Prof. Ewa Łętowska namawia sądy powszechne do pośredniej kontroli konstytucyjności. Ostrzega przed rządzącymi, którzy wprowadzają demokrację "dla swoich" i dążą do pełnej centralizacji władzy. Ale wytyka też środowiskom sędziowskim grzech arogancji i korporacjonizmu. Wielką winę III RP widzi w tym, że demokracja oderwała się od sprawiedliwości społecznej

Profesor Ewa Łętowska, jeden z największych autorytetów prawnych, pierwsza polska rzecznik praw obywatelskich (1987–1992), sędzia NSA (1999-2002) i Trybunału Konstytucyjnego (2002-2011), analizuje sytuację po przegranej batalii o Trybunał Konstytucyjny:

  • opowiada się za pośrednią kontrolą konstytucyjności przez sądy powszechne i administracyjne i dziwi się, że Sąd Najwyższy sam nie zastosował się niedawno do tej zasady;
  • głos sędziów, choć nie są rewolucjonistami, brzmi mocno;
  • uważa, że nie było szans na wygranie batalii o niezależny Trybunał Konstytucyjny;
  • obecny TK utracił rzecz dla prawników bezcenną – całą powagę;
  • koncentracja władzy jest traktowana przez obecną władzę jako polityczny ideał, co przywodzi na myśl Konstytucję z 1952 roku;
  • wprowadzana jest demokracja oktrojowana i wykluczająca, „dla swoich”;
  • zarzut obrony koryta jest haniebny, ale środowisko sędziowskie grzeszyło arogancją i korporacjonizmem;
  • wielką winą (m.in. prawników) było niezakorzenienie demokracji w sprawiedliwości społecznej, w efekcie…
  • zabrakło szerokiej społecznej aprobaty dla państwa prawa.

A jeśli takiej aprobaty nie ma, sytuacja jest niezdrowa i prowadzić może do tego, że jak się pojawi zręczny populista autorytet instytucji pada jak domek z kart.

Poniżej skrót wywiadu z sędzią Ewą Łętowską, jaki ukazał się w magazynie „Pokój adwokacki”. Rozmawiała adwokat Joanna Parafianowicz. Skróty i śródtytuły od redakcji OKO.press

Trybunał Konstytucyjny nie może być zastąpiony Sądem Najwyższym

Trybunał zajmować się ma wykonywaniem skoncentrowanej kontroli konstytucyjności aktów prawnych, które byłyby w sposób władczy eliminowane z obrotu prawnego. Żaden sąd nie ma takich kompetencji, także i Sąd Najwyższy. Sądy, przy wykonywaniu funkcji orzeczniczych, mogą jedynie wykorzystywać Konstytucję, najczęściej współstosując ją w celach interpretacyjnych. Mogą też zgłosić wątpliwość konstytucyjną w postaci pytania prawnego do Trybunału Konstytucyjnego.

Nie dalej jak dwa miesiące temu Izba Cywilna Sądu Najwyższego zwróciła się z bodaj dwoma takimi zapytaniami. Swoją drogą, nie jestem przekonana do słuszności takiego kroku. Skoro nie można liczyć na szybkie rozpoznanie sprawy, po co zadawać pytanie?

Dlaczego SN samodzielnie nie pogłębił interpretacji i w ramach własnych możliwości intelektualnych nie rozstrzygnie wątpliwości? Pytanie prawne skierowane do organu, który nie jest w stanie udzielić na nie odpowiedzi w dającym się przewidzieć terminie, jest kontrproduktywne.

Co tu namawiać inne sądy do bezpośredniego stosowania Konstytucji, gdy sam SN powątpiewa w swoje możliwości?

Oczywiście, lepiej zapytać, niż samemu błądzić, ale gdzie jak gdzie, ale w SN oczekiwać można byłoby większej samoświadomości konstytucyjnej.

Sądy mogą odmówić stosowania ustawy i odwołać się do Konstytucji

Od zawsze stałam na stanowisku (mam dowody na piśmie), że sądy powszechne i administracyjne mogą w wyjątkowych wypadkach i działając rozważnie, odmówić w konkretnej sprawie stosowania ustawy lub innego aktu normatywnego, który uznają za niezgodny z Konstytucją. Skoro zaś mogą to robić sądy powszechne, to tym bardziej jest do tego uprawniony Sąd Najwyższy. Niejasne jest zatem z jakiego powodu ledwie dwa miesiące temu istniała potrzeba skierowania zapytania.

Nie chcę stawiać kropki nad i, ale uważam, że wielką zaletą uczestniczenia w publicznym dyskursie jest możliwość dawania jasnego przekazu – co się uważa i czego się chce. Jeśli się z tego nie korzysta w stopniu adekwatnym do sytuacji, dochodzi do tego, co określa się jako strzał w kolano.

W konsekwencji spór zarysowujący się obecnie pomiędzy politykami i władzą sądowniczą sprowadza się w mediach do tego, że z jednej strony ci pierwsi chcą sobie podporządkować drugich, a ci drudzy chcą pierwszym zagrać na nosie. A przecież ten przekaz nie jest prawdziwy. On jest wręcz prostacki.

Pośrednia kontrola konstytucyjn0ści

W tej chwili usiłuje się przestrzec sądy przed zbyt aktywnym wykonywaniem pośredniej kontroli konstytucyjności. Dziwię się, od zawsze byłam zwolenniczką równolegle działających i uzupełniających się mechanizmów kontroli konstytucyjności, tj. kontroli skoncentrowanej (TK) i rozproszonej (sądy powszechne i administracyjne).

Byłam jednym z niewielu autorów, którzy opowiadali się za funkcjonowaniem obu tych rozwiązań. Zabawne, bo jednym z nielicznych, który ten pogląd podzielał był prof. Bogusław Banaszak. Dziś  jest zaangażowany jako ekspert opowiadający się za słusznością zamierzeń konstytucyjnych większości parlamentarnej.

Jestem ciekawa, czy pan profesor Banaszak nadal jest zwolennikiem poglądów wyrażonych niegdyś w komentarzu do Konstytucji RP, czy też jego stanowisko uległo zmianie.

 Był Trybunał, teraz Sąd Najwyższy, kto następny w kolejce?

Nie mam kwalifikacji do przepowiadania przyszłości, ale nie wątpię, iż należy się spodziewać kolejnych celów. Pozwolę sobie na pewną dygresję – na jesieni 2015 środowisko naukowe negatywnie odebrało fakt, iż wydawnictwo sejmowe nie zdecydowało się na rozpowszechnianie trzech książek, które w tytułach odnosiły się do kwestii niezależności – organów czy sytuacji. Jedna z tych książek dotychczas nie została wprowadzona do obrotu.

Jeśli miałabym wskazywać,  jaki cel władza obierze sobie w kolejnym kroku, wskazałabym na kolejne niezależne organy. W swoim czasie

W Konstytucji z 1952 r. mieliśmy przewidzianą zasadę jednolitości władzy państwowej. Obserwując to, co dzieje się w Polsce można przypuszczać, iż tego rodzaju koncentracja władzy jest traktowana jako polityczny ideał,

przynajmniej w tym, co dociera poprzez przekaz publicystyczny.

Prawnik nie jest rewolucjonistą, ale jak na konserwatystów dajemy silny głos 

Mam ponad 55-letni staż pracy zawodowej. Jednym z większych zawirowań jakie przeżyłam, był marzec ’68 oraz zmiany w Konstytucji dokonane w latach 70-tych, które spotkały się ze sprzeciwem części środowisk prawniczych. Środowiska prawnicze są jednak z zasady konserwatywne. Bo prawo jest elementem konserwującym, a nie czynnikiem rewolucji.

Komitet Nauk Prawnych, którego jestem członkiem, już dwukrotnie w ostatnim czasie wyrażał swój pogląd o sprawie KRS, wyrażając – za pierwszym razem – zaniepokojenie otwierającą się perspektywą lekceważenia zasad państwa prawa, za drugim zaś – konstatując naruszenie tych zasad i standardów. Wiem, że podobne stanowiska zajmują inne środowiska prawnicze, wydziały prawa. Jak na ostrożne i nieszczególnie rwące się do demonstrowania swojego stanowiska środowiska prawnicze, ten głos jest dość silny.

Czy to coś da? Tylko Bóg mógł powiedzieć „a słowo ciałem się stało”. Ludzie, niezależnie od tego czy są wierzący, czy też nie, nie powinni sobie przypisywać boskich atrybutów. Od apelu do wyjścia na ulicę daleka jest droga.

Prawnik nie jest i nie powinien być rewolucjonistą. W związku z tym może wyrażać zaniepokojenie, protestować słowem.

Trzeba tu jednak uważać, bo posługiwanie się zbyt mocnymi przymiotnikami powoduje szybkie wyczerpanie skali. A trzeba być przewidującym. Czy po sprzeciwie mamy sięgać po łomy i wychodzić na ulicę? Z pewnością nie. Prawnik powinien tak długo jak to możliwe posługiwać się takimi narzędziami jakie daje mu jego zawód.

Trybunał Konstytucyjny stracił całą powagę

Batalia o Trybunał Konstytucyjny była nie do wygrania. Oczywiście wszystko było kwestią tego, jak długo ta potyczka, z uwagi na zmienny skład osobowy, będzie trwała, ale wynik był do przewidzenia.

Obecny TK nie ma szans się podźwignąć. Każdy sąd wymaga odrobiny dekorum, atmosfery pewności, emanacji zaufaniem, powagi, tymczasem to wszystko co aktualnie dzieje się wokół TK, zwłaszcza styl – jak to się dzieje – nie wzbudzają zaufania.

Tymczasem jedyna rzecz, na którą nigdy nie powinien sobie pozwolić sędzia i sąd, to właśnie utrata powagi. Nie widać zresztą aby w tej chwili TK o ową powagę sam dbał.

Weźmy kwestie składów, wyłączeń. Jest też drobiazg, lecz istotny – informacja na stronie internetowej. Nie sposób na niej czegokolwiek znaleźć, a to co jest, nie jest miarodajne; jest wybiórcze i niekompletne. Bardzo cierpi informacja o pracach trybunału. Nadto sąd musi mieć warunki, także zewnętrzne, prawidłowego funkcjonowania, tutaj tego nie mamy. Obecnie nie ma warunków, aby Trybunał emanował powagą. Nie sposób także stwierdzić, aby TK zmierzał do odzyskania powagi już utraconej.

Ta władza nie chce kontroli Trybunału

Jeżeli na serio bierze się sygnały, które płyną z ośrodków establishmentu, nie jestem pewna, czy w ogóle komukolwiek zależy na mocnym Trybunale Konstytucyjnym krytycznym wobec władzy? Konstytucja zakłada istnienie mechanizmu równoważącego każdą z trzech władz w taki sposób, aby jedna nie dominowała nad pozostałymi.

Jeżeli jednak zakłada się, jak w koncepcji francuskiej i w socjalistycznej, dominację władzy ustawodawczej nad władzą wykonawczą i sądowniczą z tego względu, że pierwsza pochodzi z wyborów, a te inne – nie, to Trybunał Konstytucyjny nie jest ciałem pożądanym. Jego zadaniem jest bowiem kontrolowanie ustawodawcy. Przy takim podejściu odzyskiwanie pozycji przez Trybunał nie wydaje się być celem priorytetowym.

Zamiast demokracji inkluzywnej – ekskluzywna i oktrojowana

Uważam, że nikczemne jest sprowadzanie genezy krytyki i protestu do żalu za zabranym korytem.

Głęboko wierzę w zalety demokracji liberalnej oraz deliberatywnej, a jej obecny regres odbywa się na dwóch płaszczyznach. To zanik zasady demokracji inkluzywnej oraz idei społeczeństwa otwartego, które w ramach wspólnego terytorium i w ramach jednego porządku prawnego jednoczy możliwie jak najwięcej grup niejednolitych narodowo, religijnie, światopoglądowo po to, aby wspólnie można było coś budować.

Ten model przyjęła nasza Konstytucja: poszukiwanie tego, co wspólne i życzliwa kooperacja. Ta płaszczyzna porozumienia jest teraz negowana i ustępuje demokracji ekskluzywnej, która jednoczy wąskie grupy ludzi skupione wokół jednej idei, przeciwko innym grupom, które są wykluczane.

Jest to koncepcja „demokracji dla swoich”, głęboko mi obca.



Demokracja oktrojowana, z przymiotnikiem

Swoją drogą, niedawno toczyłam zajadły (nomen omen) spór z profesorem Zajdło. Ja twierdziłam, że mamy do czynienia z wygaszaniem państwa prawa, on zaś, że ono już wygasło. Muszę przyznać, że nasze stanowiska uległy zbliżeniu, na niekorzyść tego, które prezentowałam wcześniej.

Momentem przełomowym był trwały paraliż Trybunału Konstytucyjnego. Jest to bowiem trwały i widoczny znak zmiany. Kolejnym krokiem jest walka o podporządkowanie sądów.

Wkraczamy w stadium demokracji oktrojowanej – dostaniemy tyle, ile ośrodek władzy politycznej, nam pozwoli. Nie wiem dokąd zmierzamy tą drogą, ale pewne jest to, że nie jest to droga, którą przemierza jądro Europy Zachodniej.

Mnie ta sytuacja niepokoi, gdyż przypomina czasy mojej młodości, gdy używaliśmy określenia „demokracja socjalistyczna” – demokracja „z przymiotnikiem”. Czy wybory w niej były? Były, nawet nie były fałszowane. Jeśli chodzi o inne atrybuty demokracji, jak np. możliwość stowarzyszania się – były też pewne przejawy. Była to wówczas wspomniana wcześniej demokracja oktrojowana i nie chciałabym aby się umocniła.

Państwo prawa nie dość zakorzenione w sprawiedliwości społecznej

Nam, prawnikom, nie udało się przekonać ludzi do tego, że demokratyczne państwo prawa jest ważną wartością, bez której jednostka nie może cieszyć się wolnością. A nie może, ponieważ w art. 2 Konstytucji mamy zapisane, iż Polska jest demokratycznym państwem prawa urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Demokracja jest zatem instrumentem urzeczywistniania sprawiedliwości społecznej, ale i zarazem wartością samą w sobie.

Aby „państwo prawa” było krzepkie i dobrze zakorzenione, a co za tym idzie – służyło demokracji, musi ono w większym stopniu, niż to miało wcześniej miejsce, trafić do szerszych mas poprzez koncept sprawiedliwości społecznej.

To się nie udało. I prawnicy mają w tym spory udział. Oczywiście ktoś mógłby mi zarzucić naiwność i przekonywać, że ile by się masom nie dało, to i tak nigdy nie będzie dość, ale mimo wszystko uważam, że nie dano dość.

Sędziowie nie potrafią mówić do ludzi

Jest także drugi problem. Prawnik jest z natury arogancki ponieważ wierzy w to, że sam fakt legitymizowania jego działań przez prawo, wystarcza, aby te działania zaaprobowano, ba – polubiono! Jest to założenie błędne i brzemienne w skutkach. Bo otwiera drogę do bezmyślnego (niestety, zdarzającego się) formalizmu, nieumiejętności wyciagnięcia (interpretacja!) humanistycznego, prokonstytucyjnego sensu, z gołego brzmienia przepisu.

Odwołując się do sądownictwa – czemu i komu ma służyć uzasadnienie wyroku? Nie tylko przecież temu, aby orzeczenie mogło być skontrolowane przez sąd wyższego stopnia; gdyby tak było, wyroki Sądu Najwyższego nie wymagałyby uzasadniania.

Wyrok musi być zrozumiały dla jego adresata. Tymczasem, powiedzmy to otwarcie – sędziowie nie potrafią mówić do publiczności. Więcej: czasem nie rozumieją, że w ogóle powinni mówić.

Żaden organ sądowy nie może istnieć bez zakotwiczenia ulegitymizowania samego siebie w społeczeństwie. Pierwszym krokiem do tego jest legitymizacja prawna, drugą zaś – aprobata społeczna. Jeśli jej nie ma, sytuacja jest niezdrowa i prowadzić może do tego, że w przypadku pojawienia zręcznego populisty autorytet instytucji pada jak domek z kart.



Etos nie miał wzięcia

Sądownictwo jest rozproszone jako środowisko, nie ma jednej wspólnej reprezentacji – z pewnością nie jest nią Minister Sprawiedliwości, nie jest nią także Krajowa Rada Sądownictwa, która miała charakter organizacyjny niż ideowy, a teraz i tak ma być zmieniona w coś zupełnie nowego, pas transmisyjny aktualnej polityki kształtowanej przez establishment.

Nie było zatem instytucji, która czuwałaby nad etosem sądów. W mojej ocenie to poważny problem i zarazem przyczyna, dla której utyskiwania na sądownictwo, czy korporacje prawnicze w pewnej przynajmniej mierze nie są całkowicie pozbawione podstaw. Etos nie ma wzięcia, szkoda.

Pamiętam sprawę dyscyplinarną pewnego sędziego, która oparła się o Sąd Najwyższy. O ile dobrze pamiętam, sędzia, który kierując samochodem przekroczył prędkość nie przyjął mandatu twierdząc, iż to nie on prowadził auto, choć koniec końców na podstawie fotografii w końcu ustalono okoliczność odmienną.

Sąd Najwyższy, przed którego oblicze jako sądu dyscyplinarnego trafiła sprawa, skupił się na niezwykle skomplikowanych konstrukcjach zastanawiając się, czy istnieje obowiązek samooskarżenia się sędziego. Spekulacja ze wszech miar interesująca, jednakże w sytuacji, gdyby Sąd rozważał sytuację deliktu karnego podsądnego. W odniesieniu do postępowania dyscyplinarnego sędziego – całkowite nieporozumienie.

Jak sąd może zastanawiać się, jak w takim przypadku ma się zachować sędzia? Dla mnie sprawa jest jasna – ma się przyznać i co najmniej nie kręcić. Sędzia nie ma prawa kłamać w kwestii swojego prawidłowego zachowania.

Mam bardzo wiele zastrzeżeń do korporacji prawniczych, w szczególności do notariuszy chyba nazbyt pilnie chroniącymi swoje owieczki, nawet gdy zbłądzą. Mówi przeze mnie negatywne, niestety, doświadczenie.

Według mnie jest coś na rzeczy, gdy zarzuca się prawnikom korporacjonizm w negatywnym tego słowa znaczeniu.

Diagnoza bywa  słuszna, choć terapia, którą aplikują politycy – zarządzanie strachem, insynuacje, wyzwiska, poniżanie werbalne – – niewłaściwa.  Nigdy nie sądziłam, że hate speech stanie się u nas jedna z metod  stosowanych przez piastunów organów władzy i administracji.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press