0:00
07 stycznia 2022

Kazachstan. Władze zwalają winę za protesty z powodu podwyżek cen na „pseudoaktywistów i bandytów z zagranicy"

Prezydent tłumaczy swoją niekompetencję i arogancję władzy, które doprowadziły do masowych protestów, czynnikami z zewnątrz. Ale z zewnątrz są na razie rosyjskie wojska, które wezwał na pomoc. Kazachstan spływa krwią. „U nas z podwórka zebraliśmy 10 trupów" - mówi mieszkanka Ałmaty

Wydrukuj

W piątek 7 stycznia 2022, z dwugodzinnym poślizgiem, bo o 14:30 lokalnego czasu, zamiast w samo południe, jak zapowiadano wcześniej, prezydent Kazachstanu Kasym-Żomart Tokajew wygłosił kolejne orędzie do narodu. Zapewniał, że sytuacja jest pod kontrolą, jednocześnie dawał do zrozumienia, że władza nie będzie się patyczkować ze swoimi przeciwnikami.

„Dałem rozkaz służbom porządkowym i armii, żeby strzelali bez uprzedzenia. Za granicą wzywają nas do rozmów i pokojowego rozwiązania sporu. To za bezsens! Jak można rozmawiać z przestępcami i zabójcami? Mamy przecież do czynienia z wytrenowanymi i uzbrojonymi bandytami, tak miejscowymi, jak i z zagranicy. Dokładnie tak: z bandytami i terrorystami. Dlatego trzeba ich zniszczyć. I to zostanie zrobione w najbliższym czasie” – zapewnił Tokajew.

Sugestie, że na ulicach kazachskich miast protestują nie źli z powodu podwyżek cen gazu obywatele, a terroryści, pojawiły się w rządowej narracji już 5 stycznia, czwartego dnia protestów, które wybuchły na zachodzie kraju i rozlały się na cały Kazachstan.

Większość demonstracji przebiegała pokojowo, ale w niektórych miastach, głównie w dawnej stolicy i największym mieście kraju, Ałmaty, doszło do aktów przemocy. Palono i rozbijano samochody, nieznani sprawcy wdarli się do środka, podpalili i splądrowali siedzibę władz miejskich – akimat. Zajęto także lotnisko blokując jego funkcjonowanie.

Szybko stało się jasne, że drobne ustępstwa władzy, takie jak dymisja starego rządu i obietnica regulacji cen gazu, tak aby nie przewyższały 50 tenge (47 groszy) za litr na zachodzie i 70 w innych regionach kraju, nie wystarczą. Protestujący wzniośli już hasła wybitnie polityczne, żądali odejścia z polityki byłego prezydenta Nursułtana Nazarbajewa i powołania zupełnie nowego rządu. Nie zadowoliło ich ani odsunięcie Nazarbajewa z ważnego stanowiska Szefa Rady Bezpieczeństwa, ani dymisja jego wieloletniego współpracownika i dawnego premiera Karima Masimowa, który przez ostatnich kilka lat był szefem Komitetu Bezpieczeństwa Narodowego (d. KGB). Nie przestraszyło ich też wprowadzenie stanu wyjątkowego, najpierw tylko w położonym nad Morzem Kaspijskim obwodzie Mangystauskim i w Ałmaty, potem na terytorium całego państwa.

Starcia pomiędzy służbami porządkowymi i wezwanym do pacyfikowania miast wojskiem a demonstrantami robiły się coraz gwałtowniejsze. Służby używały gazu, gumowych kul i granatów hukowych. W końcu padły strzały z ostrej amunicji.

5 stycznia wieczorem na ulicach Ałmaty, a także Szymkentu i kilku innych miast toczyła się już regularna bitwa. Media donosiły o dziesiątkach zabitych.

Informacje o ofiarach śmiertelnych potwierdzało ministerstwo spraw wewnętrznych nazywając jednak większość ofiar „zlikwidowanymi bandytami”.

„20 tysięcy bandytów"

To wtedy prezydent Tokajew oświadczył, że wzywa na pomoc sojuszników z Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Aby być w porządku z zapisami traktatu, który jest podstawą funkcjonowania tej poradzieckiej organizacji, musiał podkreślać, że Kazachstan boryka się z rzekomą agresją z zewnątrz.

Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Mimo, że Układ o Bezpieczeństwie zbiorowym istnieje od lat 90. XX wieku i nigdy wcześniej nie wysłał nigdzie wojsk, (a był o to proszony), tym razem jeszcze tego samego dnia pełniący akurat funkcję rotacyjnego przewodniczącego organizacji prezydent Armenii Nikol Paszynian obiecał, że Kazachstan otrzyma bratnią pomoc. Nie tylko mi ta sytuacja kojarzy się z wydarzeniami z końca 1979 roku z Afganistanu, runet, czyli rosyjsko języczny Internet aż kipi od tego typu porównań i aluzji.

Gros kontyngentu ma stanowić około 2 tysięcy rosyjskich wojsk powietrzno-desantowych, ale żołnierzy wyślą też pozostałe państwa układu: Białoruś, Tadżykistan, Armenia oraz Kirgistan, który wahał się najdłużej, bo przeciw była część posłów parlamentu i duża część opinii publicznej. Ostatecznie decyzję zaaprobowali popierający prezydenta Sadyra Dżaparowa posłowie mający większość wśród kirgiskich legislatorów. Jest jakaś ironia losu w tym, że i Paszynian i Dżaparow sami doszli do władzy w swoich krajach w wyniku buntów ludowych, podobnych do tego jaki wybuchł w Kazachstanie.

Dlatego wszystkim sojusznikom pasuje to, co usiłuje od kilku dni osiągnąć prezydent Tokajew – przekonanie świata, że Kazachstan boryka się nie z frustracją i niezadowoleniem własnych obywateli, a z agresją z zewnątrz. Prorządowe media rozprzestrzeniają informacje, jakoby w szpitalach znajdowali się ranni bojownicy, którzy porozumiewają się po arabsku. W dzisiejszym przemówieniu Tokajew oznajmił, że „kluczowe jest zrozumienie, dlaczego państwo przegapiło czynione w ukryciu przygotowania do aktów terroru, jakich dokonały uśpione komórki bojowników. Tylko na Ałmaty napadło 20 tysięcy bandytów”. Nawet Chiny, przynajmniej te oficjalne, udają, że wierzą w doniesienia o obcej napaści.

W przemówieniu prezydent kpił też z „tak zwanych obrońców praw człowieka” i „aktywistów”, którzy swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem i pozbawioną przyczyn krytyką władz mieli dopuścić do stworzenia warunków, w jakich ta obca agresja stała się możliwa.

Przypomniał, że w 2020 roku zmieniło się w Kazachstanie prawo o pokojowych demonstracjach, które nakazywało już tylko informować władze przed zwołaniem zebrania. Twierdził, że to wielki krok w kierunku zwycięstwa demokracji. Jednak zaraz dodał, że niektórzy sądzą że prawo ich nie obowiązuje. „Myślą, że mogą zbierać się gdzie chcą i mówić co im ślina na język przyniesie”. To właśnie z powodu „nieodpowiedzialnych zachowań tych napalonych aktywistów policjanci są odciągani od swoich codziennych obowiązków związanych z ochroną praworządności, stają się ofiarami przemocy i są obrażani”. Swoją rolę w naruszeniu porządku odegrały też, zdaniem prezydenta „tak zwane wolne media”.

Przemówienie prezydenta brzmiało jak wystąpienie partyjnego kacyka z minionej epoki. Tak przemawiali partyjni działacze w Kazachstanie w 1986 roku, gdy wybuchły inne krwawo stłumione przez władzę protesty, przeciwko narzuconemu przez Moskwę nowemu Pierwszemu Sekretarzowi KC Komunistycznej Partii Kazachstanu. Ta sama pogarda wobec obywateli, ta sama kłamliwa retoryka, której celem jest przedstawienie skorumpowanej i zajętej sobą władzy jako siły zatroskanej o los narodu.

Jednocześnie Tokajew starał się pokazać, że ma sprawy pod kontrolą. „Wczoraj sytuacja w Ałmaty, Aktobe i obwodzie Ałmatyńskim ustabilizowała się. Wprowadzenie stanu nadzwyczajnego daje rezultaty” – zapewniał.

„Strzelali całą noc i nadal strzelają"

Przeczą temu doniesienia od mieszkańców Kazachstanu. Wbrew obietnicom władz w kraju nie przywrócono łączności internetowej, są też problemy z posługiwaniem się telefonami.

Jak informują nieliczne niezależne media, sytuacja jest daleka od opanowania. Wciąż (piątek, 7 stycznia, po południu) słychać strzały w różnych miejscach Ałmaty, ludzie stoją na ulicach także w Żanaozenie, w Aktau i innych miastach. Zamknięte są sklepy, w wielu dzielnicach nie ma prądu, nie działają bankomaty, ani lotniska (te mają ponoć wznowić działanie już dziś wieczór, ale na razie przyjmują tylko loty wojskowe).

Jana, moja znajoma, której bliscy mieszkają w Ałmaty, ostatni raz rozmawiała bezpośrednio z mamą we środę o 22.30 wieczorem, czyli w nocy kazachskiego czasu.

„Mama mieszka o kilkaset metrów od Placu Republiki, gdzie toczyła się największa bitwa z wojskiem i siłami porządkowymi. Bardzo się martwię" – mówiła mi.

Dopiero dziś Jana uzyskała świeże informacje, ale nie bezpośrednio. Udało się dodzwonić przez stacjonarny telefon, z Ukrainy, bo polska komórka wciąż nie łączy z ałmatyńskim numerem, a przez internet nawet nie było co próbować.

Oto co przekazała jej mama: „Strzelali całą noc i nadal strzelają. Dużo zastrzelonych. U nas z podwórka zebraliśmy 10 trupów. Sytuacja w mieście wcale nie jest opanowana. Grupy ludzi nadal okupują kilka budynków administracji. Ludzie siedzą po domach z wyłączonym światłem. W mieście, w dalszych dzielnicach, brak chleba. W centrum chyba nawet nikt nie próbował sprawdzać. Wszystkie sklepy pewnie zamknięte”.

„Ciepło i po przyjacielsku"

Trudno dziś prorokować, jak potoczą się wydarzenia. Trudności z łącznością, niebezpieczna sytuacja na ulicach i celowo niejasna polityka informacyjna władz powodują, że pojawia się mnóstwo fałszywych informacji i plotek. Nie jest znany los byłego prezydenta Nazarbajewa. Najpierw świat obiegła pogłoska o tym, że jego prywatny samolot wyleciał do Dubaju, potem, 6 stycznia wieczorem, ochrona kirgiskiego lotniska Manas potwierdziła, że lądowały tam dwa samoloty należące do rodziny Nazarbajewa. Czy Elbasy (tytuł ojca narodu jakim posługuje się Nazarbajew) był w środku, nie wiadomo. Z Kazachstanu wyleciało za to na pewno wielu tamtejszych oligarchów. Do sieci trafił filmik z lotniska, gdzie stały ich luksusowe samochody, pozostawione bez opieki i częściowo zdemolowane.

Jedno jest pewne - na naszych oczach upadł mit Kazachstanu jako kraju sukcesu, który umiejętnie lawiruje pomiędzy Chinami a Rosją pomnażając swój dobrobyt.

Dla każdego, kto miał kontakt z kazachskim społeczeństwem od dawna było oczywiste, że taki wizerunek to tylko propaganda, ale chcieli w niego wierzyć także niektórzy zachodni politycy i nawet część zachodnich mediów.

Przedwczoraj nawet sojusznicy zadrwili z Kazachstanu. Putin, jak twierdził w swoim przemówieniu Tokajew, „ciepło i po przyjacielsku” zareagował na problemy Kazachstanu wysyłając swój pokojowy kontyngent, ale już odpowiedzialni za jego propagandę dziennikarze nie darowali sobie złośliwości. Margarita Simonian, redaktorka naczelna programu Russia Today, orzekła na swoim telegramie, że owszem, pomóc Kazachstanowi trzeba, ale nie za darmo. Powinien spełnić następujące warunki: uznać rosyjskość Krymu, przywrócić cyrylicę, zrobić język rosyjski drugim językiem państwowym, zostawić w spokoju rosyjskie szkoły, wyrzucić antyrosyjskie organizacje i prowadzić bratnią politykę, w której nie ma miejsca na „gry z nackami”.

To, że Kazachstan będzie musiał zapłacić za bratnią pomoc jakiej udzieliła mu Rosja jest jasne. Jej ceny wciąż jednak możemy się tylko domyślać.

Udostępnij:

Ludwika Włodek

Dziennikarka, socjolożka, adiunktka w Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, autorka m.in. zbioru reportaży z Azji Środkowej „Wystarczy przejść przez rzekę" i „Buntowniczek z Afganistanu" (WAB 2022).

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne