0:00
Prawa autorskie: Grzegorz Celejewski / Agencja GazetaGrzegorz Celejewski ...
29 kwietnia 2021

Prof. Krajewski: Beata Szydło w radzie Auschwitz grozi upolitycznieniem muzeum-symbolu

Auschwitz to jest symbol, bardzo ważne miejsce, a w związku z tym wszystko, co się tam dzieje, jest ważne. Pani Szydło reprezentuje interesy partii, która uprawia wokół Zagłady swoją politykę historyczną. To grozi upolitycznieniem muzeum - mówi OKO.press prof. Stanisław Krajewski

Wydrukuj

13 kwietnia 2021 wicepremier Piotr Gliński powołał dziewięciu członków rady działającej przy Muzeum Auschwitz. Na czteroletnią kadencję wybrano m.in. byłą premierkę Beatę Szydło.

W proteście z rady ustąpił prof. Stanisław Krajewski, filozof z Uniwersytetu Warszawskiego, współtwórca powojennej części wystawy głównej w muzeum Polin oraz współtwórca i współprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów.

W ślad za nim - troje kolejnych członków: prof. Edward Kosakowski, wybitny konserwator dzieł sztuki, dr Marek Lasota, dyrektora Muzeum Armii Krajowej w Krakowie, Krystyna Oleksy, była wicedyrektor Muzeum Auschwitz.

Prof. Krajewskiego OKO.press zapytało o powody jego decyzji i rolę Rady Muzeum.

Adam Leszczyński: Wystąpił pan z Rady Muzeum Auschwitz po powołaniu do niej byłej premier Beaty Szydło. W ślad za panem odeszły jeszcze trzy osoby. Dlaczego uważa pan, że Szydło nie powinna zasiadać w radzie Auschwitz?

Prof. Stanisław Krajewski: Ta rada składała się z ekspertów. Mało kto o niej wiedział. Dla szerszego otoczenia pozostawała niewidoczna. Zasiadali w niej ludzie, którzy się zajmowali Muzeum Auschwitz–Birkenau.

Mianowanie do niej osoby, która jest politykiem, i to politykiem wysokiej rangi, zupełnie zmienia znaczenie i rolę tej rady.

Czy gdyby to był polityk albo polityczka nie z PiS, ale z innej partii, myślałby pan o tym inaczej?

Polityzacja tej nominacji w takim wydaniu z mojego punktu widzenia grozi stopniowym upartyjnieniem muzeum. To już jest bardzo niedobra perspektywa. Pewnie nie każdy polityk byłby równie groźny. Pani Szydło reprezentuje jednak interesy partii, która uprawia wokół Zagłady swoją politykę historyczną.

Być może więc nie w przypadku każdego polityka byłbym równie stanowczy. Ogólnie rzecz biorąc fakt, że to jednak rada ekspertów, już wystarczył, żebym się czuł niekomfortowo. Dodatkowym powodem dyskomfortu jest obawa, że pani Szydło będzie działała politycznie - powiedzmy, w duchu partii rządzącej.

Media prorządowe twierdzą, że Szydło ma reprezentować lokalną społeczność. Była premier mieszka niedaleko Oświęcimia. Czy to jest sensowny argument?

To polityczka wysokiej, centralnej rangi. Wydaje mi się, że to pretekst.

Czym się właściwie rada zajmuje? Dlaczego jest tak ważna?

Dotąd w zasadzie ta rada zajmowała się wyłącznie wysłuchiwaniem planów działania dyrekcji muzeum, a potem wysłuchiwała sprawozdania z realizacji tych planów i je akceptowała. To tyle. Niektóre osoby z rady się mogły zajmować jakimiś konkretnymi sprawami - zasiadał w niej np. prof. Kosakowski, specjalista od konserwacji - ale jako całość nie robiła nic więcej. Dlatego rozgłos, który zyskała ta sprawa, był dla mnie zaskakujący.

Może dlatego, że rządzący atakowali już wielokrotnie dyrektora muzeum Auschwitz, Piotra Cywińskiego? Twierdzili, że nie realizuje wystarczająco dobrze polityki historycznej rządu i należałoby go wymienić, w domyśle - na kogoś bliższego władzy. Czy powołanie Szydło do rady mogło być pierwszym krokiem w tym kierunku?

Tak mi się wydaje, i to tym bardziej świadczy, że nie chodzi o żadne reprezentowanie społeczności lokalnej. To jednak już raczej domniemanie.

Rozważa pan powrót do rady?

To zależy od rozwoju sytuacji, mogę to sobie wyobrazić, ale jak na razie sygnały ze strony osoby, która powołuje do rady, czyli ministra kultury, wskazują, że nic się nie zmieni w stronę, która by była dla mnie do przyjęcia.

PiS ma bardzo jasną politykę pamięci wobec Zagłady. Jak ją pan ocenia?

Sprowadza się ona do tego, żeby odszukiwać jak najwięcej przykładów chwalebnych zachowań Polaków czy polskich chrześcijan, którzy w czasie Zagłady ukrywali Żydów, oraz minimalizowania postaw przeciwnych.

Jeśli to jest częścią szerszej akcji politycznej czy programem badań historycznych - w porządku, to polityka. Jeśli jednak to ma się stać dominującą opowieścią o Zagładzie, to grozi nam zafałszowanie prawdy historycznej.

Widzę taką tendencję zarówno w pracach IPN, jak i w usuwaniu z niego badaczy, np. dr hab. Adama Puławskiego z oddziału w Lublinie, oraz innych, których prace naukowe badawcze i publikacje nie są zgodne z tym zamierzeniem. Jednocześnie też podobnego typu działalność prowadzi ks. Rydzyk, rozwijając swoją placówkę muzealną w podobnym duchu.

Wszystko razem tworzy atmosferę, w której tym bardziej jest ważne, żeby istniały niezależne od władzy, rzetelne naukowo instytucje oraz rzetelne muzealnictwo.

One na szczęście w Polsce są - jak na razie należy do nich zarówno muzeum Auschwitz —Birkenau, jak i Centrum Badań nad Zagładą Polskiej Akademii Nauk. Są jeszcze różni inni niezależni badacze.

Jednym słowem: niepokojąca jest sytuacja, w której dochodzi do prób przejęcia instytucji kultury, instytucji muzealnych i naukowych. Na tym tle skład rady, o której przedtem nikt praktycznie nie słyszał, wydaje się w sumie drobną sprawą.

Był pan zaskoczony reakcją opinii publicznej?

Bardzo. Bardzo mnie cieszy, że mój krok, który potem zresztą został powtórzony przez parę innych, zyskał zupełnie niespodziewanie kolosalny oddźwięk.

Myślę, że to odpowiedziało na jakąś ważną potrzebę, którą ludzie mają w Polsce i którą nawet trudno mi nazwać. Może chodzi o to, żeby pokazać, że nie damy się tak zawłaszczyć i manipulować władzy, która próbuje przejąć wszystko w swoje ręce w stylu, który bardzo przypomina czasy PRL.

Pana gest został także dostrzeżony za granicą?

Tak, chociaż na ile to tam się wydaje ważne, trudno mi powiedzieć. Auschwitz to jest symbol, bardzo ważne miejsce, a w związku z tym wszystko, co się tam dzieje, jest jakoś traktowane jako ważne.

W tym sensie nawet taka drobniutka instytucja jak ta rada i jakieś z nią związane perturbacje na pewno są dostrzegane i traktowane jako ważne.

Dodatkowo trzeba pamiętać, że nie ma nadal Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej - która się składała już z przedstawicieli najważniejszych instytucji zajmujących się Zagładą w innych krajach, w tym w Izraelu i Stanach Zjednoczonych, i również z przedstawicieli instytucji czy organizacji żydowskich żywotnie zainteresowanych tym, w jaki sposób ma wyglądać muzeum i jego działalność.

Premier Morawiecki zapowiada powołanie nowej rady, chociaż nie może tego zrobić od 2018 roku. Zobaczymy - ale wtedy z pewnością powstanie problem, kto ma do niej wchodzić.

Dostrzega pan w jakiejś perspektywie czasowej zagrożenie dla przejęcia Muzeum Auschwitz przez rządzących? Czy to jest w ogóle realistyczne w obliczu takiej międzynarodowej uwagi?

To możliwe, że również takie miejsce, jak muzeum Auschwitz–Birkenau zostanie podporządkowane obecnej władzy i obecnej polityce historycznej. To bardzo niepokojąca perspektywa. Z pewnością wszelkie tego typu zakusy spotkają się z dużym zaniepokojeniem i protestami oraz działaniami dyplomatycznymi w różnych krajach.

Jak już powiedziałem, Auschwitz jest ważne dla bardzo wielu osób i ma niesłychaną moc symboliczną, nie porównywalną z niczym, jeśli chodzi o Zagładę.

Jest taka piękna opowieść, którą słyszałem od dyrektora Cywińskiego - kiedyś tam się przechadzał i spotkał azjatyckiego turystę zwiedzającego muzeum. To był Koreańczyk. Powiedział Cywińskiemu, że przyjechał na tydzień czy na 5 dni do Europy i że część tego pobytu przeznaczył na to, żeby odwiedzić Auschwitz.

Kiedy Cywiński go zapytał: „ale dlaczego właśnie tutaj pan przyjechał, w Europie jest tyle miejsc do zobaczenia” tamten odpowiedział: „chciałem przyjechać do tego obozu bo chcę zrozumieć, czym jest Europa”.

To jest naprawdę ważne miejsce z perspektywy całego świata i nie można nim grać w polityczny sposób.

Udostępnij:

Adam Leszczyński

Dziennikarz OKO.press, historyk i socjolog, profesor Uniwersytetu SWPS w Warszawie.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne