“Wyborcza” opublikowała nagranie rozmów policjantów śledzących Obywateli RP i Ryszarda Petru w trakcie manifestacji pod Sejmem. Policja tłumaczy, że chodziło o zapewnienie bezpieczeństwa i miała do tego prawo. Ale czy mają też prawo do tropienia ich na co dzień? Prawnicy mają wątpliwości

Policjanci chodzili za członkami Obywateli RP i Ryszardem Petru, przewodniczącym Nowoczesnej, podczas manifestacji przed Sejmem 21 lipca 2017 – ujawniła “Wyborcza”.

Tamtego dnia Senat debatował nad ustawą o Sądzie Najwyższym. Uchwalił ją ostatecznie o godzinie drugiej nad ranem (22 lipca). Wokół Sejmu zgromadziło się kilka tysięcy ludzi. Podobnie jak w poprzednich dniach – część protestujących próbowała uniemożliwić senatorom wyjazd, blokując drogi.

Na opublikowanym przez “Wyborczą” nagraniu słychać, jak policjanci informują się nawzajem o miejscu, w którym przebywają lider Nowoczesnej Ryszard Petru oraz Wojciech Kinasiewicz i Tadeusz Jakrzewski, członkowie Obywateli RP. Np.: “Pytanie moje, pan Petru wyszedł z restauracji Wiejska 13. Teraz jest kwestia, czy go pilnujemy dalej? Idzie w stronę pl. Trzech Krzyży. Czy odpuszczamy?”

– „Słuchaj, pilnujemy go. I tam jak tutaj – jak Kinasiewicz wejdzie do auta swojego, wiesz, to też krótko pojedziemy za nim”.

Nowoczesna: to przekroczenie uprawnień. List do Szydło i do Policji

Nowoczesna zapowiada złożenie zawiadomienia do prokuratury o przekroczenie uprawnień przez policjantów śledzących Ryszarda Petru. Zasiadający w sejmowej komisji ds. służb specjalnych Adam Szłapka (.N) zapowiada: “Będziemy składać interpelacje poselskie, zamierzam też wykorzystać swoją obecność w tej komisji” – mówił OKO.press.

Sam Petru wysłał list do premier Beaty Szydło, w którym pyta m.in.

  • od kiedy trwa obserwacja jego lub innych członków Nowoczesnej?
  • czy trwa ona nadal?
  • kto ją zlecił?
  • czy jest prowadzone dochodzenie w jego sprawie?
  • czy do śledzenia go używano innych środków, np. lokalizacji GPS, podsłuchu, pobierania treści SMS?

Podobne pytania – w tym o wykaz innych inwigilowanych działaczy opozycji – posłowie PO zadali Komendantowi Głównemu Policji.

Zarówno Ryszard Petru, jak i Obywatele RP, mogą też złożyć zażalenie na sposób prowadzenia policyjnej obserwacji. Muszą się jednak liczyć z tym, że rozpatrzy je prokuratura.

Policja: żeby było bezpieczniej

Stołeczna Komenda Policji w odpowiedzi na publikację “Wyborczej” tłumaczy, że Ryszarda Petru i Obywateli RP śledziła dla ich bezpieczeństwa:

“Policjanci zabezpieczający teren przyległy do Parlamentu RP, gdzie w ostatnim czasie miały miejsce liczne manifestacje, dokładali wszelkich możliwych starań,

aby osoby uczestniczące w zgromadzeniach mogły w poczuciu bezpieczeństwa wyrażać swoje poglądy, aby bezpiecznie czuły się osoby postronne, a także parlamentarzyści, którzy często poruszali się w tym rejonie pieszo”.

Dodatkowo policja twierdzi, że chciała zapobiec zapowiadanemu przez Obywateli RP łamaniu prawa, czyli przedostawaniu się na teren Sejmu wbrew zakazowi wydanemu przez Marszałka. “Pamiętajmy także, że przedstawiciele Obywateli RP podczas prowadzonego przez policję zabezpieczenia deklarowali, że podejmowane przez nich działania mogą naruszać obowiązujący porządek prawny.

Obserwacja osób, które świadomie oświadczają, że będą łamać prawo jest standardowym działaniem policji”.

Art. 14 ustawy o Policji

Stołeczna Komenda za podstawę tych działań podała art. 14 ustawy o policji, według którego może ona “wykonywać czynności operacyjno-rozpoznawcze, dochodzeniowo-śledcze i administracyjno-porządkowe” m.in. w celu “rozpoznawania, zapobiegania i wykrywania przestępstw i wykroczeń”.

Czy przy tak zakreślonych kompetencjach policji można w ogóle stwierdzić, kiedy przekracza ona swoje uprawnienia?

“To, że przesłanki są tak szerokie sprawia, że nawet zwykła obserwacja może być prowadzona z powołaniem się na dwa zupełnie różne uzasadnienia – ochronę bezpieczeństwa osoby obserwowanej albo ochronę innych osób przed potencjalnymi działaniami osoby obserwowanej” – zauważa mecenas Małgorzata Mączka-Pacholak, wiceprzewodnicząca Komisji Praw Człowieka przy Naczelnej Radzie Adwokackiej.

Zdaniem Wojciecha Klickiego, prawnika z fundacji Panoptykon, policja mogła naruszyć nawet tak ogólnie sformułowane uprawnienia. “Legalność działań opisanych przez “Wyborczą” budzi moje wątpliwości. Zwłaszcza, kiedy mowa o zapewnieniu bezpieczeństwa politykowi.

Moim zdaniem nie jest dopuszczalne śledzenie kogoś bez jego wiedzy i zgody, aby zapewnić mu bezpieczeństwo.

Idąc dalej tym tokiem rozumowania można by powiedzieć, że policja po cichu powinna chodzić za każdym, komu ktoś groził w internecie, w tym np. za Jarosławem Kaczyńskim.

W tym przypadku jest jasne, że celem policji nie było bezpieczeństwo śledzonych, tylko kontrola” – mówi Klicki w rozmowie z OKO.press.

Potrzebna niezależna kontrola

Klicki zwraca uwagę, że niepokojący jest nie tylko fakt inwigilowania uczestników zgromadzeń czy polityków, ale także brak mechanizmów kontroli nad inwigilacją.

Osoba śledzona czy podsłuchiwana nie ma możliwości dowiedzieć się, czy służby są nią zainteresowane oraz jakie materiały o niej zgromadziły.

Wyjątkiem jest sytuacja, w której takie materiały stają się podstawą do postawienia inwigilowanemu zarzutów prokuratorskich – wtedy oskarżony może mieć wgląd w akta sprawy.

Ten problem nie jest nowy. Fundacja Panoptykon walczyła o zwiększenie transparentności działań policji i służb także za poprzednich rządów. W 2016 roku podczas tzw. audytu rządu PO-PSL, Mariusz Kamiński, koordynator ds. służb specjalnych, zapowiadał w Sejmie złożenie do prokuratury zawiadomień m.in. w sprawie inwigilowania uczestników zgromadzeń „Solidarności”, słuchaczy Radia Maryja, środowisk “obrońców życia” i “obrońców krzyża”.

O szczegóły tych postępowań zwrócił się do Kamińskiego oraz Prokuratury Generalnej Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich. Mimo wielokrotnych starań nie dostał jednak odpowiedzi.

Rząd PiS przyjął we wtorek (25 lipca) ustawę o Biurze Nadzoru Wewnętrznego, które będzie nadzorować służby, ale będzie ono służyć raczej kontroli politycznej niż obywatelskiej. Daje Mariuszowi Błaszczakowi, szefowi MSWiA, dostęp do materiałów gromadzonych przez policję, straż graniczną czy Biuro Ochrony Rządu. Tymczasem, zdaniem zarówno fundacji Panoptykon, jak i RPO, potrzebne jest stworzenie organu kontroli nad służbami niezależnego od polityków.

Śledzą nas i podsłuchują nie tylko pod Sejmem

W rozmowach z OKO.press Obywatele RP przyznają, że śledzenie przez policję to dla nich nie pierwszyzna. Swoje nazwiska słyszeli w komunikatach nadawanych przez policyjne radiostacje podczas miesięcznic smoleńskich i protestów pod Sejmem po 16 grudnia 2016 roku. Ale to nie wszystko.

“Od jakiegoś czasu to, że jesteśmy obserwowani było już oczywiste. Chodzili za nami nieumundurowanymi dwójkami.

Ostatni taki przykład sprzed kilku dni – szedłem do biura prawnego na Powiślu, za mną cały czas szła dziewczyna. To nie miało nic wspólnego z zabezpieczaniem zgromadzeń. Innym razem szóstka umundurowanych policjantów weszła za nami do tramwaju” – opowiada OKO.press Tadeusz Jakrzewski.

Z kolei wczoraj (26 lipca) policyjny radiowóz stanął przed domem lidera Obywateli, Pawła Kasprzaka.

“16 grudnia nawet jak wchodziłem do tojtojki, słyszałem: o, Kinasiewicz przyszedł. Kiedy odjeżdżałem samochodem, jechali za mną kawałek” – wspomina Wojciech Kinasiewicz.

O tym, że policja śledzi auta protestujących na miesięcznicach smoleńskich, pisaliśmy w OKO.press już w maju. Policjanci zatrzymali wtedy Obywateli Solidarnie w Akcji wiozących nagłośnienie na kontrmanifestację pod pretekstem kontroli drogowej.

Obywatele RP podejrzewają też, że są podsłuchiwani. Nie mają na to dowodów, a jedynie poszlaki.

“Kiedy umówiliśmy się przez telefon na spotkanie w kawiarni, na miejscu była już policja” – wspomina Kinasiewicz.

Policjanci uprzedzają też akcje Obywateli. Kiedy na czerwcową blokadę marszu smoleńskiego przynieśli łańcuch, którym chcieli się obwiązać, policjanci mieli już przygotowane nożyce do cięcia metalu.

Dlaczego wcześniej nie nagłaśniali tej sprawy, nie składali oficjalnych skarg? “Może dlatego, że jesteśmy przyzwyczajeni do zachowania policji jeszcze z lat 80. Poza tym – nie mamy nic do ukrycia, nie robimy niczego złego. Na propozycje ludzi, żeby zainstalować WhatsApp’a czy Messengera mówimy: „nie”.

To by pogłębiło paranoję, tych którzy nas obserwują, uznaliby, że faktycznie robimy coś nielegalnego.

Jak mamy ustalić, co robimy 10-tego na Krakowskim Przedmieściu – siadamy i piszemy sobie na kartkach” – tłumaczy Jakrzewski.


Pomóż nam prowadzić śledztwa dziennikarskie


Popularne:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym