08 lutego 2021

Prezydent Biden za prawami reprodukcyjnymi kobiet – znosi zakazy wprowadzone przez Trumpa

W latach 70. XX wieku aborcja była w USA traktowana jako kwestia medyczna, a nie polityczna. Nie dziwiło, że konserwatywny gubernator Reagan zliberalizował prawo aborcyjne w Kalifornii. Aborcja nie była dla niego częścią „imperium zła", ale dla Trumpa już tak

Prezydent Joe Biden podpisał jak dotąd rekordową dla debiutanta w Białym Domu ilość dekretów, rozporządzeń i memorandów. Jedno z ostatnich dotyczy aborcji.

28 stycznia prezydent Stanów Zjednoczonych ogłosił, że odwróci skutki ataku Donalda Trumpa na prawa kobiet w dostępie do ochrony zdrowia.

Biden dodał, że podpisane przez niego memorandum „odnosi się do ochrony zdrowia kobiet w kraju i za granicą oraz odwołuje zmiany, które zostały wprowadzone przez Donalda Trumpa, na mocy których utrudnia się kobietom dostęp do przystępnej opieki lekarskiej dotyczącej ich praw reprodukcyjnych”.

Uchylenie zasady Mexico City

Posunięcie prezydenta z Partii Demokratycznej jest spełnieniem jego obietnicy z okresu kampanii wyborczej. Biden zapowiadał, że uchyli tzw. zasadę Mexico City, czyli zakaz finansowania przez rząd USA zagranicznych organizacji non-profit, które wykonują lub promują aborcję.

Rząd Trumpa wprowadził to ograniczenie w 2017 roku na mocy memorandum prezydenckiego, a następnie rozszerzył je na wszystkie obowiązujące amerykańskie fundusze zdrowotne dotyczące opieki lekarskiej w innych krajach.

To sprawiło, że organizacje zajmujące się na przykład leczeniem AIDS, projektami dotyczącymi czystej wody, pomocą podczas klęski głodu czy szczepieniami dzieci nie miały szans na uzyskanie pomocy z 9,5 mld puli, jeśli jednocześnie propagowały aborcję.

Memorandum nakazuje również Departamentowi Zdrowia i Opieki Społecznej natychmiastowe rozważenie zdjęcia zakazu kierowania pacjentek do lekarzy wykonujących aborcję przez placówki finansowane z rządowego programu Title X.

Reasumując: Biden już na samym początku swojej kadencji dał czytelny znak, że w sprawach aborcji jest on - w przeciwieństwie do poprzednika - po stronie kobiet i prawa do wyboru.

Posłuchaj także:

Sąd Najwyższy przesunął się na prawo

To bardzo ważny polityczny sygnał w debacie na temat aborcji, tym bardziej że w ostatnich latach dyskurs publiczny w owej sprawie przesunął się na prawo. Cała rzecz jednak w tym, że w Stanach Zjednoczonych – tak jak się to okazało ostatnio w Polsce – kwestia przerywania ciąży zależy od decyzji trzeciej władzy, czyli w wypadku Ameryki od federalnego Sądu Najwyższego.

Momentem historycznym, który zainicjował upolitycznianie kwestii przerywania ciąży był wyrok Sądu Najwyższego z 21 stycznia 1973 roku w sprawie „Roe przeciwko Wade”.

Aborcja została wówczas uznana za legalną przez cały okres ciąży, dając jednak stanom możliwość wprowadzenia regulacji ograniczających możliwość aborcji w drugim i trzecim trymestrze.

Jak zauważa Linda Greenhouse, wieloletnia autorka tekstów o Sądzie Najwyższym dla „New York Timesa”, w skład sądu, który wydał decyzję w sprawie Roe, wchodziło czterech sędziów nominowanych przez Richarda Nixona, dziś uchodzącego - nie zawsze sprawiedliwie - za prekursora konserwatywnej rewolucji. Jej zdaniem aborcja nie była wtedy kwestią partyjną, a medyczną.

W decyzji z 1973 roku uznano, że każda kobieta ma prawo do przerwania ciąży i wynika to z praw do prywatności i wolności, gwarantowanych przez 14. poprawkę do konstytucji. Jednocześnie sędziowie zdecydowali, że stany mają prawo ograniczać prawo kobiet do aborcji w 2 i 3 trymestrze ciąży.

W trzecim trymestrze stan może zakazać aborcji, ale musi dopuszczać aborcję w wyjątkowej sytuacji, gdy ciąża zagraża życiu lub zdrowiu matki.. Oznaczało to konieczność zmiany przepisów w 46 z 50 stanów.

Nie ma kobiet w Konstytucji USA

Członkowie SN powołali się na prawo do prywatności, bo ustawa zasadnicza nie dawała wielu wskazówek jak się do tematu kobiet w ogóle odnosić.

„Mężczyźni, którzy uchwalili i ratyfikowali konstytucję nie wspomnieli w niej o kobietach, seksie ani małżeństwie. „Pamiętaj o paniach” – ostrzegała Abigail Adams swojego męża w 1776 r., który tę radę zignorował (red. – chodzi o jednego z Ojców Założycieli i późniejszego prezydenta Johna Adamsa). W konsekwencji nieumieszczenia kobiet w dokumentach założycielskich republiki były jednocześnie trwałe i katastrofalne.

Fakt, że twórcy konstytucji nie rozwiązali kwestii niewolnictwa, doprowadził do wojny domowej. To, że uważali kobiety za nierówne mężczyznom, niemalże skończyło się tym samym.

W amerykańskiej historii kobiety często wpisywały się w konstytucję na zasadzie analogii. Dyskryminacja z powodu płci była podobna do dyskryminacji z powodu rasy, a język zakazujący jednej dyskryminacji można było rozumieć jako zakazujący innej” – pisze w znakomitym 700-stronicowym eseju pt. „My, naród. Nowa historia Stanów Zjednoczonych” Jill Lepore, historyczka z Uniwersytetu Harvarda. W zeszłym roku ukazała się polska wersja książki, w tłumaczeniu Jana Szkudlińskiego.

Pisarka sugeruje, że sprzeciw wobec politycznych praw kobiet mógł – podobnie jak bunt wobec znoszenia niewolnictwa – skończyć się wojną secesyjną. I ma rację. Historyczne Południe było zaciekłym przeciwnikiem ruchu na rzecz równouprawnienia kobiet. Stany dawnej Konfederacji w 1920 roku niemal zablokowały ratyfikację 19. Poprawki do konstytucji, która zrównywała kobiety i mężczyzn w prawie wyborczym.

Ówczesna wrogość wobec sufrażystek i emancypacji długo opóźniała rozwój tamtejszego ruchu na rzecz praw kobiet na Południu. Silny opór ze strony białych kongresmenów i senatorów od Marylandu po Luizjanę przez wiele lat uniemożliwiał zatwierdzenie wspomnianej poprawki do ustawy zasadniczej, która, by wejść w życie potrzebowała aprobaty legislatur 36 z 48 ówczesnych stanów. Dziewięć stanów Południa odmówiło ratyfikacji lub, co gorsza, przyjęło „rezolucje o odrzuceniu”, potępiające poprawkę jako nieuzasadnioną, niepotrzebną, niedemokratyczną i niebezpieczną. Najbardziej radykalni politycy mówili wprost o potrzebie secesji. Mimo to poprawka weszła w życie – Amerykanki uzyskały więc prawa wyborcze dwa lata po Polkach.

Wracając do wyroku w sprawie Roe przeciwko Wade: wielu komentatorów uważało, że decyzja SN szybko straci na kontrowersyjności. W końcu ówczesny gubernator Kalifornii Ronald Reagan, dzisiaj postać kanoniczna dla twardej prawicy, podpisał ustawę liberalizującą prawo aborcyjne w swoim stanie.

Nixon się cofa

Upolitycznienie tematu aborcji przyszło z zaplecza Richarda Nixona. Autor prezydenckich przemówień, a później gwiazda prawicowej publicystyki Pat Buchanan, doradził głowie państwa, że aborcja jest coraz poważniejszą sprawą, szczególnie dla katolickiego elektoratu, który wówczas tradycyjnie głosował na Partię Republikańską.

Jeszcze przed wydaniem wyroku w sprawie Roe Nixon wygłosił więc przemówienie, w którym wycofał się ze swoich wcześniejszych poglądów, w dużej mierze przychylnych prawu do wyboru i stwierdził, że ludzie życie – w tym nienarodzonych – jest święte.

Warto dziś przypomnieć sobie okoliczności „Roe przeciwko Wade” i ich konsekwencje dzięki dokumentowi Netflixa „Powrót do sprawy Roe: Prawa kobiet w politycznej grze” w reżyserii Ricki Sterni i Anne Sundenberg. Jest on dostępny na polskiej wersji platformy.

„Opinia publiczna była podzielona względem wielu kwestii dotyczących kobiet, jednak w latach 60. i 70. podziały te nie przebiegały po liniach partyjnych. Dopiero w roku 1980 obie partie umieściły w swych programach postulat odnoszący się do legalności aborcji – republikanie byli przeciwni, demokraci zaś byli za. W latach 90. aborcja stała się już kwestią całkowicie partyjną – i definiującą coraz bardziej powiększający się rozłam” – pisze Jill Lepore.

Prekursorzy praw do aborcji

Wysiłki zmierzające do legalizacji aborcji rozpoczęto w latach 60. Nie stały za nimi feministki ani działaczki na rzecz praw kobiet, ale lekarze, prawnicy oraz duchowni kierujący Planned Parenthood Federation of America.

To organizacja non-profit działająca na rzecz praw reprodukcyjnych, której centrala znajduje się w Nowym Jorku. Jej celem jest propagowanie świadomego rodzicielstwa, szerokiej edukacji seksualnej, dostępu do legalnej aborcji i antykoncepcji, walki chorobami przenoszonymi drogą płciową. A także szerzenie, w ramach posiadanych środków, podstawowej opieki medycznej na całym świecie, szczególnie w ubogich krajach Afryki i Ameryki Łacińskiej.

Organizacja jest również operatorem jednej z największych sieci klinik oferujących zabiegi związane z aborcją, antykoncepcją oraz diagnostyką chorób wenerycznych.

Według sprawozdania sprzed trzech lat budżet Planned Parenthood w 38 proc. pochodzi z wpłat od darczyńców, 34 proc. z grantów rządowych, 22 proc. stanowią dochody z usług medycznych, a w 6 proc. - z innych źródeł.

Darczyńcami organizacji są między innymi: Melinda Gates, Fundacja Forda, The Buffet Foundation. Całkowity budżet wyniósł 1,6 mld dol. Planned Parenthood otrzymało finansowanie rządowe po raz pierwszy w latach 70. XX wieku podczas rządów wspomnianego już Richarda Nixona. Prezydent i jego partia byli wówczas pozytywnie nastawieni wobec upowszechnienia wiedzy na temat środków antykoncepcyjnych, wszak było to jeszcze przed wyrokiem w sprawie Roe i przed pokusą upolitycznienia tematu.

W 1962 roku prezesem Planned Parenthood został ginekolog i położnik Alan Frank Guttmacher, który rozpoczął kampanię mającą na celu pozyskanie federalnego wsparcia dla programów planowania rodziny przeznaczonych dla ludzi biednych, dla uchylenia zakazów antykoncepcji i liberalizacji prawa do aborcji.

Trzy lata później byli prezydenci Eisenhower (republikanin) i Truman (demokrata) pełnili funkcje współprzewodniczących komitetu Planned Parenthood, sygnalizując ponadpartyjne poparcie dla antykoncepcji. Również w 1965 roku – i tu znowu wracamy do regulowania kwestii praw reprodukcyjnych przez trzecią władzę – w sprawie „Griswold przeciwko stanowi Connecticut” federalny Sąd Najwyższy uchylił stanowe zakazy antykoncepcji, uniewinniając jednocześnie Estelle Griswold, kierującą lokalną kliniką Planned Parenthood, aresztowaną i skazaną za rozprowadzanie środków antykoncepcyjnych.

Czy konserwatywny Sąd Najwyższy obali Roe vs Wade?

Światopoglądowa prawica wraz z Donaldem Trumpem prowadziła w ostatnich latach kampanię na rzecz radykalnego ograniczania dostępu do zabiegów. Co roku w rocznicę wydania wyroku w sprawie „Roe przeciwko Wade” organizowane są Marsze Życia.

Uczestnikom waszyngtońskiej demonstracji z 19 stycznia 2018 ówczesny prezydent obiecał łącząc się z nimi przez platformę streamingową: „Przyszliście tu z jednej pięknej przyczyny: chcecie budować społeczeństwo, w którym każde życie jest celebrowane, chronione i pielęgnowane. Kochacie każde dziecko, narodzone i nienarodzone, ponieważ wierzycie, że każde życie jest święte, że każde dziecko jest drogocennym darem od Boga. A prawo do aborcji jest złem i obecny stan rzeczy musi się zmienić. Mój rząd zawsze będzie bronić pierwszego prawa z Deklaracji Niepodległości, czyli prawa do życia”.

A co by się stało, gdyby w Sądzie Najwyższym znalazła się większość do obalenia wyroku sprzed 48 lat? Każdy z 50 stanów ma swoje własne zasady i praktyki, jeśli chodzi o zapewnienie kobietom możliwości przerwania ciąży.

W chwili obecnej przepisy te nie mogą być sprzeczne z precedensem, który został ustanowiony przez Roe przeciwko Wade. W przypadku jego uchylenia na dostęp kobiety do aborcji miałby wpływ władze stanu, w którym mieszka.

Według Center for Reproductive Rights, 23 stany, czyli mniej niż połowa, mogłyby w tej sytuacji zakazać aborcji.

Autorka zrezygnowała z honorarium, wyrażając w ten sposób wsparcie dla OKO.press

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne