Prawa autorskie: Zbigniew WoniakZbigniew Woniak
15 września 2021

Postrzelił dziecko, bo myślał, że to dzik. Co roku kilka osób ginie z rąk myśliwych

Dyrektor szkoły polujący na Kaszubach postrzelił w nogę swojego 14-letniego ucznia. Myślał, że strzela do dzika. Tak samo jak dziesiątki innych myśliwych, którzy ranili lub zabili człowieka

Niedziela, 12 września 2021 roku, Załakowo w powiecie kartuskim. 60-letni Piotr L., dyrektor lokalnej szkoły podstawowej, wieloletni radny powiatu oraz podłowczy Koła Łowieckiego "Szarak" z Gdańska, zaplanował na ten wieczór odstrzał sanitarny dzików. Polował w pobliżu pola kukurydzy.

W tym samym czasie i w tym samym miejscu znalazł się 14-letni uczeń podstawówki w Załakowie. Jak wynika z informacji przekazanych przez Koło Łowieckie, był tam ze swoim ojcem.

Piotr L. tego nie wiedział. Usłyszał szmery w polu kukurydzy, miał też użyć noktowizora. Strzelił. Jak wyjaśniał później, myślał, że celuje do dzika. Zamiast dzika postrzelił własnego ucznia w nogę. Chłopiec został przetransportowany śmigłowcem do szpitala, a jego życiu na szczęście nie zagraża niebezpieczeństwo. Sam Piotr L. nie komentuje sprawy. W mediach wypowiedział się jednak Waldemar Rumiński, łowczy koła łowieckiego "Szarak", tłumacząc swojego kolegę.

"On już właściwie w tej chwili karę przechodzi i to karę psychiczną. To bardzo wrażliwy człowiek, społecznik, były radny. On ma traumę niesamowitą" - mówił w rozmowie z "Dziennikiem Bałtyckim". Tłumaczył też, że Piotr L. jest myśliwym z 35-letnim doświadczeniem, którego nigdy „palec nie swędział”.

Oświadczenie w sprawie wydał także Polski Związek Łowiecki. "Myśliwy, który oddał strzał do nierozpoznanego celu był trzeźwy, posiadał planowe pozwolenie na odstrzał sanitarny, oraz ważne pozwolenie na broń myśliwską" - czytamy w nim. "Okoliczności wypadku badają organy ścigania. Polski Związek Łowiecki zwrócił się do właściwego rzecznika dyscyplinarnego o podjęcie natychmiastowych działań, mających wyjaśnić to wydarzenie" - pisze PZŁ.

Policja zabezpieczyła broń i amunicję Piotra L. On sam nie został zatrzymany, ale sprawą już zajmuje się prokuratura w Kartuzach. Jak podał lokalny portal Express Kaszubski, kwalifikacja prawna sprawy będzie zależała od stanu zdrowia chłopca i charakteru odniesionych ran.

Imanali zginął od strzału z broni myśliwskiej

Sprawa z Załakowa niemal zbiegła się w czasie z rozpoczęciem procesu w sprawie zastrzelenia 16-latka w sadzie pod Opolem Lubelskim. Myśliwy, który zabił chłopaka, również myślał, że to dzik.

Do zastrzelenia Imanaliego z Kazachstanu doszło 1 listopada 2020 roku. Po godz. 20:00 chłopak z kolegami wymknął się z internatu zespołu szkół zawodowych w Kluczkowicach (woj. lubelskie) do pobliskiego sadu, by nazbierać jabłek. Chłopcy wiedzieli, że wychowawca im na to nie pozwoli, więc uciekli przez okno. W pewnym momencie do sadu wjechał samochód, a nastolatkowie ukryli się między drzewami.

Chwilę później padł strzał, a Imanali upadł na ziemię. Jego koledzy zaczęli krzyczeć, ale sprawca uciekł. Chłopak został przeniesiony do internatu, na miejsce wezwano karetkę. Nie udało się go uratować. Późniejsza sekcja wykazała, że obrażenia były rozległe: pocisk uszkodził nerkę, wątrobę i płuca. Miał rany na udzie i kolanie.

Imanali przyjechał do Polski w ramach wymiany uczniowskiej. Lubił programować, mówił po polsku i angielsku.

Myśliwy, który oddał strzał, to 51-letni Dariusz Ch. Jest byłym policjantem i rzecznikiem prasowym komendy policji w Opolu Lubelskim. Cierpi na zaburzenia związane z kontrolowaniem agresji, a za znęcanie się nad rodziną ma założoną Niebieską Kartę. Był czynnym członkiem Koła Łowieckiego nr 47 Bekas z Opola Lubelskiego. Towarzyszył mu kolega, 41-letni Marcin B., strażak ochotnik, kościelny i grabarz. Miał oświetlać teren i naganiać zwierzynę.

Pierwszemu z mężczyzn (nie przyznał się) grozi wyrok od ośmiu lat do dożywocia za zabójstwo ze skutkiem ewentualnym. Drugiemu (przyznał się) – do pięciu lat za nieudzielenie pomocy chłopcu i utrudnianie postępowania. W sądzie wyraził chęć dobrowolnego poddania się karze.

Kłusownik czy myśliwy?

PZŁ od tej sprawy się odcina. W oświadczeniu opublikowanym zaraz po zdarzeniu Związek pisze, że polowanie nie było zgłoszone i legalne. "Sprawca zdarzenia w momencie popełnienia czynu nie wykonywał polowania, lecz kłusował. Dodatkowo złamał wszelkie obowiązujące myśliwych zasady bezpieczeństwa, jak i normy etyczne. (...) Cała społeczność myśliwych jest niezwykle poruszona tą tragedią. Składamy wyrazy szczerego współczucia bliskim zmarłego chłopca. Podjęliśmy kroki, aby skontaktować się z jego rodziną w celu udzielenia wsparcia" - czytamy w stanowisku.

Lubelski Ruch Antyłowiecki informuje jednak, że PZŁ przez prawie rok, pomimo obietnic, nie skontaktował się z rodziną chłopaka w Kazachstanie. Jego babcię, panią Zejnekul, reprezentuje mec. Karolina Kuszlewicz. Wsparcie zaoferowała również Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot i stworzyła zbiórkę pieniędzy na koszty związane z procesem.

Proces ruszył 9 września w Sądzie Okręgowym w Lublinie.

"Pojechałem tam jako myśliwy, a nie kłusownik" – mówił w sądzie Dariusz Ch. "Dynamika sytuacji sprawiła, że nie wpisałem się do książki [ewidencji polowań - od aut.]. Przepraszam, że odjechałem. Kiedy zobaczyłem wstającą postać, doznałem szoku" - dodał. Wyjaśniał również, że cel wypatrzył jego kolega, Marcin B. "Krzyknął »dzik«, więc zatrzymałem samochód i oświetliłem teren. Zobaczyłem czarną plamę bez nóg. Też stwierdziłem, że to dzik. Byłem pewny na tysiąc procent. Ta plama wyglądała na tył odyńca. Nie ruszała się, a one tak czasem robią. Cel był jakieś 70 metrów ode mnie. Oddałem strzał. Wtedy obiekt stanął na dwie nogi. Marcin krzyknął »ku…a człowiek«” – słowa Dariusza Ch. przytacza "Dziennik Wschodni".

Oskarżony przyznał również, że uciekł z miejsca zdarzenia. Marcin B. opowiadał z kolei, że razem z Dariuszem planowali skłamać w sprawie polowania i mówić, że w sadzie szukali zaginionego psa.

Strzelanie bez opamiętania

"Będziemy walczyć o sprawiedliwy wyrok" - mówiła po rozprawie mec. Karolina Kuszlewicz. "Na terenie naszego kraju zostaje zabity 16-latek, czyli formalnie jeszcze dziecko. W miejscu, gdzie miał się czuć się najbezpieczniej, bo w pobliżu swojego internatu. Ta sprawa ma wymiar nie tylko prywatny, ale też społeczny. Pokazuje, jak dużym zagrożeniem może być używanie broni, na którą formalnie ludzie mają pozwolenie, ale nie mają żadnych kompetencji, by jej używać" - dodała prawniczka.

Na swojej stronie facebookowej W imieniu zwierząt i przyrody - głosem adwokatki napisała później: "Skoro tyle jest dramatycznych pomyłek z dzikiem - to może czas zakazać polowania na dziki? Albo czas nakazać natychmiastowe przeprowadzenie badań okulistycznych i psychologicznych wszystkich myśliwych? Dzisiejsze przepisy pozwalają wciąż na strzelanie do dzików w zasadzie bez opamiętania. A to powoduje, że gdy zdarza się tragiczny wypadek - zwykle słyszymy »pomyliłem z dzikiem«".

Sama, oprócz sprawy chłopaka z Kazachstanu, prowadzi również sprawę dotyczącą zabicia psa bronią myśliwską na Mazurach.

Myślał, że to dzik

Przykładów tragicznych "pomyłek" jest znacznie więcej.

W październiku 2016 roku pod wsią Mieścisko w Wielkopolsce w rowie znaleziono nieprzytomnego wędkarza. Pomimo prób reanimacji zmarł. Początkowo podejrzewano, że potrącił go samochód, jednak sekcja zwłok wykazała, że mężczyzna zginął od postrzału bronią myśliwską. Sprawcą okazał się 21-letni Jakub S., który usiłował ustrzelić sarnę. Kula trafiła jednak w przejeżdżającego rowerzystę.

Dwa lata później usłyszał wyrok: rok więzienia, grzywna 4 tys. zł i przepadek broni.

W lutym 2020 roku w Sądzie Rejonowym w Radomsku zakończyła się sprawa myśliwego za zabicie mężczyzny, którego miał pomylić z dzikiem. Polujący usłyszał wyrok: rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na 3 lata, kara grzywny oraz zapłata zadośćuczynienia dla rodziny ofiary. Do samej tragedii doszło rok wcześniej podczas polowania w miejscowości Strzała (woj. łódzkie, powiat radomszczański). Myśliwy po oddaniu strzału zszedł z ambony, by obejrzeć zwierzę. Zamiast dzika znalazł rannego człowieka. Pomimo prób reanimacji nie udało mu się pomóc.

W październiku 2020 roku zakończyła się sprawa myśliwego (i jednocześnie leśnika), który zabił chronionego prawem żubra. Również tłumaczył się pomyłką i wzięciem zwierzęcia za dzika. Po wystrzale znalazł zwierzę i wyciął jego tuszę. Sąd Rejonowy w Łobzie skazał go na miesiąc więzienia, 1,5 roku prac społecznych, a także grzywnę i nawiązkę w wysokości 13 tys. zł na Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

Inny przykład: w czerwcu 2021 w Elblągu zapadł wyrok dotyczący myśliwego, który podczas polowania w 2018 roku wziął swojego kolegę za dzika. Jak zeznawał, zauważył ciemną plamę idącą w jego kierunku. Strzelił, myśląc, że jego kolega odszedł znacznie dalej, a po ścieżce idzie dzik.

Kula trafiła w klatkę piersiową, rozerwała płuco i połamała żebra. Mężczyzna przeżył, ale ma niedowład prawej ręki. Sąd Rejonowy w Elblągu skazał myśliwego nieprawomocnym wyrokiem na rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata i 150 tys. zł zadośćuczynienia. Przez ten okres mężczyzna nie będzie mógł brać udziału w polowaniach.

120 tys. myśliwych, kilka ofiar rocznie

"Mamy zasady obowiązujące myśliwych w tym kraju. Jedną z nich jest to, że nie należy strzelać do celu, który jest nierozpoznany" - mówi prof. Henryk Okarma z Instytutu Ochrony Przyrody PAN, czynny myśliwy.

Na pytanie, co można by było zrobić, żeby do takich tragedii nie dochodziło, odpowiada: trzeba polegać na odpowiedzialności myśliwych. "Każdy myśliwy musi wiedzieć, jaką ma odpowiedzialność trzymając w ręku broń, czyli narzędzie potencjalnie śmiercionośne. Nie tylko dla zwierząt, ale i dla ludzi. Myśliwi powinni być do tego przygotowani. I są specjalnie przeszkoleni. Ja oceniam te tragiczne wypadki jako winę danego człowieka, spowodowaną niecierpliwością czy brakiem roztropności. I takie wypadki, brutalnie mówiąc, będą się niestety zdarzać. Myśliwymi jest ponad 120 tys. osób. Wśród tak wielu osób mamy normalny przekrój zachowań, jak w każdej grupie zawodowej. Są więc też ludzie, którzy za wcześnie podejmują decyzje albo są niecierpliwi. Ja osobiście takich rzeczy nie popieram i jeśli nie wiem z pewnością, w co celuję, to po prostu nie strzelam" - dodaje.

Wylicza jednak, że statystycznie wypadki zdarzają się rzadko.

Nie zgadza się z tym Tomasz Zdrojewski z Koalicji Niech Żyją! "Skala tych tragicznych zdarzeń jest poważna" - podkreśla.

„Co roku w wyniku postrzeleń z broni myśliwskiej ginie kilka osób, a kilkanaście do nawet kilkudziesięciu zostaje rannych. Tymczasem myśliwi nie przeszli dotąd uzupełniających okresowych badań psychologicznych i okulistycznych.

Obowiązek ten nowe prawo łowieckie każe im spełnić dopiero w 2023 roku, pięć lat po wejściu w życie przepisu. To stanowczo za późno. Tak długi i nieuzasadniony okres karencji skutkuje bowiem poważnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa publicznego i ryzykiem kolejnych ofiar, dlatego należy go pilnie skrócić" - dodaje.

Zaznacza również, że zdecydowana większość polskich polujących to osoby, które nie zostały przebadane od wielu lat. Często nawet kilkudziesięciu, bo średnia wieku członków PZŁ to 52 lata.

Myśliwi idą do TK

"Skandaliczne przy tym jest to, że mimo wydarzających się ludzkich tragedii, a w ostatnich dniach postrzelenia kolejnego dziecka, myśliwi skarżą do Trybunału Konstytucyjnego przepis dotyczący tych badań i jeszcze tym publicznie się chwalą. To pokaz arogancji i bezduszności." - podkreśla Zdrojewski.

Zarzuty myśliwych dotyczące obowiązku badań okresowych cytuje Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot: "Skarżący - jak tłumaczą - dostrzegają »zagrożenia płynące z narzucania myśliwym obowiązku przechodzenia badań okresowych«, dlatego też podjęli działania, mające naprawić wadliwą (ich zdaniem niekonstytucyjną) »procedurę przeprowadzania badań, która to stanowi zagrożenie wobec wszystkich posiadaczy broni i osób w przyszłości ubiegających się o pozwolenie na broń«".

Testy pomogą?

Prof. Henryk Okarma uważa, że testy nie rozwiążą problemu. "Badania nie pomogą, jeśli myśliwi nie będą zachowywać się odpowiedzialnie" - mówi.

Zdaniem Koalicji Niech Żyją! badania okulistyczne i psychologiczne to pierwszy i najważniejszy krok do zwiększenia bezpieczeństwa podczas polowań. Powstała nawet petycja w tej sprawie.

"Dzięki badaniom będzie można wyeliminować z grona myśliwych osoby o słabszym wzroku i te z problemami natury psychologicznej, jak skłonność do agresji, złej oceny sytuacji, czy uzależnione od substancji psychoaktywnych." - wymienia Tomasz Zdrojewski. Jak dodaje, najczęstszą przyczyną tych wypadków jest strzelanie do nierozpoznanego celu, brak ostrożności i umiejętności obchodzenia się z bronią, nieznajomość lub naruszenie podstawowych zasad regulaminu. "Na polowaniach działa adrenalina, pokusa naciśnięcia spustu przy słabej widoczności, po zmierzchu, a nawet w nocy. Jednocześnie myśliwi są największą w kraju cywilną grupą użytkowników broni, użytkując ją w przestrzeni publicznej, w lasach, na łąkach i na polach, dlatego to właśnie szczególnie oni powinni przestrzegać zasad bezpieczeństwa i przechodzić badania" - tłumaczy.

Dodatkowym problemem, jak wskazuje Zdrojewski, jest niezgłaszanie do publicznej wiadomości polowań przez koła łowieckie mimo takiego obowiązku. Często myśliwi nieprawidłowo oznaczają teren polowania zbiorowego. Specjalne tablice ostrzegawcze powinny być ustawione na 24 godziny przed nim. Polowań indywidualnych jednak ten obowiązek nie dotyczy. Wszyscy myśliwi natomiast muszą wpisywać się do książki ewidencji polowań, do której każdy obywatel ma wgląd. "Często zawodzi jednak system i brak kontroli" - podkreśla Tomasz Zdrojewski.

Koalicja Niech Żyją! współpracowała z Partią Razem przy tworzeniu stanowiska dotyczącego koniecznych zmian w łowiectwie. Na liście reform znalazło się m.in. ustalenie odległości wynoszącej 500 metrów od zabudowań mieszkalnych jako minimalnej odległości przeprowadzenia polowania, delegalizacja polowań zbiorowych i lepszy nadzór nad myśliwymi. W stanowisku napisano również, że mieszkańcy nie powinny być karani za "przeszkadzanie" w polowaniach. Czytamy w nim: "Prawo myśliwego do polowania nie może być nadrzędne wobec prawa obywateli do korzystania z lasów, łąk i jezior będących własnością społeczną".

Udostępnij:

Katarzyna Kojzar

Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne