0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Jakub Wlodek / Agencja Wyborcza.plFot. Jakub Wlodek / ...

Napisałaś książkę o wsiach wysiedlonych przez powojenny przemysł ciężki. „Większość opisywanych w tej książce miejsc już nie istnieje” – zaczynasz. I na przekór ich nieistnieniu ruszasz w drogę i przywracasz im nazwy i topografie. Gdzie ty, historyczka literatury zajmująca się przez lata tematyką Zagłady, zaczęłaś tę podróż?

Pod Bełchatowem. Tam usłyszałam pierwsze opowieści o wysiedleniach z powodu budowy kopalni odkrywkowej węgla brunatnego. I przepadłam. Miałam szczęście, ponieważ od razu trafiłam na ludzi, którzy się przede mną otworzyli. Pokazywali mi zdjęcia, pamiątki, przekazywali kolejne kontakty. I natychmiast zaczęli opowiadać. Zafascynowało mnie, jak dokładnie wszystko pamiętają. Niezależnie od wieku czy wykształcenia, schematy ich pamięci się powtarzały. Przechowali w niej cały tamten świat: nazwy ulic, porządek, w jakim stały domy, nazwiska sąsiadów. Z zajmowania się Zagładą wyniosłam przekonanie, że ocalanie pamięci po osobach lub miejscach, które przestały istnieć, powinno się odbywać poprzez przywracanie szczegółów. Ani inskrypcja na nagrobku, ani informacje w dokumentach nie są w stanie wywołać emocji związanych z ludzkim nieistnieniem. Z tą myślą jeździłam do kolejnych bohaterów. Czułam, że za długo trwa cisza wokół tego tematu i coraz mniej zostało czasu, by te historie opowiedzieć.

Zmęczeni czekaniem

O jakich latach dokładnie piszesz?

Najwcześniejsze powojenne wysiedlenia, o których opowiadam, dotyczą lat sześćdziesiątych i wsi w dawnym województwie konińskim. Gdybym chciała opisać wszystkie miejscowości, musiałabym cofnąć się jeszcze do lat pięćdziesiątych i wiosek wchłoniętych przez powstanie Nowej Huty. W ich kontekście pojawia się w „Bliznach” Pleszów, po którym zostały ciekawe opisy socjologiczne, dające wgląd w poczucie krzywdy tamtych ludzi. W książce skupiam się na przedziale od lat siedemdziesiątych do dwutysięcznych, czyli od połowy powojennego procesu industrializacji do samego jej końca. Tu pierwsze na osi czasu znajdują się Piaski, wysiedlone pod koniec lat siedemdziesiątych pod wspomnianą kopalnię „Bełchatów”, jednak opowieści mieszkańców sięgają znacznie dalej wstecz. Nastroje wysiedleńcze zaczęły się niemal dekadę wcześniej, gdy odkryto złoża węgla.

Ludzie czuli, że coś może się wydarzyć i w tym poczuciu mijały im kolejne lata. Pod koniec byli już tym czekaniem bardzo zmęczeni.

Żadna wieś nie zniknęła z dnia na dzień, a postęp nie kroczył bezgłośnie. Słuchałaś o pierwszych odwiertach pod kopalnie Bełchatów, Turów, Machów, o warkocie koparek, urzędnikach pukających do drzwi, o pierwszych wyprowadzkach. W przypadku wsi zatruwanych na przykład przez Hutę Miedzi Głogów te znaki wyglądały inaczej. To były wymierające ule, poczerniałe uprawy, fatalne wyniki badań lekarskich wśród mieszkańców.

Przy okazji pisania tego rozdziału dowiedziałam się, że w latach 80. i 90. istniała już w Polsce psychologia ekologiczna. Podczas kwerendy trafiłam na prace publikowane na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, na przykład „Stres psychologiczny w sytuacji kryzysu ekologicznego” Adama Bieli. Opisywano w nich niedolę rolników z Bogomic czy Rapocina, którzy nie potrafili sobie poradzić ze skalą zniszczeń, a mimo to cały czas żyli i pracowali w tej skażonej ziemi. Byli na to w pewnym sensie skazani, bo długo nie mieli dokąd iść. Żyli z coraz większą świadomością chemicznego skażenia, chorowały im dzieci, wielu z nich chciało się wyprowadzić.

Przeczytaj także:

Wiele głosów, jedna opowieść

Pojedyncze historie opisywanych przez ciebie wsi różnią się od siebie, ale w opowieściach mieszkańców brzmią czasami jak jedna, wspólna, wysiedlona miejscowość.

Dzieje się tak, bo wysiedlenie jest doświadczeniem w pewnym sensie powtarzalnym, podobnym; zdarzało się nawet, że ludzie z różnych wsi miewali takie same sny. Podobnie było z opowieściami. Często były mocno zakorzenione w rodzinach i przez to gęste, pełne szczegółów, bo krążyły od lat między babcią, wujem, ojcem i synem. Zdania miały swój rytm, melodyjność, były pozbawione suchej specyfikacji. Chciałam, żeby część tego przeniknęła do książki. Jednocześnie uważałam, by nadmiernie nie epatować poetyckością, nie tworzyć melodramatów, nie opowiadać historii rozpadu rodzin czy więzi, choć te wątki są tam obecne. Długo szukałam własnego języka, by o tym pisać.

Co ci w tych poszukiwaniach pomagało?

Literatura. Często wracałam do książki „Słone łąki” Dorthe Nors i do „Pustego lasu” Moniki Sznajderman, inspirowały mnie też PRL-owskie reporterki, niesamowicie rzeczowe, terenowe, jak Celina Kulik. Chciałam znaleźć sposób na to, żeby w tej książce przemówili nie tylko ludzie, ale i przyroda. Zakochałam się w krajobrazach, które objeżdżałam. Próbowałam zrozumieć, na co patrzę – te rozległe kratery, pustka, która powstawała w otoczeniu zupełnie niesamowitych lasów. Widać tam pewną surowość i zależało mi na tym, by przejawiała się ona również w warstwie językowej. Szczegółowe opisy tego, jak wyglądały wsie przed wysiedleniem, znajdowałam w monografiach historyków i etnografów, ale przede wszystkim w prasie. Często portretowano je jako zacofane, o przyrodzie wokół nich pisano z pogardą, z kolei w opowieściach dawnych mieszkańców słyszałam czułość wobec tego krajobrazu. Chciałam ją dobrze oddać. Zrozumiałam, że doświadczenie ludzi i przyrody nie różni się od siebie, bo bezwzględność wobec jednych i drugich jest bardzo podobna.

Ludzie do ostatniej chwili uprawiali warzywa, sadzili kwiaty, troszczyli się o rośliny i potem, o ile tylko to było możliwe, zabierali je ze sobą.

Chcieli zachować to, co do nich należało. Robili to również z przyczyn czysto materialnych, bo drzewa zabrane z własnej ziemi mogli potem sprzedać. Lasów, rzeki, dzikiej przyrody zabrać nie mogli. Drzewa wycinano, rzeki wysychały lub przenoszono je.

Ceną za postęp były zmiany w krajobrazie. Ze strony internetowej Ośrodka Sportu i Rekreacji Góra Kamieńsk dowiemy się, że została ona „usypana z półtora miliarda metrów sześciennych nadkładu – piasków, żwirów, iłów i ich mieszaniny, gliny – zebranego z odkrywki Bełchatów”. Ty piszesz o Ruszczynie, jednej z wysiedlonych wsi, którą „przez kolejne siedemnaście lat zasypywano resztkami Woli Grzymalinej, Kucowa, Stawku, Rogowa, Folwarku. Zasypywano go kawałek po kawałku, metr po metrze, a później usypano na nim dwustumetrowy kopiec. Tak powstała Góra Kamieńsk – największa sztuczna góra w środkowej Polsce, góra gór”. Dziś kusi narciarzy najdłuższym stokiem w Polsce.

W którejś kopalni usłyszałam, że górnictwo odkrywkowe poprawia krajobraz, bo daje ludziom góry. W przypadku odkrywek nie mamy do czynienia z hałdami znanymi z górnośląskich, głębinowych kopalni węgla kamiennego. Tych drugich często długo się nie rewitalizuje, zbity wewnątrz hałd węgiel płonie, z hałdy unoszą się pyły. Kopalnia odkrywkowa z jednej strony się rozszerza, a z drugiej zasypuje. Rekultywacja i obsadzanie takich zwałowisk może przebiegać bardzo płynnie. W Polsce już od późnych lat pięćdziesiątych dokonywano ważnych odkryć z zakresu botaniki i inżynierii środowiska, przyłożyliśmy się do postępu na skalę Europy. I faktycznie, jeśli patrzy się na zalesione wzgórze, daje to pozory większego dbania o krajobraz. Chyba że się wie, co tam było wcześniej.

Na brzegu Jeziora Tarnobrzeskiego Dorota Kozioł opowiada ci, jak wiosną 1969 roku, tuż przed maturą, jako jedna z ostatnich opuszczała razem z matką Machów. Miejscowość wysiedlono pod największą na świecie kopalnię siarki w Tarnobrzegu. Nie przetrwała ani wieś, ani kopalnia, ostatecznie zamknięto ją w połowie lat dziewięćdziesiątych, a zasypany teren zalano. „Tam, gdzie jest ta żaglówka, gdzieś w połowie między nią a brzegiem, stał mój dom”, mówi. Teresa, której wieś pochłonęło Pole Szczerców, jedno z trzech pól wydobywczych w kopalni „Bełchatów”, pokazuje ci rozległe, piaszczyste zagłębienia terenu. „Tam, gdzie ta koparka stoi, to była Dębina”, mówi. Ich oczami patrzymy na to, czego już nie ma. A co ty widzisz, kiedy im towarzyszysz?

Jeśli mówimy o kopalni odkrywkowej, to przede wszystkim ja jej właściwie nie widzę, tak jest gigantyczna. W tym sensie podobnie doświadcza się kopalni głębinowej, której nie da się ogarnąć wzrokiem z powodu ciemności, rozmieszczenia i niedostępności korytarzy. Górnictwo głębinowe fascynuje, narastają wokół niego mity, jest związane z gnozą, głębią, z psychoanalizą. Odkrywki nie mają takiej mitologii. Ich nie widać ze względu na odległości. Kiedy stoję na punkcie widokowym „Bełchatowa”, to jakbym się nie wysilała, nie jestem w stanie wypatrzyć nawet, kto chodzi po jej terenie. Oglądana z góry przywodzi na myśl romantyczne skojarzenia z kraterem. Aby zrozumieć, co jest w środku, trzeba do niej zejść. Tam nie ma przestrzeni na zajmowanie się czymkolwiek poza wydobyciem i bezpieczeństwem. Tam nie ma również miejsca dla ludzi, w każdym możliwym znaczeniu. Chciałam, żeby czytelnik poczuł mikrość człowieka, który staje na jej dnie, żeby zdał sobie sprawę, jak trudna do uchwycenia jest to skala i jak marginalizuje wszystko inne. Paradoksalnie, sama czułam się w tych przestrzeniach bardzo dobrze. Zrozumiałam, jeżdżąc tam, jak duszno i ciasno jest mi na rodzinnym Śląsku. To są mimo wszystko inne krajobrazy.

Jakie były te, w których dorastałaś?

Pierwszy był miejski, blokowiskowy. Do szóstego roku życia mieszkałam przy kopalni i koksowni Dębieńsko. I przy wielkich, stożkowych hałdach, jednych z najwyższych w Europie. Potem przeprowadziliśmy się na drugą stronę tych hałd, w zupełnie inny krajobraz, wiejski, jak w „Dzieciach z Bullerbyn”. Sporo rodzin stamtąd powyjeżdżało do Niemiec. Była nas garstka dzieci, całe dnie spędzaliśmy na podwórku i w lesie. Mieszkałam tam do końca podstawówki. Był jeszcze Rybnik i dom mojej babci, tuż obok fabryki Ryfama, był Knurów i kopalnia oddalona kwadrans od mojego domu, widziałam ją z okien. Z tych miejsc pamiętam huk maszyn, stukot, rytm i jego repetytywność, jak w muzyce. Towarzyszył mi od świtu do nocy, dawały mi jakiś punkt zaczepienia. To krajobraz w znacznej mierze dźwiękowy, bo przemysł na Górnym Śląsku jest bardziej ściśnięty, a kopalni, którą ma się za płotem, nie widać bardzo szczegółowo. Po przeprowadzce do Katowic do tego krajobrazu doszły mi za to wieże szybowe.

Czasem łapię się na tym, że patrzę na koła od wyciągu i czuję ulgę. Jeszcze się kręcą, znaczy, że jeszcze oddycha.

Większość dorosłych osób w miastach górniczych ma podobnie. Długo jednak nie patrzyłam na te wszystkie miejsca jak na tereny przemysłowe czy poprzemysłowe, dopiero w pandemii zaczęłam chodzić po nich bardziej świadomie. Zaczęłam od Szopienic, opisanych i pokazanych w „Ołowianych dzieciach”. Dotarło do mnie, że krajobraz, na który patrzymy, jest nam dany we fragmentach i aby go zrozumieć, uporządkować, trzeba poszukać historii.

Postęp i raj utracony

W książce rozbrajasz dwa mity. Pierwszym jest mit postępu, konstruowany przez rządową propagandę. Przemysł był w nim synonimem cywilizacyjnego skoku. Drugi, mit raju utraconego, pielęgnowano w pamięci wysiedleńców, opisywano w wierszach i rodzinnych przekazach.

Z mitami trzeba ostrożnie. Ludzie coś za te wysiedlenia jednak dostali – pieniądze, mieszkania. To były i są silne, wiejskie osoby ze środowisk, w których martyrologia nie jest w cenie. Praktycznie nikt, może poza mieszkańcami Opolna Zdroju, nie przyznawał się wprost do cierpienia. Raczej stawiali na zaradność, przez co ich opowieść była od razu bardziej wieloznaczna. W roli pokrzywdzonych częściej występowali rodzice, szczególnie ojcowie. Ci drudzy zresztą często

nie dożywali przeprowadzki do miasta albo umierali wkrótce po niej.

Niedawno rozmawiałam z chłopakiem, urodzonym w połowie lat osiemdziesiątych, który tak właśnie stracił ojca. O tych śmierciach mówi się w rodzinach wprost, nie potrzeba medycznych ekspertyz. Kobiety, najczęściej młode, cieszyły się na wyprowadzkę. Wiedziały, że nie będą zmuszone zostać na wsi, zajmować się gospodarstwem, że łatwiej będzie im zaopiekować się starymi rodzicami w mieście. Zresztą młodsze pokolenia często w tym mieście już mieszkały, pierwsze powojenne roczniki urodzone w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych walczyły o to, by się wyrwać i zrobić chociażby maturę. Dlatego nie od razu mieli poczucie krzywdy, ono nadeszło po latach. Dotarło do nich, że dom, do którego być może chcieliby wrócić, nie istnieje.

Kim byłaś podczas tej pracy? Badaczką, kronikarką, reporterką?

Też zadawałam sobie to pytanie. Nie jestem specjalistką od reportażu, nie zaczytywałam się w nim. Wiedziałam, że poetyka reporterska będzie adekwatna, bo kto pisze o przemyśle, ten jest raczej realistą. Sięgałam po współczesne tytuły, wśród nich „Czarny ogród” Małgorzaty Szejnert i „Miedziankę” Filipa Springera, ale również po literaturę PRL-u. Momentami mnie to przytłaczało, czułam, że mierzę się z pewną tradycją pisania i muszę się do niej jakoś odnieść. W końcu zrozumiałam, że to nie mogą być oderwane od siebie historie. Tym, co je spina w całość, jest moja podróż. Wyobrażałam sobie pisanie także jak powolny, niezaplanowany z góry proces kulinarny, stałam nad tym garnkiem i wrzucałam do niego kolejne składniki, po czym próbowałam, co mi z tego wychodzi. Tę metaforę odnoszę zresztą do pisania w ogóle. Nie uważam, że powinno być natychmiast gotowe. Pisanie jest obowiązujące tak długo, jak nad nim pracujesz. Tekst potrzebuje czasu, nabiera powietrza jak ciasto drożdżowe, a ja mogę wtedy patrzeć i sprawdzać, czy przepis działa.

Jak to sprawdzałaś w przypadku tej książki?

U moich bohaterów. Wiedziałam, że to będzie dobre, jeśli oni się w tym odnajdą. To nawet nie była kwestia autoryzacji, tylko czegoś głębszego, do niektórych osób wracałam z tekstem kilkakrotnie, tak były skrupulatne. Nie wyobrażam sobie, bym mogła robić inaczej. Czułam, że pracuję nad tą książką razem z nimi. Zabierali mnie w miejsca, te fizyczne i te, które zachowały się tylko w ich pamięci. Bez tych ludzi nie miałabym szansy na opisanie tego wszystkiego.

Zawarłaś ich w pierwotnym, roboczym tytule tej książki. Długo mieli to być „Ludzie z księżyca”.

Sięgając jeszcze wcześniej, ta książka w ogóle nie miała dotyczyć wysiedleń. Chciałam pisać o poprzemysłowych krajobrazach, o których potocznie mówi się „księżycowe”. To są przestrzenie, w których nie czeka się na ludzi. Skoro jednak do mnie przyszli, to chciałam, żeby efekt końcowy zaspokoił przede wszystkim ich.

Tytułowe blizny możemy rozumieć jako fizyczne ślady po wyciętych z przestrzeni miejscach, ale również jako ślady, które industrializacja zostawiła w tożsamości i pamięci ludzi. Będzie ich więcej?

Pamiętaj, że to nie są zamierzchłe historie. Dębinę, jedną z wsi, o których piszę, wysiedlono w 2022 roku. W Polsce wyczerpują się paliwa kopalne, ale na świecie niekoniecznie. Wielu rzeczy jeszcze nie wiemy, na przykład tego, jak będzie wyglądało życie w pobliżu elektrowni jądrowych. Dopóki istnieje przemysł, będą istnieć wysiedlenia. Niczego nie jesteśmy w stanie przewidzieć oprócz tego, że ktoś zawsze za to zapłaci. Chciałam pokazać, że największą ceną, jaką zapłacili ludzie, był rozpad wspólnot. Ale równie mocno wybrzmiewa w książce fakt, że mimo okoliczności wiele po tych wspólnotach pozostało.

Książka „Blizny. Krajobrazy po przemyśle” ukazała się w marcu 2026 roku nakładem Wydawnictwa Czarne.

Na zdjęciu Dorota Borodaj
Dorota Borodaj

Reporterka, autorka wywiadów, publikowała m.in. w „Dużym Formacie”, magazynach „Pismo” i „Kontakt”, „Wysokich Obcasach”, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Autorka książki "Szkodniki. O ludziach, drzewach i maszynach w Puszczy Białowieskiej".

Komentarze