Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Die Linke / Olaf KrostitzDie Linke / Olaf Kro...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

Tego mroźnego, styczniowego dnia media społecznościowe w Niemczech rozgrzały się do czerwoności. I to za sprawą dwuminutowego filmu z obrad Bundestagu. Na mównicy przed 732 posłami stoi młoda kobieta. Ma spięte w kok włosy i wytatuowane ramiona. Na lewym, którym uderza w pulpit, ma portret Róży Luksemburg i cytat „Wasz porządek jest jak dom zbudowany na piasku”. Mówi szybko i punktuje przyszłego (wówczas) kanclerza Friedricha Merza:

„Panie Merz, mimo wszystkich różnic politycznych – nie przyszło mi do głowy, że chrześcijańsko-demokratyczna partia CDU zawrze pakt ze skrajną prawicą! […] I powiem więcej: to nie przypadek, że głosuje pan wspólnie z AfD. Pan się z nimi dogadał już wcześniej! I to jest cholerny problem, a Pan nadal tego nie rozumie! Zaledwie dwa dni temu upamiętniliśmy tu w Bundestagu wyzwolenie Auschwitz, zamordowanych i torturowanych, a Pan podejmuje współpracę z tymi, którzy propagują TĘ ideologię”.

Na koniec zwraca się do wszystkich obywateli Niemiec: „Nie poddawajcie się, walczcie! Stawiajcie opór faszyzmowi w kraju! Na barykady!”.

Tylko na Tik-Toku film wyświetlany jest 30 milionów razy. A kilka dni później na ulice niemieckich miast, miasteczek i wiosek wychodzą setki tysięcy demonstrantów z antyfaszystowskimi hasłami.

O co chodzi? 29 stycznia 2025 roku Bundestag przyjął wniosek CDU i CSU głosami posłów AfD. Tym samym parlament większością głosów domagał się drastycznego zaostrzenia polityki azylowej. Za wnioskiem było 348 posłów, przeciw – 344. Na sali obrad zrobiła się wrzawa. Bo po raz pierwszy partia mainstreamu działała ramię w ramię z AfD, łamiąc umowę o „murze obronnym”, który miał chronić niemiecką politykę przed prawicowymi ekstremistami.

I wtedy na mównicę weszła Ona.

Bo nazwisko Heidi fajnie się rymuje

„Daj biednym, daj klasie średniej, zabierz bogatym —

kiedy myślę, chcę myśleć jak Heidi Reichinnek —

tak, odrzucam to całe prawicowe gówno”.

Rapuje na scenie klubu w Koeln 33-letni Marc Tophoven-Sedrakyan znany jako MC Smook. Ma czarną dresową bluzę, ze słowem „SCH-ME-RZ” wypisanym białymi literami. Dosłownie to „Ból”, ale skrót od „SCH” (Scheisse) + „MERZ” może mieć też inne znaczenie – obraźliwe dla kanclerza.

MC Smook cieszy się, widząc, jak dwa tysiące osób zgromadzonych w klubie śpiewa z nim i unosi smartfony z postacią Heidi Reichinnek w niebiesko-czerwonym kombinezonie supermanki.

– Skąd pomysł, żeby napisać piosenkę o Heidi Reichinnek, polityczce z Die Linke? – pytam MC Smooka.

– Mój kolega, raper Fuity Luke wysłał mi link do jej strony na TikTok’u, „Ciekawe, zobacz”, napisał. Odpisałem: „Też mam ją na oku”. Obserwowałem ją jeszcze zanim wywołała entuzjazm przemową w Bundestagu. Podoba mi się jej program zmian społecznych i wsparcia dla młodych, o którym mówi w prosty i w zrozumiały sposób. Pokazałem Lukowi to, co o niej napisałem – nazwisko Reichinnek jest fajne, rymuje się z nim wiele niemieckich słów. A on dodał coś od siebie i tak powstał nasz freestyle. W sieci, zrobił się wokół niego spory hype. Dzień później odezwała się Heidi Reichinnek i zaprosiła nas do Bundestagu. Spędziliśmy z nią ponad dwie godziny, a filmy, które nakręciliśmy w niemieckim parlamencie, obejrzało na moim Instagramie ponad 2 mln osób.

Przeczytaj także:

AfD to partia dla bogatych

– Zapisałeś się do Die Linke? – podpytuję MC Smooka

– Nie, ale od lat na nich głosuję. – Popieram ich pomysł ograniczenia wysokości czynszów mieszkań, walki ze spekulantami od nieruchomości, redystrybucji bogactwa. Nie powtarzają chwytliwych haseł AfD, jak inne partie, ale mają własne tematy, przede wszystkim socjalne. Die Linke jest teraz trochę taka, jaka powinna być SPD (Socjaldemokratyczna Partia Niemiec), a może nawet taka, jak kiedyś była. Essen, gdzie mieszkam, to miasto podzielone na dwie części. Na południu żyje się całkiem dobrze, ale na północy widać biedę, bezdomność. Tam lądują ludzie, którzy w szkole mieli problemy i trudno im dostać dobrą pracę, a także rodziny uzależnione od zasiłków socjalnych, które swoją drogą na nic nie wystarczają. W tej północnej części mieszka sporo migrantów. Mam wśród nich wielu przyjaciół, ciągle słyszę, jak muszą się szarpać z urzędnikami ds. cudzoziemców.

– To dlatego rapujesz o polityce?

–Kurs obecnego rządu jest brutalny i wiele osób niedługo boleśnie odczuje go na własnej skórze – mówi MC Smook. – Opiera się na potężnych cięciach socjalnych oraz przywilejach dla lobbystów i bogaczy. Taka polityka wywołuje gniew i sprzeciw, szczególnie młodych. Karol Marks twierdził, że kiedy ludziom jest bardzo źle, nadchodzi rewolucja. Nie jest to takie proste w czasach, w których sterują nami systemy sztucznej inteligencji, niemniej udało nam się w ostatnim roku zorganizować mnóstwo demonstracji przeciwko AfD.

– Napisałeś piosenkę o przywódcy AfD w Turyngii – „Björn Hoecke to faszysta” – wtrącam.

– Od 10 lat staram się pokazywać, jak niebezpieczna jest AfD – opowiada MC Smook. – Tak, wierzę, że sztuka, muzyka, rap ma wielką siłę i może przyczynić się do społecznych czy politycznych zmian. Chciałbym, by ludzie zrozumieli, że nienawiść zaprowadzi nas w ślepy zaułek. Uczymy się przecież o tym na lekcjach historii w niemieckiej szkole. Odsyłanie samolotami ludzi, którym skończyło się pozwolenie na pobyt w Niemczech, nie rozwiązuje naszych problemów. To raczej dzięki poczuciu wspólnoty, opieki nad najsłabszymi, społeczeństwo rozkwita. To klucz do dobrego życia. A pozostawianie wszystkiego w rękach wolnego rynku, ten hiper kapitalizm, jaki promuje obecny rząd, ale i AfD, która w rzeczywistości jest partią dla bogatych, jest nieludzki. Tym bardziej warto wesprzeć Heidi Reichinnek, bo udało się jej wzbudzić wiarę dla lewicowych idei. Martwię się tylko, że jedna Heidi Reichinnek, to za mało.

Hej Alice, jak ci się żyje w Szwajcarii?

Może i jedna Reichinnek nie wystarczy do zwrotu w niemieckiej polityce, ale w mediach społecznościowych bije większość konkurentów na głowę. Na TikTok’u obserwuje ją ponad 630 tys. osób, na Instagramie 900 tys. Krótkie filmiki, w których komentuje bieżące wydarzenia, mają 20 milionów polubień. Ale w sieci spotyka ją też mnóstwo hejtu. „Życzę ci, żeby ktoś zaszedł ci drogę, gdy będziesz wracała do domu...”, piszą na jej publicznym profilu anonimowi użytkownicy internetu.

Wrzucają też fejkowe zdjęcia, jakoby Reichinnek poruszała się po Niemczech luksusową limuzyną, a nawet kpią z jej migren (do których przyznała się w telewizyjnym programie). Komentują: „Też dostaję bólu głowy, gdy słucham Reichinnek!”, „Przyjdzie AfD i zrobi z tą krzykaczką porządek!”.

Alice Weidel, współprzewodnicząca AfD również podgrzewa atmosferę i ostrzega na platformie X: „Polityczka Die Linke-Reichinnek planuje obalenie systemu i powrót socjalizmu!”.

Reichinnek oddaje jej ciosy i pyta: „Hej, jak tam żyje się w Szwajcarii za podwójną poselską dietę?” (Alice Weidel mieszka tam ze swoją partnerką) lub „Czy AfD zajmie się w końcu czymś innym niż Gender? Skąd ta obsesja?”.

A Putina się nie boicie?

Chcę się przekonać, jaka Heidi Reichinnek jest w realu. Umawiam się na spotkanie.

Budynek, w którym mieszczą się biura deputowanych Bundestagu, na Wilhemstr. 68, stoi w centrum Berlina, nad brzegiem Sprewy, pięć minut na piechotę od Bramy Brandenburskiej, ambasady Rosji, Francji, Polski i USA. W środku uderza wielka pusta przestrzeń i cisza.

– Nikogo tu nie ma? – pytam szefową biura Reichinnek, gdy odbiera mnie z poczekalni.

– Wszyscy pozamykani są w biurach – uspakaja mnie.

W pomieszczeniach, które zajmuje przewodnicząca parlamentarnej frakcji Die Linke i jej zespół, widzę skupionych przy komputerach ludzi, na oko z pokolenia Z+. Zastanawiam się, który z nich to 30-letni Jean-Philippe Kindler, poeta, nagradzany podcaster, syn byłej kierowniczki ośrodka dla uchodźców, a w biurze Reichinnek odpowiedzialny za pisanie przemówień. Na półkach pod ścianą dzieła Róży Luksemburg, Marksa, Engelsa i Lenina.

– Przeczytałaś to wszystko? – pytam Heidi Reichinnek wskazując na grube tomy.

– Część, ale cenię zawarte w nich idee – odpowiada 37-letnia Heidi Reichinnek, gdy siadamy za okrągłym stołem.

– I dlatego wytatuowałaś Różę Luksemburg na lewym, „politycznym”, jak je nazywasz, ramieniu? – dopytuję.

– Róża Luksemburg powtarzała, by bez względu na to, co dzieje się wokół nas, zawsze pozostawać człowiekiem pogodnym, mocnym, jasnym – uśmiecha się Heidi Reichinnek. – Przemówiło to do mnie i zaimponowało, biorąc pod uwagę, ile okrucieństwa doświadczyła od innych ludzi. Wolność i równość była dla niej kluczowa. I całe życie była wierna pacyfistycznym oraz prospołecznym dążeniom.

– Muszę się przyznać, że ja z pacyfizmem twojej partii w obliczu napaści Rosji na Ukrainę mam problem – wtrącam. – Jesteście przeciwnikami zbrojeń. Nie boicie się Putina?

Reichinnek poprawia okulary w przezroczystych oprawkach, nabiera tchu i zaczyna wyrzucać słowa z prędkością rozpędzonej rakiety (z czego słynie).

– Dużo w partii dyskutujemy o tym, jak najszybciej można by zakończyć tę okrutną wojnę. Ale jeśli przyjrzysz się uważnie wiadomościom z ostatnich miesięcy, zobaczysz, że niemiecki rząd co i rusz ogłasza: „Osiągnęliśmy postęp w negocjacjach! Wykorzystaliśmy dyplomację jak nigdy dotąd!”. Zastanawiam się więc, dlaczego nie wywarli presji znacznie wcześniej, choćby finansowej. Dopiero od niedawna politycy w Unii Europejskiej rozmawiają o przejęciu rosyjskich aktywów. My nalegaliśmy na zamrożenie pieniędzy rosyjskich oligarchów już na początku konfliktu. Przecież to oni finansują Putina i czerpią z wojny korzyści. Dlaczego też nie skonfiskujemy ich nieruchomości na Zachodzie? Moim zdaniem można było im wcześniej dokręcić śrubę! Tymczasem rząd rozkręca przemysł zbrojeniowy, militaryzuje kraj i sieje strach.

[Sprawdzę potem listę aktywów rosyjskich oligarchów dostępną w sieci dzięki działaniom pozarządowej organizacji OCCRP (Organized Crime and Corruption Reporting Project). Warte setki miliardów euro nieruchomości, jachty, samoloty rozsiane są po świecie – większość z nich jest jednak w UK, we Włoszech, Austrii, Szwajcarii i Francji. Według raportu niemieckich dziennikarzy opublikowanego pod koniec zeszłego roku w Niemczech zamrożono do tej pory 3,58 mld euro rosyjskich aktywów – w tym 156-metrowy jacht „Dilbar”, wyposażony w jeden z największych prywatnych basenów na świecie (wartość ponad 500 milionów euro), trzy prywatne samoloty Antonov AN-124 (wartość każdego – 40 milionów euro), Boeinga 747, trzy mieszkania członka Dumy w Hamburgu, 30 obrazów (o wartości 5 milionów euro). To kropla w morzu].

Nie ty jesteś do bani, tylko system

– Ostatnie badania Copsy pokazują, że młodzi ludzie w Niemczech boją się wojny – aż 70 proc. jest nią przejętych, martwią się, a ich lęki przekładają się na złą kondycję psychiczną – wtrącam w rozmowie Reichinnek.

– Pracowałam kiedyś w poradni pomocy społecznej dla młodzieży, dobrze rozumiem ich problemy – mówi. – Wiesz, ile czeka się w Niemczech na wizytę u psychoterapeuty? Często ponad rok! Wielu lekarzy nie ma uprawnień do rozliczania się z kasami chorych, które z kolei nie chcą brać na siebie niektórych kosztów. Psychoterapeuci przyjmują więc prywatnie. Tylko kogo na to stać? Tak, na opiekę zdrowia, przystępne cenowo mieszkania, czy komunikację brakuje w kraju pieniędzy. Za to dziesiątki miliardów euro idą na zbrojenia, ot tak, za jednym pociągnięciem pióra! I ludzie są źli. Ja też jestem zła, też tego nie rozumiem i nikt mi nie potrafi wyjaśnić, jak to możliwe. Złości mnie również ta powtarzana od lat młodym ludziom obietnica: „Jeśli się postarasz, możesz osiągnąć wszystko”. I wiele osób zarzuca sobie: „Jeśli nie daję rady, to znaczy, że jestem do bani”. Mówię im: „Nie, to nie wy jesteście do bani, ale system, który musimy razem zmienić, bo on po prostu nie funkcjonuje!”.

[Na stronie Die Linke czytam, że ich propozycja uleczenia systemu opiera się m.in. na przywróceniu podatku od bogactwa (zawieszonego w 1997 roku). Ma obejmować majątek powyżej miliona euro. Die Linke proponuje progresywną stawkę podatkową: od majątku w wysokości miliona euro – 1 proc. rocznie, od 50 milionów – 5 proc., powyżej miliarda – 12 proc. Podatek objąłby 1,5 proc. mieszkańców Niemiec. Roczne dodatkowe wypływy do budżetu wyniosłyby 147 mld euro. Z tych pieniędzy Die Linke proponuje dofinansowanie mieszkań, transportu publicznego, opieki zdrowotnej, remontu szkół oraz zatrudnienia dodatkowych wychowawców i nauczycieli. Niemiecki Instytut Ekonomiczny na zlecenie Die Linke wyliczył, że budżety krajów związkowych znacząco skorzystałyby z podatku od majątku – m.in. Bawaria miałaby dodatkowe 19 miliardów euro i mogłaby np. sfinansować budowę 470 000 brakujących mieszkań, a Turyngia 2,3 miliarda euro rocznie i wprowadzić bezpłatne przedszkola i żłobki].

W czyich rękach jest to bogactwo?

– Ze złości zajęłaś się polityką? – pytam Reichinnek.

– Postanowiłam działać, gdy zdałam sobie sprawę, że przepaść między bogatymi a biednymi w Niemczech rośnie w zawrotnym tempie. Niemieccy politycy od lat powtarzają, że nasz kraj jest bogaty. To prawda, ale pytam: „W czyich rękach jest to bogactwo?”. Przecież zwykli ludzie, którzy na nie pracują, nic z tego nie mają – spora część z nich zatrudniona jest w sektorze niskich wynagrodzeń. A dwie najbogatsze rodziny w Niemczech posiadają tyle, co 42 mln członków naszego społeczeństwa. Cieszę się, że z Die Linke mogę walczyć o sprawiedliwy podziału dóbr – jak choćby o podatek od majątku czy spadku.

– Na który inne partie nie chcą się zgodzić – wbijam się w potok słów Reichinnek.

Sprawdzam listę najbogatszych Niemców. Jest na niej mi.in. rodzeństwo Susanne Klatten i Stefan Quandt, które zawdzięcza swój majątek – odpowiednio 24,01 oraz 22,86 mld euro – firmie BMW oraz założyciel Lidla, Dieter Schwarz, którego bogactwo szacuje się na ok. 36 mld euro.

– Poprzednie generacje powtarzały swoim dzieciom: „Będziecie mieli w życiu lepiej niż my”. Moje pokolenie raczej nie może tego powiedzieć swoim dzieciom. Trudno znaleźć dobrą pracę, zarobki nie wystarczają na życie, coraz więcej dzieci żyje w ubóstwie, usługi użyteczności publicznej załamują się, system opieki zdrowotnej jest przeciążony, a rynek mieszkaniowy jest w kryzysie. Wszystkie te problemy przygniatają ludzi.

Przyglądam się statystykom. W 2024 roku 17,6 mln osób w Niemczech uznano za zagrożone ubóstwem lub wykluczeniem społecznym – to ponad jedna piąta obywateli. W tym samym czasie około 532 000 osób nie miało ani wynajętego, ani własnego mieszkania (zwykle mieszkali kątem u kogoś), a 47 300 z nich zarejestrowano jako osoby bezdomne. Najczęstszą przyczyną utraty mieszkania były zaległości w opłacaniu czynszu. Sprawdzam też ceny wynajmu, które w ostatnich czterech latach wzrosły o kilkanaście procent z powodu ograniczonej dostępności mieszkań. W Monachium za metr kwadratowy trzeba zapłacić 24,84 euro (czyli ok. 1500 euro za 60 m²), we Frankfurcie nad Menem i Hamburgu – ok. 21 euro.

– A ty doświadczyłaś na własnej skórze biedy, problemów mieszkaniowych, finansowych?

– Na szczęście nie – uśmiecha się Heidi Reichinnek. – Moi rodzice po transformacji Wschodnich Niemiec zachowali pracę i mogłam polegać na ich pomocy. Zdaję sobie jednak sprawę, jak wielki był to przywilej i jak szybko sytuacja mogła się zmienić.

Czytam życiorys Heidi Reichinnek. Dorastała w 2-tysięcznej wiosce w byłym NRD. Jej matka pracowała w zakładach chemicznych, ojciec był wykwalifikowanym elektrykiem. Po maturze studiowała i w 2013 otrzymała tytuł magistra polityki i gospodarki Środkowego Wschodu i Północnej Afryki na Uniwersytecie Philippsa w Marburgu. Do Die Linke wstąpiła dziesięć lat temu, a w 2021 roku dostała się do niemieckiego parlamentu. Jest przewodniczącą swojej frakcji w Bundestagu oraz rzeczniczką ds. polityki dziecięcej i młodzieżowej. Jest fanką muzyki metalowej – jej ulubiona kapela to „Subway to Sally”. Określa siebie jako socjalistkę i feministkę. Wśród tatuaży ma też portret Nefretete w masce przeciwgazowej (popularny symbol Arabskiej Wiosny w Egipcie oraz nawiązanie do kobiet walczących o swoje prawa).

Mieszkania jak w Austrii, edukacja jak w Skandynawii

– Zastanawiam się, jak chciałabyś, by wyglądały Niemcy, w których chętnie byś mieszkała i dobrze się czuła? – pytam, a Reichinnek znów zarzuca mnie słowami, jakby od dawna miała gotową odpowiedź.

– Myślę, że warto się uczyć od krajów, w których sprawdzają się różne pomysły społeczne. Wyobrażam sobie państwo, które oferuje obywatelom mieszkania socjalne, gdzie czynsz jest niewysoki – tu za wzór wzięłabym Austrię, szczególnie Wiedeń. Oni mają również doskonały system emerytur państwowych, do którego wpłacają wszyscy pracujący. Sprawiedliwy, darmowy dostęp do świetnej jakości edukacji wzięłabym ze Skandynawii. Tam promuje się mocne strony uczniów i lepiej przygotowuje ich do życia niż w niemieckiej szkole. Zadbałabym o podstawowe prawa dzieci i młodzieży – nie tylko do jedzenia, ubrań, edukacji, ale i rozwoju. Stworzyłabym dobrą i przystępną cenowo opcję publicznego transportu jak w Hiszpanii. Aby te pomysły wdrożyć w życie, konieczne jest wprowadzenie podatku od majątku i pozostawienie usług użyteczności publicznej w rękach publicznych.

– Jak choćby kolej? – upewniam się.

– Naszym narodowym hobby jest narzekanie na Deutsche Bahn – uśmiecha się. – Ale faktem jest, że z niemiecką koleją mamy problem, odkąd została spółką akcyjną i musi generować zyski. A przecież ta firma powinna być nastawiona na dobre funkcjonowanie, a nie kasę. Tymczasem wiele tras jest likwidowanych, a ludzie nie mają jak bezpiecznie dostać się z punktu A do punktu B, tylko dlatego, że firmie nie opłaca się utrzymywać niektórych połączeń.

Półtora roku temu dziennikarze tygodnika „Spiegel” dotarli do poufnego pisma koncernu DB, w którym planowano zamknięcie niektórych linii kolejowych na terenach byłego NRD – w Saksonii, Saksonii-Anhalt, Turyngii i Meklemburgii-Pomorzu Przednim. W tych krajach związkowych już wcześniej zlikwidowano wiele przystanków szybkich kolei ze względu na słaby ruch i niską opłacalność.

Pusta książeczka o rewolucji

– Myślisz, że twoja wizja Niemiec przyciągnie wyborców, szczególnie tych z AfD? – pytam Reichinnek.

– Nie mam zamiaru nikogo przyciągać, ale chcę złożyć ludziom ofertę i pokazać, jak można ich sytuację poprawić. Wiele rzeczy można krytykować w dawnym NRD, ale na pewno świetnie funkcjonowała tam rozwinięta wspólnota. Nawet do odległych wsi dojeżdżały autobusy lub pociągi, wszędzie działały kluby młodzieżowe i seniora. Po zjednoczeniu Niemiec zniknęły usługi, zamknięto kluby, zlikwidowano połączenia. Po prostu skończyły się możliwości ich finansowania. A kiedy państwo się wycofuje, pojawiają się skrajni prawicowcy i zaraz po zjednoczeniu Niemiec, wyruszyli z Zachodu na Wschód, by się tam zakorzenić. Niestety działają sprytnie i myślą długofalowo. Nie jest łatwo im przeciwdziałać. Die Linke nie jest w stanie osiągnąć tego sama. Muszą się w to zaangażować wszystkie partie demokratyczne, a rząd musi zadbać o wzmocnienie społeczeństwa obywatelskiego. To najlepszy sposób na odebranie im wiatru z żagli. Skoro są pieniądze na czołgi, muszą się znaleźć i na to.

– Mówisz o wschodzie Niemiec, a co z zachodem? – dopytuję na koniec rozmowy.

– I na Wschodzie, i na Zachodzie ludzie cierpią z powodu tych samych problemów – wysokich kosztów życia, wykluczenia komunikacyjnego, braku zaufania do instytucji publicznych. Dlatego chodzimy od domów do domów, rozmawiamy z ludźmi, pytamy, jak im pomóc i składamy w ich sprawach wnioski. Organizujemy też posiłki, festyny sąsiedzkie, oferujemy młodym ludziom nasze biura na spotkania. Prowadzimy w naszych biurach konsultacje socjalne, uruchomiliśmy na naszej stronie kalkulator czynszów – ma pomóc w zwalczaniu wygórowanych stawek wynajmu i zgłaszaniu nadużyć do urzędu mieszkaniowego. Jest też kalkulator kosztów ogrzewania, dzięki niemu ludzie odzyskują pieniądze z nadpłat. Prowadzimy portal, gdzie pracownicy mogą nas zawiadamiać o oszustwach związanych z płacą minimalną – pomagamy im w zgłaszaniu nieuczciwych pracodawców do urzędu finansowego. Jesteśmy z ludźmi w bliskim kontakcie, słuchamy, czego potrzebują i w ramach naszych możliwości działamy.

Na pożegnanie Heidi Reichinnek wręcza mi niewielką książeczkę nazwiskiem Róży Luksemburg na okładce i tytułem „Rewolucja jest wspaniała, wszystko inne to bzdury”. Zaglądam do środka, a tam tylko puste kartki w linie. Postanawiam zapełnić je słowami młodego, lewicowego aktywisty – Eliasa Bala.

Uczniowie głosują na Die Linke

Elias Bala, student pierwszego roku nauk społecznych i ekonomii na Uniwersytecie w Bochum, nie raz chodził w swoim mieście od drzwi do drzwi, by przekonywać ludzi do lewicowych idei.

– To było przeżycie! – opowiada 19-letni Elias Bala. – Jedni od razu, gdy słyszeli nazwę partii, zatrzaskiwali drzwi. Ale udało mi się przeprowadzić sporo rozmów. Ktoś miał problem z właścicielem mieszkania, inny narzekał na słabą rozbudowę ścieżek rowerowych, ale najwięcej osób skarżyło się na wysokie czynsze, które pożerają im coraz więcej kasy. Spisywałem wszystko, by podnosić te kwestie na zebraniach partyjnych i w gminie.

– I co słyszałeś na tych zebraniach? – podpytuję Eliasa, który od 2022 roku należy do Die Linke, od dwóch lat jest członkiem Zarządu Krajowej Rady Uczniowskiej Nadrenii Północnej-Westfalii i działa w Radzie Miasta Bochum.

– Gminy nie mają pieniędzy. Realizują tylko te projekty, które muszą. Na dodatkowe, typu wsparcie wspólnot, remonty, budowa czy wyposażenie szkół, brakuje funduszy. Zamykane są nawet hale pływackie, bo ich utrzymanie jest zbyt drogie.

– Dlaczego tak się angażujesz?

– Wierzę, że zmiana systemu politycznego na bardziej sprawiedliwy jest możliwa. Że da się walczyć z nierównościami społecznymi, faszyzmem i jednocześnie chronić klimat.

To, co mówi Elias Bala widać w Wyborach Młodzieży (niem. Juniorwahl), które w Niemczech organizowane są we wszystkich szkołach ponadpodstawowych równolegle z wyborami do parlamentu krajowego, federalnego i europejskiego. W zeszłorocznych wyborach do Bundestagu uczniowie w przeważającej większości oddali głos na Die Linke, która z wynikiem 25 proc. zostawiła inne partie w tyle (CDU – 16,8 proc., SPD – 15,5 proc., AfD – 14,7 proc., Zieloni – 9,3 proc.). Frekwencja w wyborach była na poziomie 78,8 procent.

– Wiele osób czuje się oszukanych przez rządzących polityków – mówi Elias Bala już na pożegnanie. – Słyszymy, że na nic nie ma pieniędzy, tylko na zbrojenia. Die Linke to dla nas ostatnia deska ratunku. Jeszcze kilka lat temu partia ta miała około 3 proc. Dziś jej wynik jest dwucyfrowy. Coraz więcej ludzi chce widzieć ją nie tylko w opozycji, ale w codziennym działaniu, w krajowej i federalnej polityce.

Kebaby z plakatem Die Linke

Zastanawiam się skąd w młodych taka wiara w lewicowe idee. Pytam politologa z Katedry Polityki Porównawczej Uniwersytetu w Poczdamie – doktora J. Philippa Thomeczka oraz doktor Annę-Sophie Heinze, adiunktkę w Instytucie Badań nad Demokracją i Partiami Politycznymi (TIDUP) na Uniwersytecie w Trewirze.

– Die Linke porusza tematy, które bardziej dotykają młodych niż starszych, jak choćby wysokie czynsze – wyjaśnia dr Thomeczek. – Zazwyczaj to przecież młodzi ludzie mają mniej pieniędzy, dlatego tak ważna jest dla nich sprawiedliwość społeczna. W Niemczech nadal popularne jest powiedzenie, przypisywane raczej błędnie Churchillowi: „Kto w wieku 20 lat nie jest komunistą, nie ma serca. Kto w wieku 40 lat nadal jest komunistą, nie ma rozumu”.

Proszę zwrócić uwagę, że przez długi czas partia Die Linke miała w sondażach około 3 procent poparcia, poniżej progu wyborczego. Ten kontekst jest bardzo ważny. Nikt nie chce marnować swego głosu podczas wyborów. Ale odkąd partia przekroczyła 5 proc., cieszy się wśród młodych coraz większą popularnością. Jest postrzegana jako świeża i niezużyta, nie brała udziału w rządzie na szczeblu federalnym. Wiele osób, w tym młodych, było i jest niezadowolonych z obecnego i poprzedniego rządu. Ponadto Die Linke dobrze rozumie młodych ludzi i prowadzi świetną kampanię wyborczą w mediach społecznościowych i na ulicach. Podczas wyborów do Bundestagu plakaty Die Linke były widoczne w wielu kebabach. Dzięki temu partia zdobyła wiele głosów młodych ludzi ze środowisk migracyjnych.

– A pana zdaniem Die Linke jest w stanie wyprzeć w sondażach AfD? – dopytuję.

– Die Linke jest poważną siłą polityczną od prawie 20 lat. Nie wykluczałbym, że po następnych wyborach mogłaby uzyskać większość w Bundestagu z SPD i Zielonymi. Czy taka koalicja jednak dojdzie do skutku, to już inna kwestia. Trudno wyrokować, czy Die Linke wyprzedzi AfD. Wygląda na to, że AfD wyczerpała swój potencjał – nie udaje jej się pozyskiwać nowych wyborców.

– A czy Alice Weidel jest, Pana zdaniem, konkurentką dla Heidi Reichinnek? – pytam.

– Z pewnością nie konkurują o tych samych wyborców. Te partie zbyt wiele dzieli.

– Jak choćby podejście do migracji? – upewniam się.

– Szczerze mówiąc, uważam, że Die Linke odniesie większy sukces, jeśli nie będzie poruszać tematu migracji, lecz skupi się na sprawiedliwości społecznej – mówi dr Thomeczek.

Alice Weidel jak listek figowy

– A moim zdaniem Die Linke przyciąga ludzi, bo jej popularni kandydaci, jak choćby Heidi Reichinnek w wiarygodny sposób opowiadają się za demokracją, sprawiedliwością społeczną i, co ważne, wyraźnie sprzeciwiają się prawicowemu ekstremizmowi – podkreśla dr Anna-Sophie Heinze. – A ideologia tej partii przemawia nie tylko do młodych, ale i do kobiet. Warto zauważyć, że AfD ma duże problemy z pozyskiwaniem właśnie ich. Owszem, na jej czele stoi Alice Weidel, ale ona jest oportunistką i służy raczej za przykrywkę. Jest takim listkiem figowym – stara się przesłonić fakt, że partia nie jest przyjazna m.in. osobom LGBT. Co ciekawe – AfD od lat próbuje przedstawiać wszystkie inne partie jako skorumpowane i niedemokratyczne, a siebie jako jedyną prawdziwą opozycję w Niemczech, jedynych prawdziwych demokratów. I wiele osób w to uwierzyło. Nie da się inaczej wyjaśnić faktu, że poparcie dla AfD w Saksonii-Anhalt wynosi obecnie 40 procent. Partia ta osiągnęła więc coś, co w badaniach nazywamy normalizacją. Wiele osób ma wrażenie, że jest to zupełnie normalna partia, a to, czego domagają się jej członkowie, nie jest ekstremalne, ale całkowicie uzasadnione.

To z kolei wpłynęło na dużą polaryzację społeczeństwa. To dlatego, moim zdaniem, tyle osób stwierdza: „Nie podoba mi się, że AfD jest taka silna. Muszę coś zrobić! Może wstąpię do Die Linke albo chociaż pójdę na wybory i zagłosuję na partię, która jest w opozycji do AfD”. To ważny argument przemawiający za mobilizacją. Są różne powody, dla których ludzie, i to nie tylko młodzi, wstępują do partii – chcą mieć wpływ na politykę, angażować się społecznie, spotykać innych, prowadzić dyskusje, czerpać inspirację, a może nawet kandydować do parlamentu.

Ciekawi mnie jednak, jak to będzie wyglądać w dłuższej perspektywie – w badaniach nad partiami politycznymi widzimy, że jest duża grupa „niestałych” wyborców – zauważa dr Anna-Sophie Heinze. – Może więc się zdarzyć, że następnym razem to np. Zieloni przyciągną więcej osób. Co istotne dawne partie ludowe – SPD i CDU w szybkim tempie tracą członków, jedni odchodzą, inni umierają, bardzo niewielu nowych dołącza. I nie jest to problem tylko niemiecki, widoczny jest w całej Europie. Społeczeństwa są coraz bardziej zindywidualizowane, rozpadają się dawne środowiska robotnicze, które wspierały np. socjaldemokratów, czy środowiska religijne, które wspierały chrześcijańskich demokratów.

Tymczasem Die Linke ma długie tradycje na wschodzie Niemiec [w Berlinie są drugą siłą – 17 proc., zaś w Turyngii trzecią – 14 proc., red.] – dodaje dr Anna-Sophie Heinze. – Inaczej jest na zachodzie, jak choćby w Nadrenii-Palatynacie, gdzie mieszkam. Tu Die Linke przez długi czas była partią marginalną uznawaną za radykalną. Za to w zbliżających się krajowych wyborach [Die Linke według sondaży może otrzymać 6 proc. głosów, red.] kandyduje z jej ramienia bardzo młoda osoba, a w całym Trewirze widoczne są jej plakaty – wyróżniają się jej kolorowymi włosami. Partia oczywiście wie, że nie wygra wyborów tylko dzięki młodym. Zaledwie 13 procent niemieckich wyborców ma mniej niż 30 lat, większość jest powyżej 60-tki. Trzeba więc zdobyć również ich poparcie. Na pewno będąc w opozycji możliwości poszczególnych partii są ograniczone. Mogą one krytykować, kontrolować, składać wnioski. Jednak Die Linke zainicjowała w ostatnich latach wiele cennych debat, przez co była widoczna. Poza tym działacze tej partii wiedzą, że sięgając do klasycznej tematyki antywojennej, wystarczającym na życie emeryturom czy taniemu mieszkalnictwu można zdobyć wiele punktów. I dobrze im to wychodzi.

Jaki kapitalizm? Jaki socjalizm?

10 stycznia 2026 w Berlinie Die Linke zainaugurowało pracę nad swoim programem. Były panele, wykłady i warsztaty, także online. Pogram ma być gotowy w ciągu dwóch lat i zostanie poddany głosowaniu wszystkich członków partii. Kierownictwo zwróciło się do nich: „Świat się zmienił: gospodarka, klimat, polityka międzynarodowa i stosunki społeczne przechodzą transformację. Czas, byśmy o tym porozmawiali. W jakim kapitalizmie żyjemy, o jaki socjalizm walczymy, jakie są zadania lewicy w czasach wojny i faszyzacji? Razem odpowiedzmy na te pytania!”.

Otwierając spotkanie, współprzewodnicząca partii Ines Schwerdtner mówiła o nadziei, jaką daje wybranie Zohrana Mamdaniego na burmistrza Nowego Jorku. Z kolei Hans Jürgen Urban z zarządu związku zawodowego przemysłu metalowego IG Metall, (zrzesza 2,3 mln osób i jest największą zorganizowaną reprezentacją pracowników na świecie), opowiadał o fatalnej atmosferze w zakładach pracy, o stresie wywołanym zwolnieniami pracowników. I jak ważne jest odzyskania zaufania ludzi do polityków.

;
Na zdjęciu Joanna Strzałko
Joanna Strzałko

Reporterka i tłumaczka. Absolwentka filologii szwedzkiej na Uniwersytecie Jagiellońskim i Polskiej Szkoły Reportażu. . Współpracuje z OKO.press, Gazetą Wyborczą, Dużym Formatem, Charakterami, weekend.gazeta.pl i Magazynem Goethe Institut. Trzykrotna stypendystka Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Finalistka Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego w 2019 i 2021 r. Mieszka w Niemczech.

Komentarze