0:00
Prawa autorskie: Wladyslaw Czulak / Agencja Wyborcza.plWladyslaw Czulak / A...
28 sierpnia 2022

Ponad 90 proc. polskich rzek jest w złym stanie. Regulacja wszystko pogorszy [WYWIAD]

Wody mamy w Polsce mało, bo geografia nam nie sprzyja, a ocieplenie klimatu tym bardziej. Coraz gorzej idzie nam z monitorowaniem nieczystości w rzekach, bo nie potrafimy wykryć farmaceutyków i mikroplastików - prof. Paweł Rowiński tłumaczy, co jest nie tak z naszą opieką nad rzekami

Wydrukuj

O stanie polskich rzek, ich znaczeniu i jak wpływa na nie kryzys klimatyczny OKO.press rozmawia z wiceprezesem Polskiej Akademii Nauk, hydrologiem, hydrodynamikiem i geofizykiem - prof. Pawłem Rowińskim.

NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

Wojciech Kość, OKO.press: Jakie mamy dane na temat stanu rzek w Polsce ogółem? Co wiemy o jakości wody, środowiska wodnego, ichtiofauny?

Prof. Paweł Rowiński: Dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują, że właściwie tylko kilka procent polskich rzek – formalnie w hydrologii mówimy o tzw. jednorodnych odcinkach wód powierzchniowych - spełnia warunki dobrej jakości środowiska.

Ponad 90 proc. jest w złym stanie. To jest katastrofalny obraz. Warto jednak dodać, że wystarczy, żeby tylko jeden badany parametr nie spełniał warunków dobrej jakości, by cała rzeka czy jej odcinek wpadł do najgorszej kategorii.

Parametrów jest wiele: skład fizykochemiczny wody, jej stan biologiczny, ale też morfologiczne właściwości rzek pozwalające np. na migrację ryb. Podobna, chociaż troszkę lepsza statystyka dotyczy również jezior.

Oczywiście warto w tym momencie powiedzieć, że to nie jest tak jak 30 czy 40 lat temu, gdy będąc nad Wisłą czuliśmy wręcz fetor. Za pieniądze Unii Europejskiej zbudowano oczyszczalnie ścieków, które pozwoliły na poprawę jakości wody. Problem w tym, że instalacje te robią się przestarzałe i nie dają sobie rady np. z nowymi typami zanieczyszczeń.

Jakie to są zanieczyszczenia?

Przede wszystkim farmaceutyki i mikroplastiki, które bez żadnego problemu przechodzą przez oczyszczalnie. Co gorsza, my w ogóle nie monitorujemy zanieczyszczeń nowego typu. Obecność farmaceutyków w rzekach często pokazują tylko wyrywkowe badania prowadzone przez instytuty badawcze.

Powiedział pan, że czasami decyduje jeden parametr, żeby uznać całościowo stan danej rzeki za zły. Najczęściej jaki to jest parametr?

Dużym problemem jest to, że nasze rzeki są potwornie pogrodzone. Mamy bardzo dużo przegród w poprzek nurtu rzek, zakłócających ich ciągłość. To oczywiście wpływa na migracje ryb i jeśli ta migracja jest jakoś utrudniona – i chociaż zapory często mają jakieś przepławki, to one nie funkcjonują albo funkcjonują źle.

Inny problem to brak łączności rzeki ze swoimi terenami zalewowymi. Są miejsca, gdzie decydującym parametrem jest skład chemiczny wody, np. zbyt duże zasolenie, o którym tyle teraz się mówi z powodu Odry.

Wydaje się, że Polska ma bardzo gęstą sieć rzek. Jak mogłaby służyć nam wszystkim?

Rzeki są tym, czym krwioobieg dla organizmu człowieka. Żeby określić stan zdrowia człowieka – badamy krew. Podobnie jest z rzekami. Ich stan jest odzwierciedleniem stanu środowiska. Tak, rzek mamy rzeczywiście dużo, ale wody w nich płynie stosunkowo niewiele. Mniej więcej tylko jedna trzecia tego, co średnio w krajach Europy Zachodniej!

Polska jest krajem niezwykle deficytowym, jeśli chodzi o zasoby wodne. Kiedy spojrzymy na ilość wody przepływającej przez nasz kraj w przeliczeniu na mieszkańca, to okazuje się, że jesteśmy na szarym końcu.

Oczywiście, nie jest tak sucho jak w Egipcie, jak czasami lubią mówić media, ale tej wody jest poniżej 1600 metrów sześciennych na osobę na rok. To jest wartość graniczna stresu wodnego. Poniżej tego zaczyna być groźnie.

Klimat i gospodarka wodna

Jedna trzecia tego, co w Europie Zachodniej?! To my doprowadziliśmy do takiej sytuacji czy odpowiedzialna jest polska geografia?

Tu są dwa aspekty. Nie oszukamy położenia i klimatu Polski. Polska leży na skraju ścierania się dwóch stref klimatycznych, jednej znad Atlantyku i drugiej ze wschodu.

Znad Atlantyku co prawda dopływa do Polski wilgoć, ale jesteśmy jednak dość daleko od oceanu. Co więcej, nasze pasma górskie nie zatrzymują tej wilgoci, bo mamy je w układzie wschód-zachód, a nie północ-południe – nadatlantycka wilgoć po prostu przelatuje nad Polską i tyle.

Ponadto zmieniają się warunki klimatyczne, czyli zaczynamy wpadać w takie okresy, w których mamy wyższą temperaturę, dużo większe parowanie z obszaru Polski i coraz dłuższe okresy bezdeszczowe. A po nich przychodzą nagłe opady i zaczyna się inny problem – powodzie.

A więc geografia i klimat, i nic nie możemy na to poradzić.

Jest jeszcze trzeci nasz kłopot: gospodarka wodna.

Mamy fatalne zaszłości historyczne: pozbyliśmy się roślinności śródpolnej, pozbyliśmy się różnych oczek wodnych i innych naturalnych miejsc, gdzie gromadziła się woda.

A teraz nasze gospodarowanie wodą nie jest podporządkowane jej oszczędzaniu i zatrzymywaniu. Nowoczesna gospodarka wodna polega na tym, żeby rozwiązywać trzy zagadnienia jednocześnie: nadmiar wody – czyli powodzie - suszę i jakość wody. A my zajmujemy się wszystkim osobno. Teraz jest sucho, to zaczynamy rozwiązywać problemy suszy, za chwilę w panice wpadniemy w zagadnienia ochrony przed powodzią. Często lekarstwem na obie dolegliwości - czyli suszę i powódź - jest rozproszona retencja.

Susze i powodzie występowały zawsze, ale ze względu na zmiany klimatyczne stają się bardziej prawdopodobne i częstsze. Jakie są skutki tego, że w rzekach jest mniej wody?

Zmiana klimatu zagraża rzekom głównie przez skutki obniżania się poziomu wody. Przez coraz krótsze okresy deszczowe zaczyna jej brakować - stany wody na Wiśle czy w wielu miejscach na Odrze i na innych rzekach są niezwykle niskie. To jest z jednej strony taki tester stanu środowiska w ogóle, ale z drugiej strony jest groźne samo w sobie.

Mamy teraz rządzących, którzy chcą, by ruch na polskich rzekach był taki, jak na Renie, bo transport śródlądowy jest ekologiczny. W jaki sposób ten transport będziemy realizować, jeśli wody będzie mało? Poza tym - zestawianie np. z transportem samochodowym nie ma już sensu, bo transport samochodowy staje się coraz mniej emisyjny.

Niskie stany wody to także olbrzymie zagrożenie dla jakości wody, bo im mniej wody, tym mniej rozcieńczone są zanieczyszczenia i to jest jeden z elementów, który się przyczynił do dramatu Odry.

Utrudniają jej pobór do elektrowni, których bloki są chłodzone wodą z rzek. Swoją drogą pamiętajmy, że te elektrownie oddają wodę do rzek, ale znacznie cieplejszą. Kiedy tej wody jest mało i – szczególnie latem - jest bardzo ciepło, stwarza to potężne zagrożenie środowiskowe.

Tylko renaturyzacja?

A więc żadne drogi wodne, tylko renaturyzacja i naturalna retencja, by zatrzymać tyle wody w krajobrazie, ile się da?

Tak, ale trzeba pamiętać o tym, że mamy bardzo różne sytuacje w różnych rzekach. Są rzeki, które są bardzo przekształcone i mówienie o resecie czy powrocie do natury w ich przypadku jest mrzonką. To się po prostu nie zdarzy. I to dotyczy w wielu aspektach np. Odry.

Ale kiedy mówimy o rzekach mniej przekształconych – np. w wielu miejscach Wisły, Bugu czy Narwi, to po prostu nie można ich w ten sposób traktować! Mam na myśli robienie z nich dróg wodnych, a przecież takie plany są nie tylko dla Odry czy Wisły.

Gospodarkę wodną należy prowadzić zgodnie z zasadami unijnego Zielonego Ładu i zasadami zrównoważonego rozwoju ONZ. Wreszcie są też takie zasady i dobre praktyki przyjęte przez wszystkie nowoczesne państwa, czyli gospodarowanie wodą poprzez tzw. nature-based solutions, czyli gospodarowanie inspirowane przyrodą. To jest bardzo szybko rozwijająca się gałąź nauki.

Bulwary i dzika Wisła

Czy możemy podać przykład takiego właśnie opartego na przyrodzie rozwiązania sprzyjającego ekosystemowi danej rzeki?

Warszawa i bulwary wiślane, a dokładniej bulwary po lewej stronie Wisły i dzika Wisła po stronie praskiej, a więc całość, którą my hydrolodzy nazywamy przeprowadzeniem rzeki przez duże miasto. Jesteśmy absolutnie chlubnym wyjątkiem, bo z jednej strony mamy otwarte dla ludzi miejsce rekreacji, a z drugiej mamy obszar niemal całkowicie naturalny.

To między innymi dlatego Wisła w Warszawie ma niezwykłe właściwości samooczyszczające.

Ostatnio furorę w mediach robi przedsięwzięcie Wód Polskich na Łynie polegające na wykaszaniu roślinności z dna rzeki, rzekomo ze względów przeciwpowodziowych. To dobra praktyka?

Może jest jakiś powód, o którym teraz nie wiem. Ale pozostawianie roślinności jest z wielu powodów istotne, bo taka roślinność spowalnia przejście fali wezbraniowej.

W ogóle roślinność rzeczna czy nadrzeczna to znakomity rezerwuar wody. Mamy coraz mniejsze opady, ale jak już spadnie trochę deszczu, to miejmy gdzie tę wodę zatrzymać.

Musimy stosować rozwiązania, które nie są wyłącznie przeciwpowodziowe albo wyłącznie przeznaczone do walki z suszą. Tylko one muszą być kompromisem.

W ogóle gospodarowanie wodą to jest zarządzanie konfliktem, bo zawsze mamy różne grupy interesu. Ktoś chce wytwarzać energię. Są ekolodzy, którzy mówią o bioróżnorodności. Jest wykorzystanie wody dla celów komunalnych i tak dalej. Mamy różne sprzeczne interesy, które trzeba umieć rozwiązywać.

Jak działa samooczyszczanie

Jak działa samooczyszczanie rzeki?

Najpierw warto powiedzieć, na czym polega przenoszenie zanieczyszczeń przez rzekę. A więc zrzuca Pan gdzieś zanieczyszczenie, które najpierw podlega adwekcji, czyli – upraszczając - przenoszeniu wraz z prądem wody. Jednocześnie zachodzi dyfuzja, czyli rozprzestrzenianie się zanieczyszczenia w wodzie.

Następnie dochodzą kolejne procesy, reakcje chemiczne, biodegradacja, część zanieczyszczeń osiada na dnie i tak dalej. No i w tym wszystkim bardzo ważne jest, jak wyglądają dno i brzeg rzeki, czy jest roślinność, która działa jak filtr, a także kształt koryta rzeki.

Kiedy rzeka meandruje, to płynie wolniej, ma więcej możliwości, żeby zanieczyszczenie osiadło, jest więcej czasu na różne reakcje fizyczne, biologiczne i chemiczne. Np. proces dyfuzji jest tym silniejszy, im bardziej rzeka ma niejednorodny rozkład przestrzenny.

Znakomitym przykładem była awaria stołecznej oczyszczalni Czajka, kiedy właściwie już kilkanaście kilometrów poniżej zrzutu w żaden sposób nie dało się odczuć, żeby jakość wody była gorsza niż powyżej zrzutu. Po prostu naturalna Wisła znakomicie sobie poradziła z kłopotem.

Jak działa monitoring?

Pani ministra klimatu i środowiska Anna Moskwa zapowiedziała 250 mln zł na rozbudowę – czy po prostu budowę - systemu monitoringu. Jak ten system wygląda teraz? Co bada się rutynowo i czy monitoring działa? Bo wydaje się, że niewiele nam pomógł w przypadku katastrofy na Odrze.

I tu znowu dotknął Pan kilku elementów. Jeden to jest tzw. lista priorytetowa elementów składu wody, którą trzeba badać, co narzuca nam także międzynarodowe prawodawstwo. Ta lista jest dużo krótsza niż wszystkie substancje chemiczne, z którymi mamy do czynienia.

Więc oczywiście nie wszystko jesteśmy w stanie wyłapać, ale to jest jeden element.

Drugi element to parametry, których wartości powinny specjaliście pokazać, czy pojawił się problem. Przy okazji Odry to był tlen. Latem, przy tak wysokich temperaturach, powinniśmy oczekiwać zmniejszonej zawartości tlenu. Tymczasem odnotowano wzrost natlenienia wody i to powinien być sygnał alarmowy.

Podobnie jest z zasoleniem. Z tym że wyniki pomiarów trzeba analizować na bieżąco, a nie po jakimś czasie, kiedy już niewiele można uzyskać.

Więc z jednej strony potrzebny jest nowoczesny zdigitalizowany monitoring. Po drugie - wyszkolona kadra, ludzie, którzy się na tym znają i którym na rzece zależy. Wtedy system działa.

Oczywiście ja się bardzo cieszę, że duże środki zostaną na ten monitoring przeznaczone, choć trochę na zasadzie „mądry Polak po szkodzie”, ale niestety tak to zafunkcjonowało.

Monitoring jest bardzo ważnym elementem, ale są też inne rzeczy, np. Ren bada się przy pomocy modeli matematycznych, które pozwalają odtwarzać przebieg i transport zanieczyszczeń. Co ciekawe, takie modele powstawały także Polsce, tylko w Polsce nigdy nie były zaimplementowane.

Natomiast w takich miejscach jak na Renie działają jako narzędzie codziennego użytku, pozwalające przewidywać, gdzie i kiedy zanieczyszczenie dotrze. Po drugie, znając stężenia zanieczyszczeń i mając taki model, możemy próbować dojść do miejsca zrzutu, czyli znaleźć winowajcę. U nas takie modele nie funkcjonują.

Udostępnij:

Wojciech Kość

W OKO.press pisze głównie o kryzysie klimatycznym i ochronie środowiska. Publikuje także relacje z Polski w mediach anglojęzycznych: Politico Europe, IntelliNews, czy Notes from Poland.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne