Mateusz Morawiecki ma na koncie sporo realnych osiągnięć fiskalnych, ale równie wiele groźnych pomysłów. Wszystkie pod grubą warstwą marketingowego pudru. Skrajny konserwatyzm łączy z bezgraniczną wiarą w rynki finansowe. Jak zostanie szefem rządu, część elektoratu PiS może przyjąć go źle

„Ta czwarta rewolucja przemysłowa, IV RP ma szanse być większą rewolucją jeszcze niż pierwsza, druga rewolucja przemysłowa, artificial intelligence, Internet of things, ale również circular economy, gospodarka w obiegu zamkniętym, sharing economy, gospodarka współdzielenia…” – mówił Mateusz Morawiecki na debacie zorganizowanej przez Akademię Leona Koźmińskiego.

Morawiecki uwielbia angielskie słówka i korporacyjne buzzwordy. Nic dziwnego, to m.in. dzięki nim udało mu się rozwinąć karierę w bankowości.

„Ówczesny minister skarbu sondował nas, czy dolnośląska AWS nie ma kogoś, kto mógłby wejść do rady nadzorczej Banku Zachodniego” – mówił wrocławskiej „Gazecie Wyborczej” europoseł PiS Ryszard Czarnecki. Morawiecki był jego współpracownikiem w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej. Pracę dostał dzięki rekomendacji ojca. Jednocześnie był radnym sejmiku dolnośląskiego z AWS (miejsce na liście też miał dostać z rekomendacji ojca). „Można powiedzieć, że mieliśmy dobrą rękę. Bo gdy w 1999 roku bank przejęli Irlandczycy z AIB, okazało się, że jest jedynym członkiem rady, który biegle mówi po angielsku. Chcieli mieć w zarządzie kogoś spoza politycznych układów, to wzięli Mateusza”.

To ostatnie brzmi zaskakująco, bo jak widać do bankowości Morawiecki wszedł właśnie jako polityk i syn znanego polityka. W 2015 historia zatoczyła koło i z bankowości Morawiecki wrócił do polityki. Złośliwi nazwaliby to gospodarką w obiegu zamkniętym, circular economy.

Dzięki doświadczeniu z sektora finansowego Morawiecki może budować swoją pozycję polityczną na wizerunku eksperta. To robi wrażenie na części wyborców PiS, ale nie tylko na nich. Te same cechy utrudniają mu jednak możliwość pozyskania sympatii elektoratu ludowego, na którym bazuje partia rządząca. To nie jedyny problem: dorobek Morawieckiego w ministerstwie rozwoju jest równie ambiwalentny jak jego wizerunek.

OKO.press sprawdza, czy po premierze Morawieckim możemy spodziewać się naprawdę dobrej zmiany.

Uszczelnianie

Minister Morawiecki ma na koncie realne osiągnięcia. Najważniejsze z nich to częściowa zmiana podejścia rządu do podatków. Dotychczas zwłaszcza podatki płacone przez przedsiębiorców były traktowane przez rządzących jak konieczne, ale ciężkie do uzasadnienia zło. Dopiero niedawno zaczęły być traktowane z większym szacunkiem – bez nich trudno budować sprawne państwo i przedstawić wyborcom jakąkolwiek wiarygodną wizję modernizacji kraju. Zmianę w myśleniu dało się już zaobserwować pod koniec rządów PO, ale Morawiecki bez wątpienia nadał temu procesowi impet. Znalazł też doskonałe pole do tego, by się wykazać – podatek VAT.

Luka podatkowa w VAT – to różnica między możliwymi do osiągnięcia a rzeczywistymi wpływami z VAT do budżetu państwa. W Polsce jest ona wysoka: według danych opublikowanych przez Komisję Europejską w 2014 roku wynosiła 9,3 mld euro. Ministerstwo rozwoju podjęło szereg działań, które mają ją zniwelować.

  • Zobacz, co zrobiono by zmniejszyć lukę w VAT

    • tzw. odwrócony VAT w budownictwie;
    • bezpośrednie rozliczenia w gotówce ograniczono do 15 tys. zł (przedtem do 15 tys. euro);
    • monitoring przewozów (elektroniczny nadzór nad przewozem towarów wrażliwych);
    • lepsza weryfikacja podmiotów zgłaszających się do rejestru VAT (eliminacja ewentualnych „słupów”);
    • wprowadzenie Jednolitego Pliku Kontrolnego w małych, średnich i dużych firmach; mikroprzedsiębiorstwa będą objęte JPK od 2018 roku.
    • zmiana zasad przyspieszonego, 25-dniowego, terminu zwrotu podatku VAT;
    • zaostrzenie kar za wystawianie fikcyjnych faktur (to akurat inicjatywa ministerstwa sprawiedliwości, ale korespondująca z działaniami ministerstwa rozwoju)

Niektóre z tych zmian są kontynuacją polityki z końcówki rządów PO, inne to autorskie pomysły PiS. W 2017 roku zaczęły przynosić efekt. Z oceną trzeba się wstrzymać do końca roku, ale np. PWC szacuje, że luka w VAT zmniejszy się o ok. 13 mld zł.

Nie wszystko idzie gładko, bo np. tworzenie Krajowej Administracji Skarbowej odbywa się kosztem chaosu i łamania praw pracowniczych. Ale ogólny kierunek jest korzystny: w 2018 dojdą jeszcze spodziewane efekty zmian w CIT i PIT przyjętych przez sejm w październiku 2017 roku oraz Jednolitego Pliku Kontrolnego w mikroprzedsiębiorstwach. Możliwości finansowe państwa powinny się zauważalnie zwiększyć.

Na tym jednak się skończy, bo zasadnicze zmiany w systemie podatkowym przekraczają wyobraźnię ministra. To właśnie Morawiecki zablokował jednolity podatek łączący PIT i ZUS. Zmiany miały służyć mniej i przeciętnie zarabiającym – wszystkim tym, którzy w tej chwili ponoszą nieproporcjonalnie duży ciężar utrzymania państwa. Zmiana pozwoliłaby zniwelować bardzo niepokojący wzrost rozwarstwienia dochodowego w Polsce (niebezpiecznie zbliżamy się do poziomu z lat 30.) Jak wskazują krytycy Morawieckiego, nawet w strategicznych planach ministerstwa próżno szukać odpowiedzi na ten problem. Pogodzenie polityki społecznej i wyrównywania szans z rozwojem gospodarczym postrzega jak „kwadraturę koła”, którą trzeba rozwiązać („To widoczne napięcie między naszymi aspiracjami, ambicjami wejścia do pierwszej ligi europejskiej, a potrzebami społecznymi, jest naszym wielkim wyzwaniem”). To klasyczna wizja, w której o polityce społecznej myśli się częściej jak o  – nie zawsze koniecznym, ale zawsze uciążliwym – wydatku, a rzadziej jak o społecznym zysku.

Narodowy kapitalizm za pieniądze emerytów

O ile z uszczelnianiem sytemu minister radzi sobie nieźle, to niektóre inne pomysły ministra można – w zależności od stopnia naszej życzliwości – określić jako dziwne, niepokojące lub groźne. Do tych ostatnich można zaliczyć Program Budowy Kapitału, który poza „zwiększeniem bezpieczeństwa finansowego Polaków” ma również zapewnić „rozwój lokalnego rynku kapitałowego i podniesienie potencjału rozwoju gospodarki”. Brzmi pięknie, ale jest jeden kłopot: źródłem kapitału mają być składki emerytalne.

Program zakłada bowiem zmiany w systemie emerytalnym. 75 proc. aktywów OFE ma trafić na Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego (IKZE). Pozostałe 25 proc. trafi do Funduszu Rezerwy Demograficznej, którym będzie zarządzać Polski Fundusz Rozwoju – państwowa instytucja finansowa.

Inną zmianą ma być stworzenie pracowniczych planów kapitałowych (PPK) opartych na dodatkowej składce odprowadzanej od pensji. Pomysł na PPK jest, delikatnie mówiąc, kontrowersyjny: pracownicy zostaną obarczeni nową składką, a funduszami docelowo będą zarządzać – i inkasować za to prowizję – prywatne instytucje finansowe.

Pomysłom Morawieckiego ostro sprzeciwia się Elżbieta Rafalska, jedna z nielicznych postaci w rządzie Beaty Szydło, którą można ocenić dobrze.

Tymczasem Morawiecki zachowuje się jak szef banku, który chcąc zwiększyć kapitał własny swojej instytucji – obciąża klientów dodatkowymi opłatami, licząc na to, że większość nawet nie zauważy, ile co miesiąc ubywa im z konta. Jednak obywatele to nie klienci i przekonanie ludzi do tego pomysłu będzie wymagać dużego talentu politycznego i daru perswazji. A z tym wcale nie jest u Morawieckiego tak dobrze.

Mistrz marketingu się gubi

Praktyczne doświadczenie polityczne Morawieckiego jest niewielkie. Nie przemawiał na wiecach, nie rozdawał ulotek, w jedynych wyborach startował dwadzieścia lat temu. Dopóki wszystko idzie zgodnie z planem przygotowanej zawczasu korporacyjnej prezentacji, Morawiecki radzi sobie świetnie: Polska jest na dobrej ścieżce, wskaźniki rosną, a Wiadomości TVP mają co pokazywać w swoich materiałach. Gorzej, gdy okoliczności zmuszają ministra do interakcji z ludźmi, którzy już tak przewidywalni nie są. Morawieckiemu wyraźnie brakuje umiejętności Beaty Szydło.

„To troszkę tak, jakby się pan mnie zapytał, że w tamtej drukarce brakuje papieru i czy ja pojadę kupić ten papier” – wypalił Morawiecki, gdy Fakty TVN pytały go o brak środków na pomoc rodzinie dziecka chorującego na białaczkę. Problem był systemowy, więc odpowiedź ministra była trudna do obrony nawet merytorycznie. A politycznie była po prostu monstrualną wpadką.

„Mamy, które samotnie wychowują dzieci, to nasze ciche bohaterki” – powiedział Morawiecki na wspólnej konferencji z ks. Stryczkiem. Można bez trudu przewidzieć, jaką reakcję wywołają takie słowa, gdy samodzielne matki biednieją, bo omija je 500 plus, a kryterium dochodowe dające prawo do świadczenia alimentacyjnego nie były podnoszone od dziewięciu lat. „W dupie mam takie bycie matką bohaterką” – napisała pod naszym tekstem czytelniczka.

Morawiecki nie radzi sobie też przyciśnięty do muru przez dziennikarzy. Głośny był jego wywiad dla telewizji Deutsche Welle, w którym prowadzący zadawał pytania w bardziej konkretny i nieustępliwy sposób niż pracownicy TVP, z którymi minister zwykle ma do czynienia. Morawiecki wypadł kompromitująco: gubił się, mylił fakty i nie najlepszą angielszczyzną rozpaczliwie atakował „tego lewicowca Bodnara”, który niesprawiedliwie wytyka rządowi łamanie standardów demokratycznych, bo jest „politycznie skażony”. Ten wywiad daje zresztą wgląd w rzeczywiste poglądy Morawieckiego: całkiem typowej w kręgach ultrakonserwatywnej prawicy wizji niewinnej i bohaterskiej Polski gnębionej przez europejskie lewactwo.

W bankierze jest Polak

Sporej części wyborców PiS może nie się podobać, że Morawiecki jest technokratą związanym z sektorem Bankowym. Trudno im się dziwić, zważywszy np. na entuzjazm ministra wobec dla planów budowy w Polsce jednego z centrów banku JP Morgan Chase (instytucja finansowa o bardzo złej reputacji) lub inwestycji Daimlera (rząd obiecał dofinansować niemiecką firmę na kwotę 81 mln zł). Zdarzeniem z podobnego porządku było gorące przyjęcie jakie biznes zgotował Morawieckiemu na Forum Ekonomicznym w Krynicy: minister obiecał rozszerzenie działania Specjalnych Stref Ekonomicznych (państwo będzie mogło dotować biznes na terenie całego kraju). To wszystko może budzić niepokój ludowego elektoratu PiS, nawet jeśli zasadniczo przekonuje ich wizja modernizacji jaką proponuje Morawiecki.

Minister próbuje zniwelować dystans – z jakim podchodzi do niego część sympatyków rządu – podkreślając swój głęboki patriotyzm. Niekiedy uderza przy tym w nacjonalistyczne tony. To Morawiecki był jednym z pierwszych ministrów, którzy rzucili się do obrony Marszu Niepodległości w 2017 roku, gdy jego faszystowskie elementy wzbudziły większe nich dotychczas poruszenie.

„Widziałem wielki marsz, który był bardzo pięknym, niepodległościowym marszem” – stwierdził. Przekonywał, że rasistowskie hasła wznoszone podczas marszu to pozbawiony znaczenia margines. „Apeluję do wszystkich, którzy »robią z igły widły« i dmuchają ten balon, żeby tak nie robić”.

Podobny charakter miało jego oświadczenie, że „instytut Yad Vashem powinien docenić odwagę Polaków i cały naród polski powinien mieć jedno wielkie drzewo Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata”. Historia o narodzie masowo pomagającym Żydom w czasie wojny jest całkowicie niezgodna z faktami, ale świetnie pasuje do nacjonalistycznego obrazu nieodmiennie, wiecznie dzielnych i niewinnych Polaków.

Wolny czas również poświęca ojczyźnie. Pytany przez serwis 300polityka o aktualne lektury odpowiada, że ponownie czyta „Za murami Pawiaka” i zaczął właśnie „Rozstrzelać Polaków” o akcji polskiej NKWD. Nawet nalewki Morawiecki pija polskie, choć niekiedy się powstrzymuje. „Mam okresy w roku, kiedy podpisuję sam ze sobą krucjatę i nie piję alkoholu, jak np. w okresie wspomnienia Powstania Warszawskiego nie piję przez 63 dni” – mówi. Nic w tym złego oczywiście, ale trudno spodziewać się, że taki premier powściągnie antykomunistyczne szaleństwa IPN lub barbarzyńskie niszczenie Muzeum II Wojny Światowej.

Kościół, Tradycja, Modernizacja

Jarosław Kaczyński rzadko zdradza, jaką Polskę właściwie chciałby zbudować, gdy już pozbędzie się wszystkich układów, szarych sieci i zgubnego wpływu antypolskich elit. Z tego, co niekiedy wspomina, rysuje się obraz bliski fantastycznej polskiej Bawarii, w której tradycyjny i pobożny naród jeździ na msze szybkimi, lśniącymi samochodami – najlepiej ubrany w stroje ludowe. To naiwna wizja konserwatywnej modernizacji, w której wszyscy się bogacą, ale nikt nie zadaje zbędnych pytań: o prawa kobiet i mniejszości etnicznych, przemoc domową czy zachłanność Kościoła albo wielkiego biznesu.

Morawiecki pasuje do tej wizji idealnie. Jest finansistą i technokratą, który hołduje bardzo konserwatywnym wartościom. Kłopot polega na tym, że zarówno część polityków PiS jak i spory odsetek wyborców nie będzie koniecznie podzielać entuzjazmu Kaczyńskiego dla tej kandydatury. Politycy z oczywistych względów: Morawiecki jest z zewnątrz, w PiS-ie jest od niedawna, przychodzi na gotowe i od razu zgarnia główną nagrodę. Wyborców PiS może z kolei odstręczać elitaryzm i drętwota Morawieckiego, jego sznyt człowieka wielkiego biznesu. Na tej nominacji PiS niewiele może zyskać, a bardzo wiele może stracić.



Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym