31 maja 2022

Rosjanie namierzyli nas z drona, spadły 2 rakiety. Żołnierze spokojni, niesamowite morale [Z FRONTU]

Komenda: "Podwał". Wpadamy do piwnicy, schodkami na dół. Znowu świst i huk drugiej eksplozji - Robert Kowalski z linii frontu opowiada o biedzie i serdeczności ludzi w Charkowie, o odwadze kolejarzy i o żołnierzach, którzy wiedzą, o co walczą. O sile, której Putin nie zmiażdży

Robert Kowalski, OKO.press: Na froncie byliśmy w niedzielę po południu. To był w Charkowie wyjątkowy dzień. Przyjechał tu - oczywiście bez zapowiedzi - prezydent Wołodymyr Zełenski, Rosjanie postanowili gorąco go powitać. Non stop leciały nam nad głowami rakiety, jedna za drugą.

Piotr Pacewicz, OKO.press: Od kiedy jesteś w Ukrainie?

Od niedzieli [22 maja 2022], a w Charkowie od wtorku. Miała być Odessa, ale uznaliśmy z ukraińskim operatorem, Romanem Buchko ze Lwowa, który pracuje w terenie od pierwszego dnia rosyjskiej agresji, że lepiej być tu, na wschodzie, gdzie decydują się losy wojny. Koniecznie chciałem też zrobić materiał z panią Tatianą. Mieszka w charkowskiej wielkiej dzielnicy Sałtiwka, która jest najbardziej ostrzeliwana, opiekuje się zwierzętami opuszczonymi przez właścicieli. OKO.press już o niej pisało.

Schronienia udzielili nam polscy księża z ośrodka Caritasu, z tego będzie osobny film, z niesamowitym księdzem Wojciechem Stasiewiczem w roli głównej. Księża jeżdżą z mszą po okolicy, odprawiają nabożeństwa czasem w piwnicach, w metrze. Imponująca jest ich bardziej ziemska działalność. Byli pierwsi z pomocą dla charkowian, codziennie jadą stąd ciężarówki na plac Gogola, na Sałtiwkę. Widzieliśmy, jak w kolejce po żywność, czy środki higieniczne, stoi po dwa tysiące ludzi.

Charków, stolica obwodu, przed wojną 1,4 mln mieszkańców, leży ok. 20 kilometrów od granicy z Rosją (na mapie poniżej jako Kharkiv). Obwód charkowski położony jest na północny zachód od Donbasu, czyli obwodów ługańskiego i donieckiego, gdzie toczą się najcięższe walki. 230 km od Sewierodoniecka, który wojska Putina właśnie próbują zdobyć.

Charków to stolica dumnej kozaczyzny, dookoła Sicz, Dzikie Pola - co znamy w polskiej nacjonalistycznej wersji Sienkiewicza. Napierała na nich I Rzeczpospolita, Tatarzy, Rosjanie. Nigdy nie było tu pogromów żydowskich. To niezwykłe miasto, niezwykli ludzie. Taka prostota w kontakcie, co w sercu, to na języku, mówią co czują.

Ale teraz miasto cierpi.

Ludzie są strasznie biedni, nie ma pracy, a ceny są wyższe niż w Polsce. W Sałtiwce obrazki jak z II wojny światowej, między ruinami pojedyncze postaci przemykają się do tego, co zostało po ich mieszkaniach, może uda się coś jeszcze zabrać, ręcznik, pamiątki. Niektórzy nawet próbują tam wegetować, co jest wyrazem desperacji. W Sałtiwce nie ma wody, dowożą ją cysternami.

W Charkowie i okolicach straszne kolejki po benzynę, paliwa brakuje, dziś nie udało nam się kupić oleju napędowego. Benzyna jest droższa niż w Polsce.

W dzielnicy Słonecznej, która nie jest aż tak zburzona, biedę widać na każdym kroku. Oprowadzał nas pan, który nazywa się - tak jak prezydent - Max Zełenski. Łamiące serce rozmowy, ludzie otwierają się na dźwięk języka polskiego, rozkładają ramiona, płaczą.

W centrum Charkowa spotkałem starszego pana, dziękował za polską pomoc, podaliśmy sobie ręce i on znienacka pocałował mnie w dłoń. Starczyło mi refleksu i też go pocałowałem, aż przechodnie się za nami oglądali. Następnego dnia zobaczyłem go na dworcu, żebrał z kubkiem w ręku. W sklepach są towary, właściwie wszystko można kupić, tylko ceny wyższe niż w Polsce. Strasznie dużo biedy, zwłaszcza starszych osób.

Oficjalna wersja jest taka, że miasto jest pod kontrolą Ukrainy. Ale to nie do końca tak. Nie ma dnia, żeby nie słychać było wybuchów. W środę cztery rakiety uderzyły w prawie samo centrum miasta. Pojechaliśmy w jedno z tych miejsc, obok Pomnika Żołnierza Wyzwoliciela, ogromnego patetycznego monumentu na cześć wyzwolenia Charkowa przez Armię Czerwoną.

Ironia historii, strzelają we własny pomnik

Nie uszkodzili go i nawet tym razem nikogo nie zabili. Ostatniej nocy słyszałem kilka wybuchów, dzisiaj rano był tylko jeden alarm.

Ludzie na alarmy prawie nie reagują, zachowują się zupełnie spokojnie. Działają sklepy, niektóre restauracje, choć jedna, gdzie mieliśmy jechać, została zbombardowana. Zakochani chodzą za ręce, to jest miasto ogrodów, kwitną kwiaty.

Po Charkowie oprowadzał nas architekt, ukraiński Żyd, dr Maks Rozenfeld. Tu są perły architektury, w tym budynek Dzierżpromu, pierwszy wieżowiec w Rosji radzieckiej z 1928 roku. Stoi przy pl. Wolności, chyba największym placu miejskim w Europie, po drugiej stronie jest zbombardowany budynek administracji, z wypalonym wnętrzem.

Charków to takie miasto, w którym od razu się zakochujesz. Jest tu drugi w Imperium Rosyjskim uniwersytet im. Wasyla Karazina, takiego geniusza naukowego, założony w 1804 roku. Przez rok studiował tu medycynę Józef Piłsudski, ale bardziej myślał o polityce, więc go wyrzucili...

Może wróćmy do wyprawy na front. Potrzebne ryzyko?

Jak jesteś tak blisko linii frontu, to jak tam nie pojechać? Trochę słabo, nie? Jest też jakiś rodzaj powinności dziennikarskiej, żeby pokazać z bliska żołnierzy, którzy walczą, narażają życie. Cała Europa powtarza, że oni walczą za nas, a ja jestem kilka kilometrów od nich.

Ale to nie takie proste się tam dostać. Na szczęście jadąc do Ukrainy zabrałem sporo sprzętu medycznego od ukraińskiej fundacji Uniters, działającej w Warszawie, w tym niesamowity plecak z pełnym chirurgicznym wyposażeniem, ukraińscy lekarze aż kręcili głowami. Przyjechali z linii frontu, żeby to odebrać. Poprosiłem jednego z chirurgów, żeby mi pomógł w dostaniu się na front.

Nie mogę niestety podać zbyt wielu szczegółów, gdzie dokładnie byłem, z jaką jednostką. Pluton jest z pułku, o którym się mówi "szaleńcy", "nieustraszeni", walczyli tam, gdzie było najtrudniej.

Jechaliśmy na dwie raty. Samochód zabrał nas z granicy miasta aż do pierwszych ukraińskich pozycji wojskowych, potem w dwa jeepy pojechaliśmy dalej w kierunku frontu.

Szybko zobaczyliśmy dym, podjeżdżamy. Kilka domów jeszcze się pali. Zginął ukraiński żołnierz, ośmiu zostało rannych, ale już ich zabrali. Jesteście wariatami, żeby tu filmować - mówi nam żołnierz.

W plutonie trzech z sześciu to byli zawodowi sportowcy, a nawet reprezentanci Ukrainy w pewnym sporcie, który wymaga siły i szybkości. Potężne chłopaki. Grali też za granicą w ligach francuskiej, polskiej, rosyjskiej. Jak wybuchła wojna, dawni koledzy z tych drużyn pisali do nich, tylko z Rosji nie odezwał się nikt. Zapytałem, co oni na to, że po drugiej stronie mogą być ci koledzy z rosyjskiej drużyny, ale zaprzeczyli: żaden z nich by tego nie zrobił. Skoro tak powiedzieli...

Rodziny powysyłali za granicę. Dowódca ma żonę i dzieci w Warszawie, jak o nich mówi, to łzy płyną mu po twarzy.

Jedziemy dalej, kolejny wybuch, słup ognia. Stajemy z 7o-80 metrów od domu. Zostawiamy jeepy, kierowca maskuje je gałęziami. Podchodzimy bliżej, kręcimy, żołnierze ubezpieczają nas. Dom dopala się, ale kury chodzą po podwóreczku jakby nigdy nic.

Fot. Robert Kowalski / OKO.press

Obok domu ziemianka. Dowódca każe nam się cofnąć, przywiązuje ostrożnie linkę do klamki, sam się cofa, szarpie, drzwi się otwierają, pułapki nie było. Jesteśmy na terenach, skąd wojsko ukraińskie wyparło Rosjan. Teren nie został sprawdzony, rozminowany. Musimy chodzić nawzajem po swoich śladach.

Po chwili słychać świst, głośny przenikliwy, takie iiiiiiiiiiii.

Sprawdziłem na nagraniu, świst trwa 4 sekundy, długo. Pada komenda, której nie rozumiem, ale jakoś wiem, co trzeba zrobić. Padam na ziemię, niestety w błoto, przez przypadek operator skierował kamerę w moim kierunku.

Huk eksplozji, rozdzierający uszy.

Strach?

Nie, coś innego, mobilizacja. Wziąłem z Polski kamizelkę, dali nam hełmy. Tylko przebiega mi po głowie myśl, że mogą być odłamki, a ja mam ręce, nogi nieosłonięte.

Komenda: "Podwał", czyli do tej piwnicy, ziemianki. Wpadamy po kolei, schodkami na dół.

Dowódca żartuje: "Ktoś z was pytał, czy to prawda, że zawsze strzelają po kilka razy?".

Jakby wiedział, co będzie. Huk eksplozji, podobno mniej niż 100 metrów od nas.

Dowódca rozkazuje: "Do samochodów".

I to jest trudny moment, bo musisz wyjść na odkryte pole. Biegniemy, jeden z żołnierzy przodem, ma kosmiczną życiówkę w maratonie 2:34. Kierowcy odpalają silniki. Nasz kierowca mówi, że słyszał drona, pewnie nas namierzyli i dlatego strzelali. Wjeżdżamy w las. Znowu rakieta, tym razem dalej. Roman (operator) pamięta, że wybuchów było nawet więcej.

Jak reagują żołnierze?

Nie robi to na nich większego wrażenia. Pełen spokój. Ten chirurg, który mi pomógł, śmieje się ze mnie w pewnym momencie: "co ty tak szybko oddychasz?", bo rzeczywiście oddech mi przyspieszył. Odpowiadam, że on reaguje tak, jakbyśmy grali z Rosjanami w szachy.

Oni są spokojni, ale bardzo skupieni. Szybkie komendy, natychmiastowa reakcja. Do tej ziemianki wbiegłem ostatni.

Tak wygląda wojna.

Historia z linii frontu. Nie wiem, jakie to były rakiety. Wszędzie na drodze, w lesie walają się skrzynki po pociskach, jakie Rosjanie zostawili. Pociski Smiercz (pol. wicher) i Grad (pol. grad), drewniane skrzynki, jak na wino, tylko dłuższe, po 1,2 m. Żołnierze Putina zostawili też inne ślady. W małej szkole, gdzie spali znaleźli jakieś stare dyplomy z Leninem i ustawili sobie na stoliku, jak relikwie.

Dronów używają do polowania na ukraińskie oddziały?

Ja sam drona nie widziałem, ani nie słyszałem. Żołnierz kierowca tak twierdził, dla innych to była normalna informacja. Brytyjska freelancerka Antonia, która pracuje dla "Guardiana", powiedziała mi, że Rosjanie namierzają dwa samochody lub więcej, na jeden szkoda im rakiety, ale nie wiem, czy to prawda. W każdym razie byliśmy 2 km od rosyjskich pozycji, tyle co nic.

Robert Kowalski (dokończenie rozmowy w poniedziałek wieczorem): Po południu pojechaliśmy pociągiem z Charkowa do Mirhorodu, 4,5 godziny drogi. Mirhorod, czyli miasto pokoju. Przed dworcem wielki pomnik Gogola.

Kolej to druga po armii siła obronna, Rosjanie polują na pociągi, zginęło już ponad 40 kolejarzy.

Po drodze opiekuje się nami kierowniczka pociągu Margarita Kozak, super wykształcona charkowianka, feministka. Opowiada, że jak w jakimś mieście jest alarm bombowy, to pociąg nie może wjechać, maszynista szuka miejsca w najbliższej dolinie, w osłoniętym miejscu. Mówi, jak dumna jest z prezesa kolei Ołeksandra Kamyszina, który non stop jeździ po Ukrainie specjalnym pociągiem, tam, gdzie jest jakiś kryzys, a Rosjanie nie mogą go upolować.

Z prowadzącymi pociąg rozmawiamy w elektrowozie, rok produkcji 1973, nazwa WEL (od inicjałów Włodzimierza Lenina), maksymalna szybkość 110 km. Od 05:00 rano 24 lutego wywozili z Charkowa uchodźców. Na początku wojny w przedziale jechało po 20 i więcej osób. Pomocnik maszynisty, młody facet pyta, czy skoro jesteśmy z Polski, to może powiedzieć coś do kamery. I mówi do swojej żony, która jest w Warszawie, że wkrótce będą mogli wrócić, bo wygramy tę wojnę.

Są trzy klasy, w najtańszej wagon bez ścian, z miejscami do leżenia i siedzenia. Ale nawet tutaj jest darmowy kipiatok, wrzątek z czegoś w rodzaju samowara.

W Polsce i w Europie, jest coraz więcej obaw, że Ukraina przegra bitwę o Donbas. Jakbyś ocenił ducha bojowego żołnierzy? W skali od 0 do 10?

12, może 15. Morale na najwyższym poziomie. Oni nie odpuszczą, dokładnie wiedzą, o co walczą.

Wierzą w to, nie odpuszczą na milimetr.

Biją się, żeby Rosja nie zabrała im wolności, niepodległości. Chcą też wrócić do rodzin. Tego nie pokonasz, to jest taka siła, że Rosja jej nie zmiażdży, zwłaszcza, że druga armia świata, jak się okazało, chyba nią nie jest. Mówią o tym wszystkim tak po prostu, jak o oczywistej rzeczy. Tak samo ci kolejarze.

Wolność, niepodległość i pokój. Walczą też o pokój - to mnie uderzyło, ale tak właśnie jest.

Zobacz filmy Roberta Kowalskiego z poprzednich wyjazdów do Ukrainy:

Udostępnij:

Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Robert Kowalski

Dziennikarz radiowy i telewizyjny, producent, reżyser filmów dokumentalnych. Pracował w m.in Polskim Radiu, „Panoramie” TVP2. Był redaktorem naczelnym programu „Pegaz” i szefem publicystyki kulturalnej w TVP1. Współpracuje z Krytyką Polityczną, gdzie przeniósł zdjęty przez „dobrą zmianę” program „Sterniczki” z Radiowej Jedynki. Tworzy cykl „Kamera OKO.press”.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne