0:00
16 sierpnia 2020

Posłowie po podwyżkach będą wśród 2 proc. najlepiej zarabiających. Pokazujemy dane i liczby

Posłowie będą dostawać co miesiąc ponad cztery razy więcej niż wynosi mediana zarobków w naszym kraju, czyli cztery razy więcej niż zarabia osoba, która pobiera więcej niż połowa z Polaków. Porównujemy liczby i pokazujemy, jak w czasie kryzysu zachowują się politycy w innych krajach

Wydrukuj

Posłowie znacznie podnieśli sobie wynagrodzenia. Pośrednio powiązali je ze średnim wynagrodzeniem. To znaczy, że nie będą już więcej musieli przeprowadzać takich szybkich akcji, bo ich pensje będą co roku rosły wraz z polską gospodarką (lub spadały, ale na to w długiej perspektywie się nie zanosi).

Jeśli Senat - jak wszystko na to wskazuje - w zgodzie i harmonii zatwierdzi ustawę o podwyżkach błyskiem, a prezydent Duda podpisze, pensje posłów będą bezpośrednio połączone z pensją sędziego Sądu Najwyższego.

Pensja parlamentarzysty to według nowych przepisów pensja sędziego SN pomnożona przez 0,63. A pensja sędziego SN to średnie wynagrodzenie z II kwartału roku poprzedniego, pomnożone przez 4,13. Czyli pensja posła to średnie wynagrodzenie pomnożone przez 2,6.

Wzrosła też poselska dieta. Zamiast 2,5 tys. zł będzie ona wynosiła około 4250 zł. A razem z pensją daje to prawie 17 tys. złotych brutto miesięcznie. A to już 3,4 raza więcej niż średnie wynagrodzenie.

Przed ekspresową podwyżką posłowie dostawali podstawowego wynagrodzenia 8 tys. zł brutto. Przy średnim wynagrodzeniu w kraju w okolicach 5 tys. złotych (4918 zł w 2019, rządowa prognoza na 2020 rok to 5088 zł), ich wynagrodzenie wynosiło: średnia płaca razy 1,6 (razem z dietą – 2,1). A to się posłom nie podobało.

Posłom spadało, Polakom rosło

Jeden z posłów opozycji, który zastrzegł sobie anonimowość, opowiedział nam, dlaczego poparł podwyżki.

„Między 2010 a 2020 średnia płaca wzrosła o 60 proc. – z 3300 do 5200 zł brutto. A pensje posłów spadły o 20 proc.” – mówi nasz rozmówca.

I trochę przesadza, bo nie wiemy jeszcze, jak ostatecznie ustali się średnia pensja w całym 2020 roku. Najpewniej będzie niższa. Według rządowej prognozy będzie to 5088 złotych. W pierwszym kwartale 2020 roku było to aż 5330 złotych, ale to dane sprzed epidemii, która wpłynie na zarobki Polaków negatywnie.

W analogicznym pierwszym kwartale 2010 roku było to 3316 złotych. Jeśli przyrównać średnią pensję za 2010 i prognozę na 2020 rok, to w 10 lat pensje Polaków średnio wzrosły o 57 proc. Poseł ma więc w zasadzie rację.

Bo się należało. Ale przestało

Dlaczego więc pensje posłów spadły, podczas gdy średnie wynagrodzenia rosły dosyć dynamicznie?

Wszystko przez nagrody dla członków rządu Beaty Szydło w 2017 roku i populistyczną reakcję na to wydarzenie - zarówno obozu władzy jak i opozycji.

Opinii publicznej nie spodobało się, że rząd przyznał wszystkim członkom gabinetu po kilkadziesiąt tysięcy złotych nagród. Wówczas padły słynne słowa Beaty Szydło, że „te pieniądze im się po prostu należały”.

Ostatecznie nagrody zostały zwrócone, choć nie budżetu, ale na cele charytatywne (takie deklaracje składali członkowie rządu), a ustawa, którą rząd przygotował, aby ukorzyć się przed opinią publiczną, obniżyła też pensje posłów o 20 proc.

Można i trzeba spierać się, ile powinni zarabiać posłowie. Ale tamten krok nie był wynikiem takiego sporu. Był za to wynikiem typowego dla polskiej klasy politycznej reagowania na szybko, żeby pokazać, że coś się robi.

Tchórzostwo opozycji

Posłowie opozycji, którzy nieoficjalnie mówią teraz, że obniżenie pensji w 2018 roku było błędem, nie sprzeciwili się temu w Sejmie podczas głosowania.

10 maja 2018 cała PO i Nowoczesna nie zagłosowały przeciw. Wszyscy posłowie tych klubów wyjęli karty do głosowania. Nie mieli odwagi otwarcie sprzeciwić się wtedy znacznej obniżce.

Dwa lata później nie mieli problemu z poparciem podwyżek nie tylko przywracających ówczesny stan, ale znacznie wyższych. I zrobili to ręka w rękę z PiS. Trudno uznać to za przejaw obywatelskiej odwagi.

PiS wprowadził podwyżki pod głosowanie pod warunkiem, że poprze go opozycja. Do następnych wyborów zostały trzy lata, więc większość posłów uznała, że może sobie na to pozwolić, bo ludzie zapomną.

4,2 raza więcej od mediany

Skoro jednak posłom tak zależy, żeby zarabiać znacząco więcej od przeciętnych zarobków Polaków, to warto postawić te liczby w kontekście.

Najnowsze dane GUS o zarobkach Polaków mówią nam, że mediana zarobków w Polsce w październiku 2018 wynosiła 4095 złotych. Są to dane niepełne, nie uwzględniające przedsiębiorstw zatrudniających do 9 pracowników, gdzie płace są wyraźnie niższe.

W listopadzie 2019 szacowaliśmy, że rzeczywista mediana wynosiła około 3870 złotych.

Załóżmy, że w 2020 roku wynosi ona 4 tys. złotych (cały czas operujemy na wartościach brutto). To duże przybliżenie, ale z pewnością zachowujemy rząd wartości. To oznaczałoby, że z dietami posłowie będą zarabiać 4,2 raza więcej niż połowa z nas.

Posłowie w górnych 2 procentach

Badanie GUS pokazuje nam też rozkład wynagrodzeń Polaków. Znów należy pamiętać, że nie jest to badanie pełne, nie obejmuje najmniejszych firm. Ale daje dobre wyobrażenie o tym ile Polacy zarabiają, bo bierze pod uwagę aż 8,4 mln pracowników, czyli około połowę.

Najwyższą kategorią, jaką obejmuje badanie są osoby zarabiające więcej niż trzykrotność przeciętnego wynagrodzenia. W październiku 2018 było to… 2,2 proc. Tutaj zmieniło się najpewniej niewiele, bo gdy pensje wszystkich rosną, rozkład pozostaje podobny.

Gdy posłowie zarabiali z dietą 10,5 tys. złotych, i tak wpadali w najbogatsze 6 proc. (bez diety - ok 10 proc.). Już wtedy ze swoją pensją byli wśród wąskiego grona najlepiej zarabiających w Polsce. Teraz, ze swoimi prawie 17 tys. złotych wpadają do grona 2 proc. najbogatszych Polaków.

Są więc blisko najbogatszego 1 proc., symbolu nierówności dochodowych.

Ile Polaków zarabia powyżej średniej?

Z tych samych danych możemy się dowiedzieć, że poniżej średniego wynagrodzenia zarabia aż 66 proc. z nas.

Na ile dokładne są to dane, skoro nie obejmują wszystkich pracowników?

„Mamy zaskakująco mało danych mówiących wiarygodnie o zarobkach Polaków” – komentował dla OKO.press ekspert rynku pracy Łukasz Komuda. „Dane pomijają zwykle zatrudnionych pozaetatowo, szczegółowe opracowania pojawiają się rzadko, a do powstających w polskich instytucjach opracowań można mieć zawsze sporo zastrzeżeń. W efekcie polska debata ekonomiczna oraz polityka społeczna powstaje we mgle niepewności, domysłów i czasem sprzecznych danych”

Potwierdza to badanie SpotData dla „Pulsu Biznesu” z października 2019. Jego wyniki mogą się okazać szczególnie interesujące dla posłów, którzy głosowali za dużymi podwyżkami. Według tego badania ankietowego, powyżej średniego wynagrodzenia zarabia zaledwie 17 proc. Polaków. To również może być obarczone błędem, ale wskazuje nam, że najpewniej jest to odsetek mniejszy niż w badaniu GUS.

Jeżeli więc posłowie wyobrażają sobie, że średnie wynagrodzenie (od którego zarabiać będą teraz ponad trzy razy więcej) to kwota, którą zarabia większa część Polaków, to są w ogromnym błędzie.

Posłowie wolą równać do Europy, nie do Polaków

Posłowie zamiast do zarobków Polaków wolą się jednak porównywać do swoich kolegów w innych krajach. I na tym tle rzeczywiście nie wypadali zbyt dobrze.

Sprawdziliśmy stosunek pensji posłów do średniego wynagrodzenia w kilku krajach europejskich. Bierzemy tylko pod uwagę podstawową pensję, bez diet, które stanowią istotną część uposażenia polskich parlamentarzystów:

I znów musimy wrócić do wiosny 2018 roku. Przed ówczesną obniżką, polski współczynnik wynosił 2,2. Po niej, w 2020 roku – 1,6. Po podwyżce z 14 sierpnia pensja zasadnicza to ok. 2,5 raza więcej niż średnie wynagrodzenie. Nie odbiega to więc wcale od europejskich standardów. Pomijając więc już samą jej wysokość, problemem są dwie rzeczy.

Po pierwsze, dla posłów ważniejszym punktem odniesienia są pensje ich kolegów za granicą niż polskich pracowników.

Po drugie, trwa pierwsza od 1991 roku recesja w polskiej gospodarce, a bezrobocie ma w tym roku wzrosnąć o trzy punkty procentowe.

Rząd odmawia podwyżki płac w sferze budżetowej (około 550 tys. urzędników państwowych) na przyszły rok, jednocześnie podnosząc swoje zarobki o kilka tysięcy złotych, w pośpiechu i bez debaty - prawem kaduka.

Można inaczej

„Przez to, jaka jest atmosfera wokół zarobków polityków, nie ma dobrego momentu na wprowadzenie podwyżek. Zawsze znajdzie się powód, żeby tego nie robić. Jak jesteś politykiem, to nie możesz się skarżyć” – mówił nam też poseł opozycji.

Problem w tym, że w kilku miejscach na świecie uznano, że można to załatwić zupełnie inaczej.

I nie chodzi o to, że polscy posłowie powinni jeszcze bardziej obniżyć sobie pensje. Ale w ramach solidarności społecznej i współdzielenia się kosztami kryzysu mogliby chociaż powstrzymać się od podwyżek w tym roku.

Nawet jeśli poseł opozycji ma rację, mówiąc, że społeczny odbiór polityków jest taki, że nigdy nie ma dobrego momentu na podwyżki, to naszej klasie politycznej udało się wybrać moment najgorszy z możliwych.

Reakcje posłów opozycji

Barbara Nowacka z KO napisała na Facebooku:

„Poparliśmy podwyżki, gdyż uważamy, że zmiany systemowe w wynagradzaniu osób sprawujących funkcje publiczne są niezbędne. Kraj, w którym wiceminister finansów zarabia 7 tys. zł, a firmy mogą sobie kupić dowolnego posła czy radnego za 2 tys. zł miesięcznie, to kraj galopujący w stronę korupcji”.

W ten sposób daje fatalne świadectwo swoim koleżankom i kolegom z Sejmu oraz mimochodem opowiada o korupcji wśród posłanek i posłów.

Nie odnosi się natomiast do kryzysowego kontekstu podwyżek. We wpisie skarży się także na „wyzwiska i groźby”.

Izabela Leszczyna z KO w odpowiedzi na pytanie na Twitterze przyznała, że z pewnością jej wyborcy „odsądzają ją od czci i wiary” i we wpisie na blogu zamieściła sześciopunktowe wytłumaczenie swojej decyzji. Zakończyła znamiennym zdaniem: „Nie mam złudzeń i nie liczę na rozgrzeszenie".

Z kolei poseł Lewicy Maciej Gdula napisał:

Opozycyjni politycy (poza tymi, którzy zagłosowali przeciw: to Konfederacja, Razem, Zieloni, Kukiz’15, pojedynczy posłowie KO) albo chowają głowę w piasek, albo unikają odniesienia się do najważniejszego zarzutu: dlaczego podwyżki przeprowadza się w kryzysie i na szybko.

Udostępnij:

Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press. Autor książki "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022). W OKO.press pisze o gospodarce i polityce społecznej.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne