W legalnej hodowli psów w okolicy Bolimowa znaleziono 16 martwych i kilkadziesiąt zwierząt w dramatycznym stanie. Po ostrej interwencji organizacji zwierzęcych szukamy odpowiedzi na pytania: czy hodowla powinna być legalna? Co zrobić, żeby ochronić psy przed okrucieństwem?
8 stycznia 2026, późny wieczór, okolice Bolimowa w Łódzkiem. Ekipa Fundacji Judyta wchodzi z policją i Powiatowym Inspektoratem Weterynarii do hodowli Nescaland Kennel. Legalnej, zarejestrowanej w Związku Kynologicznym w Polsce (ZKwP), należącej do jednej z członkiń zarządu gdyńskiego oddziału. Psy z tej hodowli na wystawach dostawały medale.
Właścicielka to Katarzyna P., która będzie odpowiadała przed sądem za znęcanie się nad zwierzętami.
Fundacja Judyta odebrała 51 psów, niektóre w tak ciężkim stanie, że walczą o życie. Na miejscu znaleziono 16 ciał martwych psów.
Na zdjęciu głównym widać kilka ujęć z tej i innych interwencji. Fot. Fundacja dla Szczeniąt Judyta i Fundacja Mondo Cane
„Smród, który się wydobywał, ten fetor, który my czuliśmy paręnaście metrów dalej, był porażający” – relacjonuje Fundacja Judyta. „Jak otworzono garaż, gdzie było 16 ciał, dramat, słuchajcie, dramat. Tu dochodziło do znęcania się nad zwierzętami” – słyszymy na nagraniu po kilkunastogodzinnej interwencji w hodowli. Na innych nagraniach widać wychudzone, 28-kilogramowe bernardyny. Psy tej rasy powinny ważyć około 60 kilogramów.
„Według ustalonych informacji psy wychodziły na zewnątrz raz w tygodniu, rotacyjnie” – podaje Fundacja Judyta.
Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt, który ma pod opieką 15 bernardynów z hodowli Katarzyny P. pokazuje zdjęcia psów i komentuje: „W dniu odbioru sierść na łapach i brzuchu była żółto brązowa od moczu. To nie jest »brud po spacerze«. Taki kolor oznacza, że zwierzę przez długie tygodnie żyło we własnych odchodach, a mocz wżarł się w okrywę włosową. Wskazuje to na długotrwałe przetrzymywanie w warunkach, w których nie da się zachować czystości, bo nie ma jak, nie ma gdzie, i nikt o to nie dba. Psiak był przetrzymywany niemal bez przerwy w plastikowym kontenerze transportowym! Kontener miał być jego całym światem. Efekt widać od razu. Zanik mięśni, bo nie chodził. Otarcia na głowie, bo rósł i przestał się mieścić, więc uderzał czaszką o górną część kontenera. Taki był jego los”.
Psy – nie tylko bernardyny, ale również owczarki australijskie, pudle i corgi – trzymane były w ciasnych transporterach, ułożonych jeden na drugim. Stały we własnych odchodach, co spowodowało ciężkie odparzenia. Skutków zdrowotnych jest więcej: u psów stwierdzono zapalenia płuc, guzy listw mlecznych, problemy neurologiczne.
Fundacja Judyta pokazała również Pablo, czarnego pudla. „Ogromny stan zapalny spojówek, ropny wypływ z nosa, owrzodzenie rogówki. Ból, dyskomfort, cierpienie, które widać od pierwszego spojrzenia. Uszy? Dramat. Jeden wielki świerzb i grzyb” – piszą obrońcy zwierząt.
Na relację z interwencji zareagował zarząd główny Związku Kynologicznego w Polsce. „Zdarzenie to jest wyjątkowo bulwersujące i nie do zaakceptowania. Nie istnieje żadne usprawiedliwienie dla prowadzenia hodowli w warunkach, które narażają zwierzęta na cierpienie. Dobrostan psów stanowi fundamentalną wartość Naszej Organizacji, a każde przejawiające się wobec nich zaniedbanie traktujemy jako szczególnie dotkliwe i niedopuszczalne” – czytamy. Gdyński oddział poinformował o zawieszeniu Katarzyny P. w prawach członka Związku.
Organizacje prozwierzęce, ale także zrzeszeni w ZKwP hodowcy uważają, że to wciąż za mało, a reakcja nastąpiła za późno. Obowiązkiem Związku jest kontrolowanie zrzeszonych hodowców. Tutaj przez lata nikt nie zauważył, że Katarzyna P. znęca się nad zwierzętami.
Jedna ze zrzeszonych w ZKwP hodowczyń, która chce zachować anonimowość, mówi w rozmowie z OKO.press: „Do czegoś takiego w ogóle nie miało prawa dojść, a właścicielka tej hodowli musi podnieść odpowiedzialność. Uważam, że trzeba ją ukarać ze skutkiem natychmiastowym, wyrzucić ją ze Związku i wyciągnąć konsekwencje. Powinny polecieć głowy, również na tych wysokich stanowiskach w Związku. To jest hańba i szok dla nas, hodowców, którzy dbają o swoje psy. Dla których hodowla to jest pasja, a psy to członkowie rodziny”.
Psy odebrane Katarzynie P. są w tym momencie pod opieką lekarzy weterynarii i groomerów. Jeden z odebranych owczarków australijskich miał tak zlepioną sierść na nogach, że groomer musiał całkowicie ogolić mu łapy, żeby dostać się do odparzonej skóry.
„Trwa akcja ratowania życia i zdrowia psów – trafiły z hodowli brudne, cuchnące, z nieleczonym kamieniem na zębach i z chorobami” – mówi adwokat Katarzyna Topczewska, która reprezentuje w tej sprawie Fundację Judyta. „Na razie nie będą mogły trafić do adopcji. Ta jest możliwa dopiero po prawomocnym wyroku skazującym za znęcanie się nad zwierzętami. W takich przypadkach psy mogą zostać zabezpieczone zarówno administracyjnie, jak i karnie. Ja już poinformowałam Urząd Gminy o odebraniu zwierząt, więc rozpoczęłam procedurę postępowania administracyjnego. Natomiast prokurator może zdecydować o zabezpieczeniu psów jako dowodów rzeczowych w sprawie. W każdym z tych scenariuszy, psy nie będą mogły trafić do adopcji stałych – mogą zostać przekazane ewentualnie do domów tymczasowych. Jednocześnie jesteśmy bombardowani telefonami od różnych ludzi, którzy uważają, że odebrane z hodowli psy są ich własnością i domagają się ich zwrotu” – wyjaśnia prawniczka.
Jak dodaje, każde takie zgłoszenie musi być analizowane, bo wielokrotnie w podobnych sprawach dochodziło do fałszowania umów sprzedaży psa.
„Wszystkie zwierzęta z tej hodowli zostały zabezpieczone, a interwencyjnie można odebrać zwierzęta nie tylko właścicielowi, ale także opiekunowi” – komentuje Katarzyna Topczewska.
Co dalej stanie się w tej sprawie? Prawniczka wyjaśnia, że najprawdopodobniej zabezpieczone zwłoki zwierząt będą poddane badaniom sekcyjnym, aby ustalić przyczynę zgonu. „Moim zdaniem hodowczyni powinno się postawić zarzut znęcania się nad zwierzętami ze szczególnym okrucieństwem, które doprowadziło do śmierci psów. Zobaczymy, co jeszcze wyjdzie w trakcie postępowania” – dodaje.
O sprawę Katarzyny P. zapytaliśmy również ZKwP. „Zgodnie z dostępną dla mnie wiedzą do ZKwP nie docierały zgłoszenia dotyczące tej hodowli. Jednocześnie mamy świadomość, że skuteczność reagowania w dużej mierze zależy od dostępu do informacji i sygnałów z zewnątrz, dlatego przykładamy dużą wagę do usprawniania procedur i wzmacniania mechanizmów reagowania” – odpowiada Agnieszka Wojtala, rzeczniczka Związku. „Psy zarejestrowane przez Katarzynę P. w ZKwP brały udział w wystawach psów rasowych. Podczas tych wydarzeń ich wygląd oraz zachowanie nie wzbudzały zastrzeżeń ani nie sygnalizowały problemów zdrowotnych” – dodaje.
Na pytanie, czy ZKwP współpracuje z organizacjami, które opiekują się odebranymi psami, odpowiada: „Związek Kynologiczny w Polsce pozostaje w bezpośrednim kontakcie z organem odpowiedzialnym za zabezpieczenie odebranych psów. ZKwP zadeklarował – zarówno ustnie, jak i pisemnie – gotowość do niezwłocznego przekazania karmy oraz suplementów do miejsca wskazanego przez Urząd Miasta i Gminy Bolimów. Równolegle Związek deklaruje gotowość objęcia najbardziej potrzebujących psów specjalistyczną opieką weterynaryjną w Uniwersyteckim Centrum Medycyny Weterynaryjnej w Poznaniu oraz na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Deklarujemy także wsparcie w organizacji domów tymczasowych i stałych dla wszystkich zwierząt odebranych w ramach interwencji”.
„Przez lata my, obrońcy zwierząt, broniliśmy ZKwP jak lwy” – mówi w rozmowie z OKO.press Katarzyna Śliwa-Łobacz z Fundacji Mondo Cane. „Czegoś musieliśmy się trzymać – bo przecież skoro chcemy likwidować pseudohodowle, to musimy się na czymś oprzeć, prawda? Pokazać, że jest jedna organizacja, która powinna swoich hodowców kontrolować. Ale potem, w trakcie debat nad Piątką dla zwierząt, usłyszałam w Senacie od przedstawicieli ZKwP, że organizacje kradną zwierzęta. Zaświeciła mi się czerwona lampka. Niedługo później sami prowadziliśmy interwencje w hodowlach zarejestrowanych w ZKwP. Dlatego teraz widzę, że ta walka o monopol ZKwP była błędem. Nie zarzucam im »wypadku przy pracy« w jednej hodowli. Ja im zarzucam, że są skostniałą organizacją, która toleruje takich hodowców od lat” – dodaje.
Ujawnienie sprawy Katarzyny P. stało się początkiem dyskusji o hodowaniu psów w Polsce. Marsz Wyzwolenia Zwierząt na swoim profilu facebookowym opublikował stanowisko, w którym pisze „Hodowle psów i kotów rasowych (a także wszystkich innych zwierząt) są z gruntu złe, bo opierają się na produkcji zwierząt w celu ich spieniężania”. W mediach społecznościowych po interwencji w hodowli Nescaland wielokrotnie przewinęły się apele o delegalizację tego biznesu.
„Nie możemy odpowiadać za to, co zrobiła inna hodowczyni. My – hodowcy, którzy odprowadzają składki członkowskie, dbają o zwierzęta. Moje psy śpią w łóżku, są dla mnie członkami rodziny” – mówi nam jedna z hodowczyń.
W Polsce założenie legalnej hodowli psów czy kotów jest dziecinnie proste – mówi Katarzyna Śliwa-Łobacz. „Wystarczy pójść do starosty i założyć stowarzyszenie. Potrzeba kartki papieru z regulaminem, w którym trzeba napisać, że będzie się hodować pieski rasowe i wystawiać rodowody. Z tym zgłasza się do urzędu z dwiema osobami, nazywa stowarzyszenie jakkolwiek przyjdzie nam do głowy – Miłośnicy Psów Rasowych, Najrasowsze Psy na Świecie – i już jest się legalnym hodowcą psów rasowych. Bo w polskim prawie nie ma ani definicji psa rasowego, ani opodatkowania hodowli. Można rozmnażać jakiekolwiek psy i wystawiać im rodowody drukowane na domowej drukarce, nikt tego nie kontroluje” – wyjaśnia.
Taką furtkę otworzyła hodowcom nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt z 2012 roku. Wcześniej w Polsce istniało kilka zrzeszeń, w tym najstarsze i najbardziej szanowane ZKwP, do którego zapisywali się hodowcy. Cała reszta to były „pseudohodowle”, rozmnażające psy bez kontroli. Psy rodziły się w stodołach i piwnicach. Były sprzedawane za grosze. Często chore, nieodrobaczone, niezaszczepione.
Żeby to ukrócić, w 2012 roku dopisano do ustawy, że każdy hodowca musi być zrzeszony w ogólnokrajowej organizacji społecznej, której statutowym celem jest działalność związana z hodowlą rasowych psów lub kotów. To – wbrew założeniom nowelizacji – otworzyło drogę do legalizacji pseudohodowli. Hodowcy nie musieli zapisywać się do istniejących już zrzeszeń – mogli zakładać swoje, żeby zalegalizować działalność.
Organizacji, nazywanych przez obrońców zwierząt ironicznie „Stowarzyszeniami burka i kocurka”, pojawiły się setki, jeśli nie tysiące. Nie wiadomo, ile ich jest – nikt takiej ewidencji nie prowadzi. Stowarzyszenia hodowców nie muszą być nawet zarejestrowane w Krajowym Rejestrze Sądowym.
„Te stowarzyszenia oczywiście nie mają takiej historii jak ZKwP. Nazywane są przez wiele osób pseudohodowlami, natomiast w świetle przepisów mają prawo sprzedawać psy i wydawać rodowody” – wyjaśnia Izabela Kadłucka, biolożka, psycholożka, biegła sądowa z dziedziny psychologii zwierząt.
Hodowle zrzeszone w ZKwP to, przynajmniej w teorii, elita. Psy mają udokumentowane drzewo genealogiczne, zdobywają medale na wystawach, a ceny za szczeniaki są odpowiednio wysokie (tymczasem u „burka i kocurka” psa można dostać nawet za kilkaset czy tysiąc złotych). Związek Kynologiczny w Polsce jest zrzeszony w FCI – Międzynarodowej Federacji Kynologicznej, która w każdym kraju wybiera jedno zrzeszenie członkowskie. FCI ustala wzorce ras, umożliwia sprowadzanie ras z innych krajów, prowadzi też międzynarodowe konkursy i wystawy, do których dopuszczani są wyłącznie zrzeszeni hodowcy.
„Za drugą definicję pseudohodowli możemy uznać te hodowle, w których dochodzi do nadużyć względem zwierząt. Niezależnie od tego, czy są zrzeszone w ZKwP, czy w innym stowarzyszeniu” – kontynuuje Izabela Kadłucka. „O pseudohodowli mówimy, kiedy cel ekonomiczny jest ważniejszy niż dobrostan zwierząt. Psy są mocno »eksploatowane«, nie pilnuje się tego, żeby suka po okresie ciąży i porodu miała odpowiednio długi czas na regenerację. Zdarza się też, że zwierzęta są oddawane po okresie reprodukcyjnym. Nie ma więzi między właścicielem a psem, najważniejsza jest funkcja rozrodcza, produkcyjna. Hodowla psów może być bardzo dochodowym biznesem, a to prowadzi do nadużyć, niestety” – dodaje.
Organizacja Marsz Wyzwolenia Zwierząt w swoim stanowisku pisze: „Każda hodowla zwierząt jest zła, ponieważ każda – nawet taka, w której psy czy koty są traktowane poprawnie – podtrzymuje, legitymizuje i utrwala system handlu żywymi, żyjącymi istotami – robi z nich biznes, a jeśli jest biznes – jest optymalizacja i wykorzystywanie – i tam zawsze, z zasady jest przestrzeń na okrucieństwo oraz nikczemny wyzysk”.
Czy zakazać hodowli psów? – pytamy ekspertki.
Hodowczyni: „Zakażemy hodowli i co dalej? Psy rasowe nie trafiają do schronisk. Jeśli już, to bardzo rzadko. Może lepiej najpierw uchwalić prawo, które zakaże rozmnażania kundelków?”.
Izabela Kadłucka: „Sama nie byłabym w stanie w ten sposób zarabiać. Widzimy, szczególnie po takich interwencjach, jak ta ostatnia, że przesuwanie granic może być bardzo kuszące dla hodowców. Że większy zysk może liczyć się bardziej niż dobrostan zwierząt. Natomiast jeśli zlikwidujemy hodowle, które rozmnażają konkretne rasy z konkretnym wzorcem, bardzo szybko wszystkie psy byłyby mieszańcami. A gdybyśmy i zakazali hodowli, i wykastrowali psy nierasowe w celu zapobiegania bezdomności, to psów w Polsce za chwilę nie byłoby już w ogóle. Chociaż spotkałam się z takimi opiniami, że kiedy u nas byłoby mniej psów, moglibyśmy sprowadzać psy z innych krajów. Tak się dzieje obecnie np. na terenie Niemiec, gdzie trafiają psy z Polski i są tam adoptowane”.
Katarzyna Śliwa-Łobacz: „Od lat stoję na stanowisku, że zarabianie na rozmnażaniu zwierząt jest niemoralne. Z drugiej zaś strony nie mogę się kłócić z tym, że od kilkuset lat istnieje kynologia. Nie podoba mi się to, nie zgadzam się z założeniami, ale wiem, że nigdy tego nie zakażemy”.
Agnieszka Wojtala, rzeczniczka ZKwP: „Prowadzona w sposób kontrolowany i zgodny z zasadami dobrostanu hodowla psów ma istotne znaczenie zarówno z punktu widzenia jakości pogłowia i zachowania puli genetycznej ras, jak i potrzeb społecznych. Psy są wykorzystywane użytkowo – m.in. w służbach mundurowych (policja, wojsko, straż graniczna), w ratownictwie, pracy terapeutycznej, sportach kynologicznych, a także pełnią rolę psów towarzyszących, dopasowanych charakterem i predyspozycjami do życia z człowiekiem. Istotnym elementem odpowiedzialnej hodowli jest również dbałość o prawidłowy eksterier psów, rozumiany nie tylko jako kwestia estetyczna, lecz jako zespół cech budowy mających bezpośredni wpływ na zdrowie, sprawność i funkcjonalność zwierzęcia”.
Hodowczyni: „Są pewne rasy psów, które mają określone cechy użytkowe. Na przykład border collie, z którymi pracuję, sprawdzają się w ratownictwie. Wyszkolenie psa ratowniczego to ciężka praca. Ten pies musi mieć określone cechy i predyspozycje, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Ja wkładam jako strażak-ratownik kilkadziesiąt tysięcy złotych z własnego portfela do pierwszych egzaminów. Nie mogę inwestować w ciemno, w psa, który później się nie sprawdzi. Muszę mieć pewność, a w 80 proc. za jego predyspozycje odpowiadają geny. Pozostałe 20 proc. to jest środowisko i wychowanie. Dlatego nie mogę do szkolenia wziąć psa ze schroniska. Poza tym od setek lat rasy były tworzone pod określoną, konkretną pracę. Jest bardzo dużo pasjonatów, którzy kochają zwierzęta, kochają konkretne rasy, chcą z nimi pracować i zajmują się hodowlą”.
Katarzyna Śliwa-Łobacz: „Problem się zaczyna w momencie, kiedy posiadanie hodowli przestaje być hobby. Hobby oznacza, że się do tych swoich zamiłowań dokłada. Jak ktoś pływa jachtem albo gra w tenisa, to ponosi koszty. Natomiast tutaj jest zupełnie odwrotnie. Na psach się po prostu ordynarnie zarabia. Z jednej strony ta kynologia, która istnieć musi, z drugiej zaś strony kompletna niemożliwość uporządkowania tej sytuacji w Polsce. Kiedyś był taki prosty podział: jest Związek Kynologiczny w Polsce i są pseudohodowle. W tej chwili granica się zupełnie rozpłynęła. Przez lata miałam przeświadczenie, że wszystko, co się poza Związkiem dzieje, to jest zło. Natomiast zło zawsze tkwi w człowieku, a w ZKwP też są ludzie. Niedaleko Warszawy jest zrzeszona w ZKwP hodowla, w której pani rozmnaża ponad 50 ras. Kto mi powie, że to jest jeszcze jakieś hobby?”.
Agnieszka Wojtala: „Ewentualna delegalizacja hodowli nie doprowadziłaby do zniknięcia zapotrzebowania na psy, lecz do jego przeniesienia poza jakiekolwiek ramy kontroli. W praktyce oznaczałoby to rozwój nielegalnych, niekontrolowanych źródeł rozmnażania zwierząt, brak nadzoru nad warunkami ich utrzymania, zdrowiem i pochodzeniem, a w konsekwencji – pogorszenie dobrostanu zwierząt, a nie jego poprawę”.
Hodowczyni: „Polskie rodzime rasy to jest przecież nasze dziedzictwo kulturowe. To my wyhodowaliśmy owczarka podhalańskiego, charta polskiego, gończego polskiego, ogara polskiego, polskiego spaniela myśliwskiego i polskiego owczarka nizinnego. Mamy sześć ras rodzimych psów. I co? I przez jedną złą hodowczynię mamy się tego pozbyć?”.
„Hodowla psów to szara strefa” – kontynuuje Śliwa-Łobacz. „Nie wiemy, ile jest hodowli i ile jest psów. ZKwP nie jest instytucją państwową, jest takim samym stowarzyszeniem jak »burki i kocurki«. Nie ma wobec ZKwP żadnych ustawowych obowiązków – w przeciwieństwie na przykład do Polskiego Związku Łowieckiego, który też jest stowarzyszeniem, nie jest instytucją państwową, ale podlega pod konkretną ustawę i jest uwłaszczony na majątku skarbu państwa. W przypadku hodowli nie ma żadnych wymagań, nie ma definicji rodowodu, nie ma obowiązków dobrostanowych” – wylicza.
Izabela Kadłucka dodaje, że w idealnym scenariuszu ZKwP powinien wyznaczać standard dobrych praktyk i być gwarantem tego, że zwierzęta są utrzymywane w odpowiednich warunkach.
„Natomiast jak pokazują interwencje organizacji pozarządowych, hodowle zrzeszone w Związku Kynologicznym nie zawsze są gwarancją tego, że psy żyją w dobrych warunkach” – komentuje. „W lutym 2025 roku siedmioletnia dziewczynka została śmiertelnie pogryziona w hodowli dogów niemieckich, zrzeszonej w ZKwP. W tej sprawie zostały postawione zarzuty i akt oskarżenia, a prokurator postawił też zarzut znęcania nad tymi psami. Ja sama byłam kiedyś w hodowli Związku Kynologicznego, gdzie zwierzęta były trzymane w budynkach gospodarczych, w złych warunkach. Hodowca miał tam bardzo dużo psów” – wspomina.
Katarzyna Śliwa-Łobacz przypomina interwencję Fundacji Mondo Cane z 2019 roku w hodowli ZKwP w Pile.
„To była uznana hodowczyni, z tytułami. Zajmowała się też handlingiem, czyli wożeniem psów innych osób po wystawach za pieniądze. Odebraliśmy jej skrajnie zagłodzoną wyżełkę. Dla tej kobiety to był odpad hodowlany, bo już nie mogła rodzić. Została wsadzona do klatki, żeby tam sobie umarła. Nikt jej nawet nie karmił. Uratowaliśmy ją w ostatnim momencie. Hodowczyni dostała prawomocny wyrok za znęcanie się nad zwierzętami, ale z ZKwP usunięto ją dopiero po roku od decyzji sądu. Co więcej, my jej tego psa odebraliśmy zgodnie z prawem, w asyście policji. Pierwsze co zrobił bydgoski oddział Związku Kynologicznego, to oskarżył nas o kradzież psa. Złożyli zawiadomienie, ale prokuratura to dwukrotnie umorzyła. Ale sama hodowczyni złożyła prywatny akt oskarżenia wobec jednej z aktywistek w naszej fundacji. Sprawa trwa już szósty rok”.
Kilka dni po głośnej interwencji w hodowli Katarzyny P. Fundacja dla Szczeniąt Judyta poinformowała o kolejnej akcji – w hodowli Pawła Ć. w gminie Zagnańsk. „11 psów jeszcze żyło. Trzy boksery były już martwe – dwa dorosłe i psie dziecko Żywe psiaki to chodzące szkielety. Psy umierały z zimna, zagłodzenia lub z powodu zabijania ich paralizatorem” – czytamy w poście Fundacji.
Paweł Ć. trafił (na razie) na trzy miesiące do aresztu. ZKwP poinformował, że mężczyzna zapisał się do Związku, jednak nigdy nie prowadził w ramach członkostwa hodowli. „Hodowla” bokserów była nielegalna.
„Hodowcy zarejestrowani w Związku Kynologicznym w Polsce podlegają kontroli zgodnie z obowiązującymi regulaminami. Zgodnie z Regulaminem Hodowli Psów Rasowych ZKwP hodowca ma obowiązek umożliwić Oddziałowej Komisji Hodowlanej kontrolę warunków utrzymania psów oraz ich kondycji” – informuje rzeczniczka Związku.
Od hodowców słyszymy, że wiele zależy od oddziału, pod który się podlega. „Mój oddział robi kontrole zawsze w miejscu prowadzenia hodowli. ZKwP robi przegląd miotów, zwraca uwagę na przykład na to, czy szczenięta są dobrze zsocjalizowane. Opisuje warunki, w jakich żyją psy” – wylicza jedna z hodowczyń. „Znam te realia, choć miałam tylko kilka miotów, to moja hodowla jest zarejestrowana od ponad 20 lat. Dlatego nie mogę uwierzyć w to, co się tam [w hodowli Katarzyny P.] wydarzyło” – dodaje.
Katarzyna Śliwa-Łobacz nie przebiera w słowach i o ZKwP mówi „obrzydliwa organizacja”. „Tam jest trzymanie się władzy, tam są apanaże, pensje, opłacane wyjazdy zagraniczne. To powoduje, że ZKwP jest skostniałe, w ogóle się nie reformuje i nie ma procedur kontrolnych. Gdyby nie organizacje prozwierzęce, nie dowiedzielibyśmy się o tym, co dzieje się za drzwiami szanowanych zrzeszonych hodowli. Ostatnia interwencja tylko dowodzi tego, że tam nic nie działa” – komentuje.
Jak dodaje Izabela Kadłucka, przepisy powinny być bardzo restrykcyjne i egzekwowane – tak, żeby zapobiegać patologiom zarówno w „elitarnych” hodowlach, jak i w tzw. pseudohodowlach.
„ZKwP prowadzi kontrole, ale z jakiegoś powodu one nie wykazują nieprawidłowości. Inni hodowcy zapisują się do różnych stowarzyszeń, a te nigdy nie interesują się tym, co dzieje się w hodowlach. Być może potrzebujemy państwowego organu, który przeprowadzałby niezależne inspekcje” – zastanawia się.
W Sejmie na procedowanie czekają projekty ustaw, które mogłyby rozwiązać przynajmniej część problemów z hodowlami.
Posłowie i posłanki Polski 2050 złożyli w 2024 roku projekt ustawy „O działalności stowarzyszeń felinologicznych i kynologicznych oraz organizacji hodowli kotów i psów rasowych”. Projekt trafił do pierwszego czytania, po czym prace nad nim stanęły.
Zakłada stworzenie rejestru stowarzyszeń, wprowadza obowiązek prowadzenia ksiąg hodowlanych i wykazu hodowców oraz określa warunki dobrostanowe. Ustawa zawiera definicję hodowcy, rodowodu, kota i psa rasowego – czyli to, czego teraz w przepisach brakuje i co skutkuje możliwością zarabiania na rozmnażaniu kundelków (czy psów „w typie rasy”).
Katarzyna Śliwa-Łobacz wskazuje jednak, że według projektu hodowle kontroluje samo stowarzyszenie, w którym hodowca jest zarejestrowany. To może prowadzić do nadużyć, jakie znamy już z hodowli ZKwP.
Drugi projekt, który zajął się regulacją biznesu hodowlanego, to obywatelski projekt „Stop łańcuchom, pseudohodowlom i bezdomności zwierząt”. Zakłada:
Obywatelski projekt, stworzony przez Vivę, OTOZ Animals, Mondo Cane i Akcję Demokrację, pod którym podpisało się ponad pół miliona Polek i Polaków, czeka na swoją kolej w Sejmie.
Katarzyna Śliwa-Łobacz: „Gdyby udało się przyjąć te przepisy, moglibyśmy wreszcie policzyć, ile jest hodowli. Inspekcja weterynaryjna mogłaby je kontrolować. Gwarantuję, że większość pseudohodowli dzięki tej ustawie zamknęłaby się od razu”.
Dziennikarka, reporterka, redaktorka, współkierowniczka działu społeczno-gospodarczego (razem z Jakubem Szymczakiem). Zarządza również pracą zespołu klimatycznego. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim prawami zwierząt, ochroną rzek, lasów i innych cennych ekosystemów, a także sprawami dotyczącymi łowiectwa, energetyki i klimatu. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego za reportaż o Odrze i nagrody Fundacji Polcul im. Jerzego Bonieckiego za "bezkompromisowość i konsekwencję w nagłaśnianiu zaniedbań władz w obszarze ochrony środowiska naturalnego". Urodziła się nad Odrą, mieszka w Krakowie.
Dziennikarka, reporterka, redaktorka, współkierowniczka działu społeczno-gospodarczego (razem z Jakubem Szymczakiem). Zarządza również pracą zespołu klimatycznego. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim prawami zwierząt, ochroną rzek, lasów i innych cennych ekosystemów, a także sprawami dotyczącymi łowiectwa, energetyki i klimatu. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego za reportaż o Odrze i nagrody Fundacji Polcul im. Jerzego Bonieckiego za "bezkompromisowość i konsekwencję w nagłaśnianiu zaniedbań władz w obszarze ochrony środowiska naturalnego". Urodziła się nad Odrą, mieszka w Krakowie.
Komentarze