Dzisiaj słowo „demokracja" w praktyce oznacza ustrój powstały z nieufności wobec ludu – mówi OKO.press francuski filozof. A jednak chodzi na wybory – choć nie zawsze. I czyta Czechowa, bo od niego możemy nauczyć się nie bać wolności
Jacques Rancière to jeden z najważniejszych współczesnych filozofów polityki. W swoich pracach łączy refleksję filozoficzną z analizą historii i teorii sztuki. Jego książki ukazywały się po polsku m.in. nakładem wydawnictwa Krytyki Politycznej.
Rancière to jednak nie tylko teoretyk – to również eseista i publicysta. Od czasu swoich pierwszych prac, w tym niewydanych jeszcze w Polsce Nocy proletariuszy (1981), koncentruje się przede wszystkim na pojęciu równości. Rozwijał je również w koncepcji „nienawiści do demokracji”, według której światowe elity – zarówno finansowe, jak i intelektualne – w rzeczywistości odrzucają samo założenie demokracji. Nie interesuje ich to, czego chcą ludzie; ich potrzeby, często przechwytywane przez prawicę, traktują jako „bezsensowne roszczenia”.
W rozmowie z OKO.press francuski filozof komentuje obecną sytuację polityczną we Francji, broni swoich tez – a także opowiada o swojej najnowszej książce, w której analizuje ulubione nowele Czechowa.
Krzysztof Katkowski: „Nie ma kryzysu demokracji, ponieważ nie ma na świecie prawdziwej demokracji”. Tak powiedział pan niedawno Le Monde. Prowokacyjnie…
Jacques Rancière*: Demokracja – w dosłownym znaczeniu – oznacza władzę ludu. Z tym że trzeba dobrze zrozumieć, co to oznacza: chodzi o władzę tych, którzy z definicji nie powinni jej sprawować. Władzę tych, którzy nie są wykwalifikowani do rządzenia, którzy nie zajmują żadnej uprzywilejowanej pozycji w porządku społecznym. To właśnie jest demos: nie cała populacja ani tylko biedni, lecz wszyscy ci, którzy nie mają żadnego udziału w zarządzaniu kwestiami, które są wspólne dla nas wszystkich.
Demokracja to więc władza równych – władza tych, którzy według logiki kompetencji lub hierarchii nie powinni mieć władzy.
Dlatego demokracja nie jest przede wszystkim instytucją, lecz praktyką, formą działania.
Oczywiście może przybierać formę instytucjonalną, jak w antycznych polis czy w małych republikach, ale u swojego źródła jest sposobem bycia i działania właściwym dla wspólnoty równych.
Czyli według pana współczesne demokracje w rzeczywistości nie są demokratyczne? To stwierdzenie wyjęte z kontekstu może brzmieć absurdalnie.
Ależ to wcale nie jest absurdalne. To, co dzisiaj nazywamy demokracją, w rzeczywistości jest systemem przedstawicielskim, tj. demokracją reprezentatywną. System ten ma charakter oligarchiczny: opiera się na wyborze tych, których uważa się za najbardziej kompetentnych do reprezentowania interesu ogólnego. Tymczasem pierwotnie system przedstawicielski został wręcz stworzony przeciwko demokracji.
Kiedy amerykańscy republikanie tworzyli swoje instytucje, ich obsesją było unikanie demokracji, rozumianej jako bezpośredni udział ludu w rządzeniu. Z czasem jednak nastąpiło przesunięcie znaczenia: system przedstawicielski zaczął nosić nazwę „demokracji”. To paradoks – dzisiaj słowo to w praktyce oznacza ustrój powstały z nieufności wobec ludu.
Innymi słowy, kiedy dzisiaj mówimy o „demokracji”, mamy raczej na myśli kraje, w których funkcjonuje system reprezentacji, mniej lub bardziej skuteczny?
Mówimy o państwach, w których system przedstawicielski działa – zazwyczaj dość dobrze – w krajach bogatych. Ale nawet tam nie chodzi o prawdziwą władzę ludu. Prawdziwa władza ludu, prawdziwa równość polityczna, ujawnia się tylko w formie kontrwładzy, w momentach oporu, protestu, działań oddolnych.
Dlatego, gdy słyszę, że mamy „kryzys demokracji”, odpowiadam: nie, nie ma kryzysu demokracji, ponieważ nie istnieje demokracja, która mogłaby być w kryzysie. Istnieje raczej kryzys naszych systemów przedstawicielskich.
Ale czy stwierdzenie, że system przedstawicielski demokracją nie jest, nie spłyca problemu demokracji nieliberalnych, zmierzających do autorytaryzmu?
Ale ja nie stawiam wszystkiego na jednej płaszczyźnie. Oczywiście, nasz ustrój jest lepszy niż Orbána. To jednak nie oznacza, że jest demokratyczny – tylko że nadal daje większe szanse demokracji niż Węgry Orbána.
Trzeba obserwować tendencje. Weźmy Stany Zjednoczone: prezydent koncentruje władzę, mianuje swoich przyjaciół na wszystkie stanowiska, odwołuje sędziów, którzy nie orzekają po jego myśli, wysyła policję i Gwardię Narodową przeciw uniwersytetom… To kraj, który wciąż nazywamy „demokratycznym”, ale bardzo szybko zmierza w stronę faszyzmu.
Dlatego nie należy ufać nazwom, jakie państwa sobie nadają, lecz ich faktycznym praktykom, temu, co robią w rzeczywistości. Jeszcze rok temu można było powiedzieć: Stany Zjednoczone to coś innego niż Węgry. Dziś nie można tego powiedzieć z taką pewnością.
Mówi pan o sytuacji takiej jak we Francji – załamaniu się klasycznego podziału na lewicę i prawicę?
System francuski, który przez dziesięciolecia funkcjonował według zasady zmiany władzy – lewica, prawica – przestał działać. Kiedy ta dynamika znika, cały mechanizm reprezentacji zgrzyta.
Niedawno w dzienniku Libération Emmanuel Macron został określony jako „nowy król Francji”…
Powiedziałbym, że nie jest przypadkiem, iż takie określenie mogło się pojawić. Od czasów V Republiki Francja funkcjonuje w systemie przedstawicielskim, który jednocześnie nadaje ogromną władzę szefowi państwa. Dziś trudno znaleźć inny system przedstawicielski, w którym prezydent dysponowałby tak rozległymi prerogatywami.
V Republika została zaprojektowana przez i dla jednej osoby – De Gaulle’a – który zamierzał sprawować władzę uprzywilejowaną, stojącą ponad instytucjami przedstawicielskimi. Ale ta koncentracja władzy na szczycie państwa jedynie wzmacniała się w historii V Republiki.
Można więc powiedzieć, że prezydent Francji jest postacią niemal monarchiczną. Uosabia w sobie całą wspólnotę polityczną, ma symbolicznie „ucieleśniać” naród.
System francuski opiera się na podwójnej legitymacji: jednej pochodzącej od parlamentu, drugiej – bezpośredniej – wynikającej ze związku między prezydentem a ludem.
W rzeczywistości to dopiero w XIX wieku, za II Republiki, pojawiła się sama idea funkcji prezydenta we Francji. Co ciekawe, to właśnie rojaliści byli jej inicjatorami. Kiedy w 1848 roku powołano instytucje republikańskie, to oni zaproponowali utworzenie prezydenta republiki, posiadającego władzę zwierzchnią. Liczyli na to, że taka instytucja przygotuje grunt pod powrót monarchii. W rzeczywistości przygotowała ona powrót cesarstwa. Po powrocie republiki zlikwidowano bezpośredni związek prezydenta z ludem. To dopiero De Gaulle sprawił, że prezydent ponownie stał się postacią monarchiczną, odzianą w republikański strój.
A jak widzi pan współczesną francuską lewicę – Jeana-Luca Mélenchona, koalicję Front populaire, tę tradycję, którą niektórzy określają jako nowy jakobinizm? Czy jest to raczej ruch ludowy, czy projekt burżuazyjny o rewolucyjnej retoryce? Innymi słowy: Mélenchon jako Robespierre, a Raphaël Glucksmann, jego bardziej umiarkowany koalicjant – jako Danton…
Ma pan poczucie humoru! Chciałbym przy okazji, żeby ci panowie też mieli go trochę. Ale wracając do porównania: Robespierre i Danton działali w zupełnie innych warunkach. Byli politykami Rewolucji, ale osadzonymi w systemie instytucji, który miał rzeczywiście rewolucyjny charakter. Opierali się na Konwencie [zgromadzeniu prawodawczym zwołanym w 1792 roku – red.], ale też na społeczeństwie obywatelskim, klubach, zgromadzeniach ludowych – całej politycznej infrastrukturze, której dziś po prostu już nie ma.
Dlatego porównanie współczesnych liderów lewicy do Robespierre’a jest dość nietrafione. Dziś nawet ktoś taki jak Mélenchon pozostaje przede wszystkim parlamentarzystą, choć lewicowym – to jednak człowiekiem instytucji. Jego ruch, La France insoumise, jest partią lewicową działającą w ramach parlamentarnych, próbując jednocześnie zachować pozory partii rewolucyjnej.
Jego intensywna aktywność retoryczna, liczne przemówienia, odwołania do tradycji wielkich trybunów ludowych prowadzą do pewnego paradoksu. Tamci trybuni przemawiali w imieniu prawdziwych ruchów społecznych, mających zakorzenienie w ludzie: w klubach, stowarzyszeniach, partiach robotniczych, związkach zawodowych. Dziś wszystko to zniknęło.
Pamiętam czasy, gdy Francuska Partia Komunistyczna była potężna, mocno związana z ruchem związkowym. Istniała wtedy prawdziwa siła polityczna klasy robotniczej. Dziś La France insoumise próbuje przejąć tę retorykę – ten sam język, te same symbole – ale nie ma już tej bazy społecznej. Pozostała forma agitacji, przywołanie dawnej tradycji, której realne fundamenty dawno zniknęły.
Jednym z głównych wątków pańskiej filozofii jest równość. Wraz z pracą Le maître ignorant (1987) rozpoczął pan walkę o uznanie równości wiedzy – na przykład nauczyciela i ucznia, czyli nadanie równości każdemu z głosów w ramach demokracji. Czy bez równości nie ma demokracji?
Wolność i równość to pojęcia, które od zawsze są w centrum samej definicji polityki. Nie chodzi mi jedynie o stwierdzenie, że równość jest ważna, lecz o zrozumienie, że sama definicja polityki zakłada istnienie zdolności, która jest wspólna wszystkim.
Równość nie jest celem do osiągnięcia, lecz punktem wyjścia, zasadą działania. Dziś, nawet jeśli nikt otwarcie nie przyznaje, że opowiada się za nierównością, to w praktyce właśnie nierówność organizuje świat i niszczy samą politykę.
Często przeciwstawia się wolność i równość. Ale pytanie brzmi: co w takim razie rozumiemy przez wolność? W Stanach Zjednoczonych, na przykład, libertarianie powołują się na wolność – ale jest to wolność bogatych do dominowania nad innymi. To wolność tych, którzy mają środki, by wykorzystywać najsłabszych.
Dla mnie wolność oznacza coś dokładnie odwrotnego: ograniczenie władzy, jaką można sprawować nad innymi.
Tak właśnie pojęcie wolności pojawiło się w demokracji ateńskiej. Jego początki sięgają prawa zakazującego zniewalania człowieka, który nie był w stanie spłacić długu. Wolność wtedy oznaczała: nikt nie może uczynić drugiego człowieka niewolnikiem z powodu jego biedy. Wolność i równość zasadniczo znaczą to samo.
Dziś jednak pojęcie wolności zostało wypaczone – stało się przywilejem potężnych. Bombarduje się miasta w imię „wolności”.
Chodzi pan na wybory? Głosuje pan?
To zależy. Nie mam zasady typu „nigdy nie głosuję”. Uważam, że polityka może pojawić się wszędzie. Nie wszystko jest polityczne, ale polityka może wyłonić się w każdym miejscu: w dyskusji o przebiegu autostrady, lokalizacji lotniska, transporcie publicznym – wszędzie tam, gdzie ludzie zaczynają decydować wspólnie.
Głosowanie może być jednym z takich momentów, ale nie należy go mylić z samą polityką.
Pamiętam przykład z Francji z 2005 roku – referendum w sprawie Konstytucji Europejskiej. Tylko dwa kraje w Europie odrzuciły ten projekt, w tym Francja. Uderzyło mnie wtedy, że ludzie naprawdę zaczęli dyskutować. Zaczęli czytać tekst, analizować go, debatować – w pewnym sensie stali się obywatelskimi prawnikami.
To było coś wyjątkowego: nagle ludzie bez formalnych kompetencji odkryli, że mogą rozumieć prawo, debatować o nim, kwestionować je. W końcu nie tyle wynik głosowania był ważny, ile to, co wyprodukował sam proces – poczucie, że każdy może uczestniczyć w dyskusji o wspólnych regułach.
Dlaczego dopiero przy takiej okazji ludzie się zaktywizowali? Może to problem samych instytucji?
Problem jest głębszy – to problem naszej Konstytucji, tej z V Republiki. We Francji jedynym prawdziwym wydarzeniem politycznym, w sensie mobilizacji masowej, pozostają wybory prezydenckie. Cały system jest wokół nich zorganizowany.
Spójrzmy na Mélenchona – już dzień po wyborach zaczyna myśleć o kolejnych, które odbędą się za pięć lat. Cała jego strategia, cała polityka jego obozu skierowana jest ku temu horyzontowi. Tymczasem polityka nie może sprowadzać się do kalendarza wyborczego.
Nie wiem, co powiedział panu Alain Badiou, kiedy był pan u niego tak dawno, w Paryżu – ale nie zdziwiłbym się, gdyby stwierdził, że nigdy nie głosuje. Ja podchodzę do tego inaczej. Uważam, że nawet w trakcie wyborów może pojawić się moment polityczny – chwila dyskusji, refleksji, przebudzenia. Ale nie należy mylić polityki z wyborami. Głosowanie jest procedurą, dzięki której ci sami ludzie powtarzają swoje pozycje i potwierdzają, że to oni mają prawo „zajmować się polityką”.
Nie podoba mi się też postawa wielu ludzi z lewicy, którzy przy każdej elekcji głosują na prawicę, tłumacząc to „blokowaniem skrajnej prawicy”. Ten rzekomy „hamulec” zrobił dokładnie odwrotnie: zapewnił hegemonię idei skrajnej prawicy.
Enzo Traverso, włoski historyk i eseista, pisał w tym kontekście o „melancholii lewicy”. Jej historia, jego zdaniem, to historia porażek i nieudanych projektów – i została tylko melancholia…
Myślę, że wśród zwolenników lewicy powszechna jest dziś frustracja. Czasami przybiera formę nostalgii, ale częściej – poczucia krzywdy, goryczy. Zauważam to szczególnie w moim pokoleniu.
Kiedy byliśmy młodzi, wierzyliśmy, że proletariat jest „klasą uniwersalną”, tą, która zmieni świat – i że my sami weźmiemy udział w tej przemianie. Ale rewolucja nigdy nie nadeszła. Wtedy wielu z nas rozgniewało się: na proletariat, że nie spełnił swojej misji, i na samych siebie, że uwierzyliśmy w coś, co się nie wydarzyło.
Z drugiej strony, lewica wciąż dysponuje teorią, językiem do wyjaśniania świata. Marksizm potrafi wciąż interpretować wszystko: mechanizmy dominacji, wyzysku, nierówności. Ale ta teoria straciła moc działania. Dziś doświadczamy całkowitego rozdzielenia rozumienia świata od zdolności wpływania na niego.
Kiedy byłem młody, mówiono: „Teoria Marksa jest wszechmocna, bo jest prawdziwa”. Dziś można by powiedzieć: nawet jeśli jest prawdziwa jako wyjaśnienie świata, nie ma już żadnej siły sprawczej. I to właśnie rodzi poczucie krzywdy – bo każdy wie, dlaczego jest podporządkowany, ale nikt nie wie, co zrobić z tą wiedzą.
To poczucie bezsilności przekształca się we wstyd – wstyd przed sobą, wstyd wobec świata, wstyd wobec tych, którzy nami rządzą. U nas wystarczy spojrzeć na listę ministrów we Francji, żeby się wstydzić. Ale potem pojawia się kolejny wstyd – wstyd, że godzimy się być rządzeni przez takich ludzi. Z tego rodzi się błędne koło: frustracja, wstyd, bezsilność. A w konsekwencji – obojętność lub nienawistna uraza.
A dziś jest pan raczej optymistą czy pesymistą?
Jeśli patrzę na to, co dzieje się w sferze oficjalnej, oczywiście jestem bardzo pesymistyczny. Ale jednocześnie widzę wszędzie ludzi, którzy mimo wszystko utrzymują jakąś formę życia wolnego, ideę równości, hojności, twórczości. Ludzi, którzy angażują się w praktyce, w sprawy edukacji, zdrowia, imigracji.
Tak, wciąż istnieje sens, witalność demokratyczna, nawet jeśli nie ma nic wspólnego z instytucjami oficjalnymi. Więc mam zaufanie, jeśli tak można powiedzieć – zaufanie do tych ludzi, którzy mają zdolność do interwencji, w różnych miejscach. Ale absolutnie nie mam żadnego zaufania ani do Glucksmanna, ani do Mélenchona.
Pańska ostatnia książka, esej Au loin la liberté, opowiada o Antonie Czechowie. I o wolności.
Nie wybieram tematów po to, by udowodnić jakąś tezę o wolności czy równości. Mówię o tym, co kocham. A Czechow jest autorem, którego głęboko i od dawna uwielbiam.
Ale jest też autorem piszącym w znaczącym momencie – w czasie, gdy rozwijały się wielkie partie rewolucyjne, gdy powstawała Socjaldemokratyczna Partia Robotnicza w Rosji. I jego stanowisko było, powiedzmy, antagonistyczne wobec rewolucji. Nie wrogo nastawione, lecz sprzeczne w zasadach.
Wówczas idea rewolucyjna brzmiała: najpierw trzeba zmienić podstawy ekonomiczne, a ludzie zmienią się później. Czechow mówi odwrotnie: nic się nie zmieni, jeśli jednostki same nie zaczną się zmieniać. Jeśli nie przekształci się najpierw własnych myśli, uczuć, sposobu życia.
Jednym z jego głównych tematów jest niezdolność ludzi do kochania wolności – strach przed wolnością. Mówi w zasadzie: zacznijcie od tego, by nie bać się wolności. Ja dodałbym: zacznijcie od tego, by nie nienawidzić równości.
Dlatego dziś do nas przemawia. Czechow pisał też przed wielkim eksperymentem komunistycznym XX wieku; my żyjemy po nim. Jego przesłanie pozostaje jednak aktualne: najpierw trzeba zmienić sposób, w jaki myślimy o sobie i o innych. Tołstoj miał wielkie projekty nowego świata; Czechow natomiast mówi: zacznijcie od tego, by wiedzieć, czego sami chcecie i do czego jesteście zdolni.
I być może właśnie to jest ostatecznie warunek wstępny każdej polityki wolności.
Ja tu jestem jednak pesymistą: wiedzy jest wiele, żyjemy w erze cyfrowej, pogubieni w fake newsach. I jak tu mówić o równości, panie Rancière?
Emancypacja, zwłaszcza ta w sensie intelektualnym, jest zawsze trudna. Wielu wyobraża sobie, że fake newsy oszukują ludzi. Tymczasem nie do końca o to chodzi: one wcale nie oszukują. Ludziom podoba się to, co te wiadomości opowiadają.
Nie dotyczy to wszystkich. Wiele osób w ogóle nie jest podatnych na fake newsy. Ale ci, którzy są, powinni pozbyć się myśli, że to kwestia głupoty czy niewiedzy. Nie – tym, co ich napędza, jest przyjemność, przyjemność słuchania, rozpowiadania, powtarzania okropnych historii – na przykład o imigrantach.
Dlatego uważam, że należy przestać myśleć wyłącznie w kategoriach ignorancji i wiedzy. Trzeba rozważać to w kategoriach pasji. Jaką pasję pielęgnujemy? Jaką energię emocjonalną? I jak ją kierujemy?
*Jacques Rancière (ur. 1940) to francuski filozof i emerytowany profesor Uniwersytetu Paris VIII, jeden z najbardziej komentowanych współczesnych myślicieli. Jego pierwsza publikacja, napisana wspólnie z innymi badaczami pod kierunkiem Louisa Althussera – Czytanie „Kapitału” znacząco wpłynęła na odbiór myśli marksistowskiej. Rancière zajmuje się zarówno filozofią polityki, jak i teoretycznymi oraz historycznymi aspektami sztuki.
Krzysztof Katkowski (ur. 2001) – socjolog, tłumacz, dziennikarz, poeta. Absolwent Universitat Pompeu Fabra w Barcelonie i Uniwersytetu Warszawskiego. Współpracuje z OKO.press, „Kulturą Liberalną”, „Dziennikiem Gazeta Prawna” i „Semanario Brecha”. Jego teksty publikowały m.in. „la diaria”, „Gazeta Wyborcza”, „The Guardian” „Jacobin”, , „Kapitàl noviny”, „Polityka”, „El Salto” czy CTXT.es.
Krzysztof Katkowski (ur. 2001) – socjolog, tłumacz, dziennikarz, poeta. Absolwent Universitat Pompeu Fabra w Barcelonie i Uniwersytetu Warszawskiego. Współpracuje z OKO.press, „Kulturą Liberalną”, „Dziennikiem Gazeta Prawna” i „Semanario Brecha”. Jego teksty publikowały m.in. „la diaria”, „Gazeta Wyborcza”, „The Guardian” „Jacobin”, , „Kapitàl noviny”, „Polityka”, „El Salto” czy CTXT.es.
Komentarze