0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Photo by HANDOUT / FARS NEWS Agencja GazetaENCY / AFPPhoto by HANDOUT / F...

„Jeśli Iran brutalnie zabije pokojowych demonstrantów, jak to ma w zwyczaju, Stany Zjednoczone Ameryki przyjdą im z pomocą. Jesteśmy zwarci i gotowi do akcji” – napisał przed południem 2 stycznia czasu irańskiego, a w nocy czasu waszyngtońskiego prezydent USA Donald Trump w swojej sieci społecznościowej Truth Social.

Na wiadomość amerykańskiego prezydenta szybko zareagował ważny irański polityk Ali Laridżani. Laridżani przez wiele lat był przewodniczącym irańskiego parlamentu, dziś pełni rolę sekretarza Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, ciała doradczego, w którym zasiadają najważniejsi politycy kraju.

Laridżani swoją odpowiedź wystosował w serwisie X po angielsku i persku. Stanowisko Trumpa pozwala mu rozdzielić protestujących na mających słuszne postulaty handlarzy i „sabotażystów”. To ci drudzy mają być źródłem faktycznych problemów. Już w drugim dniu protestów prezydent Iranu Masud Pezeszkian uznał, że problemy ekonomiczne, jakie zmusiły część Irańczyków do wyjścia na ulice, są poważne. I zaapelował, by pochylić się nad nimi z uwagą i rozwiązać je wspólnie.

Niezadowolenie

Problem w tym, że Iran jest dziś politycznie rozchwiany i bardzo trudno będzie utrzymać kolejny wybuch społecznego niezadowolenia w ciasnej formule „słusznych postulatów ekonomicznych”.

Przynajmniej część społeczeństwa podchodzi do deklaracji Pezeszkiana z dużą rezerwą.

„Ten przestępczy system trzyma naszą przyszłość jako zakładnika od 47 lat. Nie da się go zmienić reformami ani fałszywymi obietnicami” – usłyszeli podczas demonstracji w odczytanym oświadczeniu studenci teherańskiego uniwersytetu Beheszti.

Protesty są rozproszone i nie mają żadnego lidera. Jednocześnie z materiałów, które publikowane są w mediach społecznościowych i są weryfikowalne, można wywnioskować, że powody niezadowolenia i postulaty są bardzo różne.

Zaskakujące, że Trump pisze o zabijaniu demonstrantów w trybie warunkowym. W czwartek 1 stycznia widzieliśmy bowiem pierwsze doniesienia o śmiertelnych ofiarach wśród protestujących. Czy to znaczy, że Amerykanie faktycznie mogą się w najbliższym czasie zaangażować w Iranie? I o jak poważnych wystąpieniach społecznych mówimy? Spróbujmy to podsumować.

Przeczytaj także:

Ogromna inflacja

Nie da się mówić o obecnych protestach bez omówienia obecnej sytuacji ekonomicznej.

Według danych Centrum Statystyk Iranu inflacja w grudniu wyniosła 52,6 proc. – to wzrost o ponad trzy punkty procentowe w stosunku do listopada. Średnioroczny poziom inflacji wynosi obecnie 42 proc. Odzwierciedla to kiepski stan całej gospodarki. Według innych najnowszych danych, w pierwszym półroczu irańska gospodarka skurczyła się o 0,6 proc., a jeśli wyłączyć sektor paliwowy – o 0,8 proc.

Przed powrotem amerykańskich sankcji w 2018 roku dolara można było na rynku w Iranie kupić za mniej niż 100 tys. riali. Dziś to okolice 1 mln 400 tys. rial. To ogromna dewaluacja waluty w ciągu zaledwie kilku lat. A za tym idzie pogarszanie się sytuacji ekonomicznej prawie każdego gospodarstwa domowego, zarówno wśród klasy średniej, jak i wśród robotników.

W odpowiedzi na pogłębiające się spadki wartości waluty projekt budżetu na 1405 rok (oficjalny irański kalendarz liczy lata od momentu, gdy prorok Mahomet wyemigrował z Mekki do Medyny w 622 roku) proponuje denominację i odcięcie ostatnich trzech zer z banknotów oraz utworzenie „nowego riala”. Najpierw jednak ustawa budżetowa musi zostać przyjęta. A jej projekt jest trudny, bo odzwierciedla spadające dochody z eksportu ropy i coraz większe uzależnienie od dochodów podatkowych. Na razie w poniedziałek 29 grudnia Madżles projekt odrzucił.

Sankcje i niekompetencja

Sporą częścią przyczyn tych problemów są międzynarodowe sankcje nałożone m.in. za prace nad irańskim programem atomowym. Udało się je częściowo znieść po długich rozmowach dyplomatycznych z lat 2013-2015. Ale wysiłek dyplomatyczny został zniweczony, gdy w 2018 roku Donald Trump ogłosił jednostronne wyjście z porozumienia. Dziś rozmowy między USA a Iranem są bardzo utrudnione m.in. ze względu na amerykański sojusz z Izraelem i ideologiczną niechęć do USA ze strony Iranu.

Od nawrotu sankcji w 2018 roku irańska inflacja tylko w jednym miesiącu spadła poniżej 20 proc. Wcześniej oscylowała na poziomie, który uznalibyśmy z naszej perspektywy za wysoki, choć w irańskich warunkach stabilny – między 6 a 12 proc.

Iran zmaga się też ze skutkami trwającej ponad dekadę dotkliwej suszy. Władze nie potrafią opanować sytuacji i zaproponować rozwiązań, które poprawiłyby sytuację hydrologiczną. Teheran, 10-milionowa stolica kraju, może w najbliższym czasie mieć poważne problemy z dostępem do wody. Do tego dochodzą przerwy w dostawach elektryczności, internetu i masowe przekonanie, że to wina fatalnego zarządzania ze strony władzy na każdym szczeblu.

Co się dzieje?

Bieżąca weryfikacja informacji o przebiegu protestów i ewentualnych ofiarach jest trudna – wewnątrz Iranu praktycznie nie ma międzynarodowych i niezależnych dziennikarzy. Na podstawie udostępnianych przez Irańczyków materiałów wideo i weryfikowalnych informacji można odtworzyć obraz protestów po niemal tygodniu.

Organizacje broniące praw człowieka w Iranie (ich siedziby znajdują się poza granicami kraju) mówią o pięciu do ośmiu ofiar śmiertelnych. Władze oficjalnie uznały śmierć jednej osoby. To Amirhesam Chodajarifard, zdaniem władz członek Basidżów, masowej ochotniczej milicji wspierającej Republikę Islamską. Siły Basidżów często wykorzystywane są do tłumienia protestów. Tak miał zginąć Chodajarifard. Hengaw Organization for Human Rights twierdzi jednak, że zabity był protestującym, a władze próbują wymusić od rodziny deklarację, że był on obrońcą systemu Republiki Islamskiej.

Co możemy więc powiedzieć na pewno?

  • Protesty rozpoczęły się 28 grudnia w Teheranie, dziś odbywają się w wielu częściach kraju;
  • Nie mają żadnej ogólnokrajowej koordynacji ani liderów;
  • Władza zauważa protesty, część ich przyczyn uznaje za uzasadnione, w niektórych przypadkach już teraz jednak reaguje siłą;
  • Najprawdopodobniej przynajmniej kilka osób zginęło w wyniku prób tłumienia protestów.

Ofiary śmiertelne niekoniecznie oznaczają punkt zwrotny w protestach. Łatwo ulec pokusie takiego myślenia, gdy pamięta się historię Rewolucji Islamskiej z przełomu 1978 i 1979 roku. Wówczas pogrzeby i demonstracje żałobne ofiar służb bezpieczeństwa były katalizatorem kolejnych protestów. Powstała w wyniku tamtej rewolucji Republika Islamska odrobiła jednak tę lekcję. W każdej z ostatnich fal protestów ginęli ludzie. W ostatniej z nich, z przełomu lat 2022 i 2023 było to kilkaset osób (dokładne dane są nieznane, różne szacunki dają nam przedział 200-500 zabitych osób).

Co się zmieniło?

W każdej kolejnej rundzie podobnych protestów pada też pytanie: czy to koniec Republiki Islamskiej, czy możliwa jest radykalna zmiana władzy w Teheranie? Na razie niewiele na to wskazuje. Ale to może się zmienić, jest kilka czynników, które sprawiają, że 2026 rok może być inny niż 2017 czy 2019, gdy protesty wybuchały z powodów ekonomicznych i były skutecznie tłumione.

Sytuacja ekonomiczna jest dziś trudniejsza.

Protesty z 2022 roku pokazały, że masowe wyjście na ulicę daje konkretne zmiany, nawet jeśli ostatecznie wystąpienie jest stłumione. Wówczas głównym powodem wybuchu niezadowolenia było zabójstwo młodej kurdyjskiej kobiety Mahsy Amini przez służby bezpieczeństwa. To po ówczesnych protestach podejście władzy do przymusu noszenia nakrycia głowy przez kobiety zaczęło się zmieniać. Dziś w wielu miejscach zakaz de facto porzucono.

Władza znajduje się dziś też w kryzysie przywództwa. Ali Chamenei skończy w tym roku 87 lat i nie wiadomo, kto po jego śmierci miałby zająć jego miejsce. Masud Pezeszkian jest jednym z najsłabszych prezydentów w historii Republiki Islamskiej.

To nie oznacza jednak, że władza jest bezsilna, a jej zmiana będzie łatwa. System władzy w Republice Islamskiej jest skomplikowany, opiera się nie tylko na Przywódcy w postaci Chameneiego i rządzie Pezeszkiana. Bardzo ważną formacją – za którą stoją też rozwijane od dekad interesy gospodarcze – jest Korpus Strażników Rewolucji. To formacja, która stanowi niemal równoważny filar bezpieczeństwa państwa co armia. Ma kilkaset tysięcy członków i jest gotowa do tłumienia protestów, jeśli trzeba.

Ewidentnie jesteśmy wciąż przed momentem, gdy władza podejmuje decyzję, by potraktować protesty ostro. Wtedy wiele zależy od determinacji protestujących (ta może być silniejsza niż np. we wspomnianych 2017 czy 2019). Irańczycy mają za sobą fatalny rok wojny, ekonomicznego upadku i politycznego impasu. A zdesperowane społeczeństwo jest czasem zdolne do silnego i ryzykownego oporu.

Druga runda wojny?

Musimy też zastanawiać się, co na myśli miał Donald Trump, i co zamierza rząd Netanjahu, który również bardzo chciałby zobaczyć w Teheranie inny rząd od obecnego.

Podczas tego tygodniowego spotkania Trumpa i Netanjahu izraelski premier podniósł temat drugiej rundy uderzenia na Iran, po 12-dniowej wojnie z czerwca 2025 roku. Ewentualne uderzenie przez Izrael i przy wsparciu USA, nawet gdyby miało na celu pomoc obalenia Republiki Islamskiej, nie byłoby odebrane dobrze przez sporą część irańskiego społeczeństwa, być może przez jego większość. Trudno jednak dzisiaj stuprocentowo wykluczyć taki obrót spraw, nawet jeśli byłby to taktyczny błąd ze strony USA i Izraela. Izraelski atak na Iran również przez dwie dekady był uważany za mało prawdopodobny. A potem nastąpiła druga kadencja Donalda Trumpa.

Brak zorganizowanej opozycji

Dzisiejsze protesty to zdarzenie poważne, które należy obserwować z ostrożnością. Na razie z całą pewnością nie można ich nazwać donioślejszymi niż trzy ostatnie wystąpienia z ostatniej dekady. Ale płomień społecznej wściekłości jest dzisiaj silnie rozpalony.

Irańska opozycja jest jednak dramatycznie rozproszona. Pod czujnym okiem Republiki Islamskiej na terenie Iranu nie powstała żadna trwała organizacja, zdolna do poprowadzenia obywateli ku innej przyszłości. Nie istnieje żadna gotowa recepta, nie ma partii demokratycznych z gotowym programem. Istnieją pojedyncze postaci, które nie mają masowej siły przebicia, jak prawniczka i laureatka pokojowej Nagrody Nobla Narges Mohammedi.

W wywiadzie dla OKO.press z grudnia 2025 roku profesor Vali Nasr mówił nam, że zmiana może wyjść z wewnątrz systemu. Ale na szczytach władzy nie ma dziś żadnej postaci, która mówiłaby otwarcie o konieczności reformy, to wciąż tabu. W sierpniu 2025 roku pisarz Arasz Azisi przekonywał w „The Atlantic”, że taką postacią mógłby być Mostafa Tadżzade. To były wiceminister spraw wewnętrznych, doradca prezydenta podczas kadencji Mohammada Chatamiego z obozu reformistów. Tadżzade popiera wolne wybory, sprzeciwia się nakazowi nakrywania głowy przez kobiety i jest za rozmowami z USA. I siedzi w więzieniu. Jeśli odsiedzi całą karę, wyjdzie w 2032 roku.

Włączenie takich ludzi – z wewnątrz systemu, z doświadczeniem w rządzeniu, krytycznych wobec dzisiejszego układu władzy – w ewentualny proces przemian i reform, wymaga uznania takiej konieczności przez rządzących. Na razie jej nie widać.

Czyli – na dziś szanse na stałą zmianę są niewielkie. Ale dzisiejszych wydarzeń z Iranu nie można lekceważyć. Te dopiero się rozwijają.

;
Na zdjęciu Jakub Szymczak
Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.

Komentarze