0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: AP Photo/Francisco SecoAP Photo/Francisco S...

O dramacie bezdomnych zwierząt w Turcji rozmawiamy z Pauliną Wiadro, wolontariuszką z inicjatywy „Z piekła do domu”.

Paweł Średziński, OKO.press: W 2024 roku Turcja wprowadziła nowe prawo dotyczące bezdomnych zwierząt. Dlaczego ta nowelizacja okazała się tak groźna dla psów i kotów w tym kraju?

Paulina Wiadro: Na papierze jej zapisy mówią o obowiązku zbierania bezdomnych zwierząt, ich szczepieniu, sterylizacji, rejestracji i umieszczaniu w schroniskach. Jednocześnie jednak przewidują możliwość eutanazji zwierząt „niebezpiecznych”, „nieuleczalnie chorych” lub „nienadających się do adopcji”.

W praktyce w warunkach chronicznego niedofinansowania i braku miejsc w schroniskach nowelizacja okazała się pretekstem do masowych egzekucji zwierząt na terenie kraju.

Nie ma bowiem tyle miejsc w schroniskach, żeby przyjąć co najmniej cztery miliony zwierząt zaklasyfikowanych jako bezdomne. Tych bezdomnych psów jest zresztą więcej, niż podają oficjalne statystyki.

Mówiąc wprost: pod przykrywką nowych regulacji prawnych tureckie władze postanowiły pozbyć się najniższym kosztem bezdomnych psów i kotów. Kotów dotyczy to w mniejszej mierze, bo one są jeszcze w miarę akceptowalne w tureckim społeczeństwie.

Natomiast pies w kulturze silnie naznaczonej przez islam jest wciąż zwierzęciem nieczystym.

Nie ma zwyczaju posiadania psa w domu. Jeśli już jakiś zwierzak jest z ludźmi, to raczej będzie to kot. Na miejscu jest tylko garstka zwierzolubów, którzy są szykanowani przez pozostałą część społeczeństwa za swój stosunek do zwierząt. I tylko ta garstka pomaga bezdomnym zwierzętom, czyli na przykład dokarmia psy i koty, czy też udziela im schronienia. To ułatwia władzom Turcji eksterminację bezdomnych psów i kotów, co było celem wspominanych zmian w prawie.

Z piekła do domu

Jak wygląda w praktyce egzekwowanie tego nowego prawa?

W rzeczywistości nikt nie przeprowadza humanitarnych eutanazji zwierząt. Gminy pozbywają się psów na różne sposoby. Wszystkie traktują podobnie. Jedną z metod jest ich celowe otrucie. Były przypadki, kiedy ciężarówki z surowym mięsem na zlecenie gminy jeździły nocą i zrzucały zatruty pokarm. Głodne i bezpańskie psy giną nie tylko w ten sposób. Celowo rozjeżdża się i zabija psy samochodami. Nie grożą za to żadne konsekwencje. W Turcji to jest norma.

Przeczytaj także:

I dlatego powstała inicjatywa „Z piekła do domu”?

Wszystkie osoby w naszej grupie są wolontariuszkami. Część z nas mieszka w Polsce, a część w Turcji. Znamy dobrze sytuację psów i kotów w tym kraju. Niektóre z nas znają też język turecki. Ja jestem od 15 lat w związku z obywatelem Turcji i ten kraj jest mi szczególnie bliski.

Paulina Wiadro podczas protestu przeciwko zabijaniu zwierząt w Turcji

Brakuje karmy, leków i bud

W Polsce nie było też tak głośno o tej sprawie, dopóki nie zaczęłyście działać.

To był też jeden z powodów, dla którego uruchomiliśmy naszą inicjatywę. Większość doniesień z Turcji pochodziła z mediów społecznościowych. Osoby działające na rzecz zwierząt na tureckim terytorium są nękane i szykanowane przez tamtejsze władze. Sama o problemie dowiedziałam się nie z mediów, ale od koleżanki, która jechała do Turcji. Na samym początku zorganizowałyśmy protest przed Ambasadą Turcji w Warszawie. Na naszą pierwszą demonstrację przyszło niewiele osób. Dziś mamy już 20 tysięcy obserwujących i ta liczba rośnie.

Jak wygląda tureckie schronisko dla bezdomnych zwierząt?

Przede wszystkim musimy zdać sobie sprawę, że psy, które trafiają do tak zwanych państwowych schronisk, idą do nich na pewną śmierć. Niemożliwością byłoby znalezienie w nich miejsca dla co najmniej czterech milionów psów. Miejsc w tych schroniskach jest góra około 100 tysięcy. Najczęściej schronisko jest terenem bez wystarczającej liczby bud i schronień. Są miejsca, gdzie przykładowo mamy 500 psów i zaledwie 70 bud. Brakuje karmy. Są gminy, które jej w ogóle do tych miejsc nie przekazują, bo chcą, żeby psy jak najszybciej zginęły z głodu. To wszystko ma odbywać się najlepiej bez ponoszenia kosztów. A jeśli nawet znajdzie się trochę pieniędzy na wykarmienie psów, to największą szansę na przetrwanie mają tylko silniejsze zwierzęta. Te słabsze i chore giną najszybciej. Podobnie szczenięta.

Psy bezpieczniejsze na ulicy

Jakby tego nie było dość, to zdrowe psy są zamykane z chorymi. To sprawia, że przy zerowym poziomie wyszczepialności, w schroniskach dochodzi do transmisji wielu chorób. Wiele szczeniąt umiera z powodu parwowirozy. Dużo psów ma leiszmaniozę i świerzb, który jest bardzo zaraźliwy. W schroniskach brakuje nawet wody! W wysokich temperaturach latem nie podaje się jej regularnie. Pozbawione cienia psy cierpią. Bywa, że zimą, jeśli temperatury są poniżej zera, do wody dla psów dolewa się płyn do rozmrażania. Psie matki są oddzielane od szczeniąt.

Zdarza się też, że psy zjadają siebie nawzajem z głodu.

Do tego zakazuje się osobom z zewnątrz wstępu do schronisk, najczęściej w obawie przed ujawnieniem jak wygląda sytuacja przetrzymywanych tam zwierząt. Tak wygląda sytuacja w państwowych schroniskach w Turcji i dotyczy to zdecydowanej większości tych placówek!

Tureccy społecznicy pomagają bezdomnym zwierzętom, ale potrzeby są ogromne. Na zdjęciu karmienie bezpańskich psów. Fot. Paulina Wiadro

Z tego, co mówisz, wynika, że lepiej jest, żeby pies w ogóle tam nie trafił i nadal żył na ulicy?

Tak. Dlatego uczulam osoby spędzające urlop w Turcji.

Jeśli widzisz psa głodnego, potrzebującego pomocy, nie dzwoń do miejscowej gminy. W ten sposób nie uratujesz zwierzęcia. Wydasz je na śmierć.

Większą szansę na przeżycie taki pies ma, jeśli zostanie na ulicy i ktoś da mu coś do jedzenia, czy pomoże z leczeniem. Jeśli trafiłby do państwowego schroniska, czekałoby go cierpienie i śmierć.

Psy uratowane z Turcji. Fot. Paulina Wiadro

Podpalenie azylu

Czy tureckie władze prowadzą jakieś programy kastracji i sterylizacji psów i kotów?

Turcja przez lata zgadzała się na rozmnażanie psów. To brak działań ze strony władz w tym zakresie odpowiada za rosnącą liczbę bezdomnych zwierząt. Nie było żadnych państwowych programów kastracji i sterylizacji, które jeśli byłyby wdrożone, zapobiegłyby problemowi bezdomności zwierząt. Zamiast tego uśmierca się je na różne sposoby. Dodam, że również wstrzykuje się im sól w serce. Paleta okrutnych praktyk jest bardzo szeroka.

Przeciwdziałanie temu okrucieństwu, to potężne wyzwanie.

Sytuacja na miejscu jest dramatyczna. Wspominałam już o tej garstce osób w Turcji, która próbuje ratować zwierzęta. One wiele ryzykują. Bardzo często zdarzają się pobicia ludzi, którzy dokarmiają zwierzęta, groźby pod ich adresem, wyzwiska, porysowania samochodów, wybijanie szyb w ich autach i domach.

Ostatnio jedna z mieszkanek Turcji, która prowadzi prywatny azyl i której pomagamy, między innymi poprzez zakup karmy, była ofiarą próby podpalenia. Pożar udało się ugasić. Ona działa w mieście Mersin, jest jedną z tych osób poświęcających swój czas i zdrowie zwierzętom. Im dalej na wschód Turcji, tym sytuacja wygląda gorzej. Jednak nawet tam są ludzie, którzy próbują ratować psy. Nie jest też tak, że źle jest tylko na wsi – nawet w miejskich ośrodkach trafiają się skrajne przypadki znęcania się nad psami. Kilka z nich, których leczenie już wsparłyśmy dzięki darczyńcom z Polski, zostało zgwałconych. Jakby tego było mało, nawet w stolicy Turcji, w Ankarze, są udokumentowane przypadki celowego przejeżdżania samochodem po potrąconych wcześniej psach.

Psy ratowane po godzinach

Kto dziś działa w Waszej inicjatywie?

Jesteśmy nieformalną grupą. W naszej inicjatywie są wyłącznie same kobiety. Do działania zmobilizowały nas osoby z Turcji, które zaczęły alarmować o tym, co tam się dzieje.

Zdawałyśmy sobie sprawę, że w Polsce jest również wiele potrzeb. Dlatego nie prosiliśmy żadnej z polskich organizacji o wsparcie, bo wiemy, jak są obciążone pracą.

Jednak tu muszę zaznaczyć, że o ile w Polsce są dobre i złe schroniska, to w Turcji w tych państwowych schroniskach jest tylko źle. Dlatego wzięłyśmy sprawy w swoje ręce. Zaczęłyśmy zbierać fundusze na wsparcie leczenia konkretnych zwierząt, na karmę, ale też szukamy psom domów do adopcji w Polsce. Mieszkamy w różnych miejscach, w Polsce i w Turcji.

Protest przed ambasadą Turcji w Warszawie, sierpień 2025. Fot. Paulina Wiadro

Dzielimy się też pracą. Jedna z nas odpowiada za adopcje. Ja kontaktuję się z weterynarzami. Część z nas jeździ też do Turcji, żeby pomóc. Obecnie pomagamy w kilku miejscach, w tym na wschodzie w Diyarbakır. Oczywiście potrzebujących jest znacznie więcej. Kilkoro z nas zna język turecki, co ułatwia komunikację. Cały swój wolny czas po naszej zawodowej pracy poświęcamy pomocy psom. Często jest tak, że w trakcie kolejnych zbiórek nie jesteśmy w stanie zebrać całej kwoty i brakujące pieniądze dokładamy z naszego portfela. Zdarza się, że w weekendy lub w święta, w środku nocy dostajemy nagłe prośby o szybką pomoc, na przykład w znalezieniu weterynarza. Bywa i tak, że zwierzę potrzebuje specjalistycznych badań, a te są możliwe tylko w niektórych miastach. Wtedy pomagamy w organizacji transportu. Zamawiałyśmy już ocieplane budy, kupujemy siatkę do budowy ogrodzenia, w miejscach, gdzie są prywatne azyle.

Długi proces adopcji

Szukacie też osób gotowych adoptować te psy w Polsce?

Tak, ale same adopcje to długi proces. Trzeba pamiętać, że psy mają często różne ciężkie schorzenia, więc najpierw muszą wydobrzeć, przejść kwarantannę w Bułgarii, i dopiero później trafiają do Polski. Czasami są to psy z niepełnosprawnościami, po dotkliwym pobiciu. Obecnie mamy pod opieką szczeniaka, który został znaleziony z poważnym krwotokiem. Dziś jest w Polsce, na razie w domu tymczasowym i przechodzi rehabilitację wodną, chociaż nie mamy pewności, czy uda się mu przywrócić pełną sprawność. Wiedziałyśmy jednak, że jeśli go zostawimy na ulicy, w mieście Afyon, skąd został zabrany, czekałaby go pewna śmierć, a przedtem jeszcze większe cierpienie.

Jego rodzeństwo nie przeżyło, bo trafiło do miejscowego schroniska prowadzonego przez gminę. W Polsce, zanim zdecydujemy się oddać psa w czyjeś ręce, dokładnie sprawdzamy, żeby trafił do dobrego domu. Nie mogą one trafiać ani do kojca, ani do budy. Co ważne, pomimo wielu traumatycznych przejść i krzywdzenia przez człowieka, te psy, które trafiają do adopcji, są bardzo łagodne. Już po tym, jak trafią do nowego miejsca, sprawdzamy, jak im się tam żyje i jesteśmy w kontakcie z ich opiekunami.

Jak można Was wesprzeć?

Najlepiej kontaktować się z nami przez naszą stronę na Facebooku. Tam na bieżąco informujemy o naszych działaniach i pilnych potrzebach. Można też do nas dołączyć.

;
Na zdjęciu Paweł Średziński
Paweł Średziński

Publicysta, dziennikarz, autor książek poświęconych ludziom i przyrodzie: „Syria. Przewodnik po kraju, którego nie ma”, „Łoś. Opowieści o gapiszonach z krainy Biebrzy”, „Puszcza Knyszyńska. Opowieści o lesunach, zwierzętach i królewskim lesie, a także o tajemnicach w głębi lasu skrywanych, „Rzeki. Opowieści z Mezopotamii, krainy między Biebrzą i Narwią leżącej" i "Borsuk. Władca ciemności. Biografia nieautoryzowana".

Komentarze