jest próg dochodowy uprawniający do dopłaty. Średni roczny dochód artysty zawodowego z trzech lat poprzedzających okres dopłaty nie może przekroczyć 125 proc. dwunastokrotności minimalnego wynagrodzenia obowiązującego 1 stycznia roku złożenia wniosku. W 2026 roku oznaczałoby to 72 090 zł rocznego dochodu. To mechanizm selekcyjny, ale raczej dla osób o niskich i średnich dochodach, nie wyłącznie dla osób najuboższych. W przypadku wielu twórców pracujących na umowach o dzieło kwota brutto mogłaby być wyższa, ponieważ projekt posługuje się kategorią dochodu, a więc przychodu pomniejszonego m.in. o koszty jego uzyskania.
Tego punktu także uczepili się krytycy ustawy: argumentują, że rzeczywisty limit przychodów może być nawet dwukrotnie wyższy. Zapominają jednak, że w zawodach artystycznych koszty uzyskania przychodu najczęściej nie są fikcją podatkową. Obejmują zakup materiałów, opłacenie przejazdów, konserwację lub zakup instrumentów, wynajem pracowni, dokumentację, wyjazdy badawcze czy inne nakłady konieczne do powstania dzieła. Istotny jest także czas zainwestowany w pracę, która dopiero po wielu miesiącach albo latach wygeneruje przychód, często skumulowany w jednym roku podatkowym.
Dobrym przykładem jest artysta wizualny sprzedający prawa do pracy albo wykonujący dzieło na zamówienie, za które wynagrodzenie zostaje wypłacone jednorazowo. Może w danym roku osiągnąć przychód znacznie wyższy niż w latach poprzednich i nawet jednorazowo przekroczyć pierwszy próg podatkowy. A w kolejnych miesiącach żyć z tego, co zostanie na koncie.
Ustawa nie rozwiązuje także sytuacji wielu starszych artystek i artystów, którzy przez lata pracowali poza systemem składkowym i dziś nie mają prawa do emerytury albo mają świadczenia skrajnie niskie. Jeśli więc moralna panika wokół tego projektu obejmuje lęk przed wsparciem „telewizyjnych elit”, to jest to lęk w dużej mierze chybiony.
Twórcy przez lata pracujący bez ubezpieczeń społecznych nadal zostają w większości na lodzie i to wcale nie jest dobra wiadomość. Projekt dopuszcza możliwość samodzielnego opłacenia składek, jeśli artysta wpadał w lukę składkową, ale tylko za okres pięciu lat poprzedzających wejście ustawy w życie. W przypadku osób, które przez kilkanaście albo kilkadziesiąt lat funkcjonowały poza systemem ubezpieczeniowym, pięć lat niewiele zmienia. Zmienia natomiast, i to realnie, możliwość uzyskania ubezpieczenia zdrowotnego oraz bieżącego zabezpieczenia składkowego dla tych, którzy nadal pracują zawodowo.
Przyjęcie tego projektu idzie radykalnie przeciw nastrojom społecznym i trudno ominąć ten temat, świętując sukces. Podobne emocje wywołało niedawne rozporządzenie ministry kultury Marty Cienkowskiej aktualizujące listę urządzeń objętych opłatą reprograficzną.
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego uruchomiło niedawno kampanię „Świat bez artystów. Jak Wam się podoba?”. Była ona także głównym narzędziem komunikacyjnym resortu po ogłoszeniu, że projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym artystów został przyjęty przez Radę Ministrów. Gdy w mediach społecznościowych pojawiła się fala niezadowolenia, oficjalny profil MKiDN odpowiadał na część komentarzy linkiem do strony kampanii: czarne tło, biały napis „pustka”. Na szczęście dawał też dość konkretne odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania.
Kampania odwołuje się do strajku artystów z 2012 roku, zainicjowanego przez Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej. Środowiska twórcze, chcąc zwrócić uwagę na warunki pracy w kulturze, w tym brak rozwiązań socjalnych, ogłosiły wówczas dzień bez sztuki. Na jeden dzień część instytucji została zamknięta albo zawiesiła zwykłą działalność. To wtedy temat ubezpieczeń społecznych dla artystów na dobre wszedł do publicznej debaty, choć nie przełożył się na działania ówczesnego rządu Donalda Tuska. Sam minister kultury Bogdan Zdrojewski oceniał formułę protestu krytycznie.
Czternaście lat później próba realizacji tego postulatu wywołuje niemal jednogłośny sprzeciw w sieci. Konfederacja zapowiedziała zbiórkę podpisów pod wnioskiem o wotum nieufności wobec Marty Cienkowskiej. Oczywiście taki wniosek najpewniej zostanie odrzucony, trudno też utrzymywać, że ministra kultury miałaby samodzielnie odpowiadać za projekt przyjęty przez cały rząd.
Trzeba zarazem przyznać, że resort kultury dawno nie miał na czele osoby tak bezkompromisowej w podejmowaniu niepopularnych, ale ważnych dla środowiska artystycznego decyzji. Problem polega na tym, że w resorcie wciąż brakuje pomysłu, jak odpowiedzieć na trudną pozycję twórców w społeczeństwie inaczej niż symbolicznie.
Nie jest to wyłącznie polski kłopot.
Deprecjonowanie zawodów artystycznych to szerszy problem krajów, w których rośnie siła populistycznej, skrajnej prawicy. W zeszłym roku w Wenecji aktorka Ursina Lardi, odbierając Srebrnego Lwa, mówiła o spadku znaczenia teatru i sztuki: nie tylko o cięciach budżetowych, lecz także o odbieraniu kulturze szacunku. „Jesteśmy wyśmiewani, uznawani za zbędnych, bezużytecznych i szkodliwych” — mówiła.
Obniżana jest nie tylko ranga zawodu, ale także sama zasadność publicznego finansowania sztuki. Próbkę tego typu reakcji widzieliśmy przy okazji KPO dla Kultury, wcześniej podczas otwarcia Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, a teraz przy ustawie o zabezpieczeniu socjalnym artystów.
Wbrew hasłom o rzekomym braku społecznego znaczenia sztuki, udział w kulturze nie jest jednak wyłącznie elementem wielkomiejskiego stylu życia. Dobrze działają nie tylko instytucje stołeczne czy krakowskie. Wzmacniają się także ośrodki w Słupsku, Jeleniej Górze, Wałbrzychu, Olsztynie czy Białymstoku. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu uczestniczyłam w Dniach Sztuki Współczesnej w Białymstoku. Sale teatralne były pełne, frekwencja na wydarzeniach towarzyszących wysoka, a udział w pospektaklowych dyskusjach zaangażowany.
Problem leży więc nie w braku realnego zainteresowania kulturą, lecz w komunikacji i w tym, co dziś przykleja się do współczesnej kultury w debacie publicznej: elitaryzm, polityczna pogarda, oderwanie od codzienności, a coraz częściej także dezinformacja.
Dobrym przykładem był fałszywy wpis przypisany Agnieszce Holland po referendum w Krakowie. Na platformie X krążył post, według którego reżyserka miała pisać, że „Krakowianie nie dorośli do demokracji”. Zanim użytkownicy zdążyli zorientować się, że konto nie należy do Holland, wpis został podany dalej przez setki osób, w tym polityków i media. Sama reżyserka musiała tłumaczyć, że nie używa X, a konto jest fałszywe.
Nie da się jednak całej odpowiedzialności za ten klimat zrzucić na prawicową propagandę czy fake newsy. Część przedstawicieli środowisk twórczych, angażując się bardzo ostro w polityczną polaryzację, posługując się pogardliwym językiem i dosypując do pieca podziałów, nie działa na korzyść całego środowiska. Trudno udawać, że tego typu działania pozostają bez konsekwencji. Tymczasem pozwalają one potem łatwo przenosić niechęć wobec pojedynczych rozpoznawalnych osób na całe środowisko twórcze i wydawać szybkie, krzywdzące oceny.
Jednocześnie byłoby nieuczciwie nie zauważyć, że bieżący dostęp do kultury w Polsce nie jest powszechny. Atrakcyjne instytucje publiczne ze świetnym, europejskim programem często nie są na każdą kieszeń. Dotyczy to m.in. wystaw czasowych w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Zamku Królewskim czy na Wawelu, gdzie bilety kosztują po kilkadziesiąt złotych. W modelu publicznego finansowania kultury, jaki mamy w Polsce, jeden dzień darmowego wstępu, także na wystawy czasowe, nie powinien nawet podlegać negocjacji. Trudno bowiem dzisiaj powiedzieć, że kultura w Polsce jest w pełni demokratyczna i dostępna, a udział w niej nie kończy się w momencie, w którym kończą się szkolne zniżki.
Projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym artystów trafi teraz do Sejmu, a następnie do prac komisji i pod głosowanie. To, co zrobi z nim prezydent Karol Nawrocki, zależy zapewne od ostatecznego kształtu projektu po poprawkach zgłaszanych przez kluby i koła poselskie. Jednak nawet jeśli dla wielu przedstawicieli środowisk twórczych to moment wyczekiwany od lat, nie otwierałabym jeszcze szampana. A już na pewno nie otwierałabym go w resorcie kultury. Jego przedstawicielom zostało niewiele czasu, by naprawdę przekonać ludzi, że kultura jest nam wszystkim potrzebna i działa na korzyść całego społeczeństwa. Symboliczna kampania i filmy wizerunkowe już raczej nie wystarczą.
Anna Pajęcka – urodzona w 1992 roku. Krytyczka teatru i sztuki współczesnej. Kierowniczka działu teatralnego w „Dwutygodnik.com”. Publikuje m.in. w „Dialogu”, „Tygodniku Powszechnym”, „Szumie”, „Piśmie” i „Czasie Kultury”. Laureatka Konkursu im. Andrzeja Żurowskiego na recenzje teatralne (2024).
Komentarze