Nie wiemy, co dokładnie wywołało pożar w Puszczy Solskiej. Wiemy jednak, że od wielu miesięcy na tym terenie nie padało, a leśne torfowiska dodatkowo są osuszane przez sieć rowów melioracyjnych. Hydrolog Piotr Bednarek wyjaśnia, jak to możliwe, że do dziś ich nie zasypano.
Spłonęło kilkaset hektarów Puszczy Solskiej. Lasy Państwowe informują o 300 ha pogorzeliska, ale podkreślają, że dokładne dane poznamy po akcji gaśniczej. W czwartek (7 maja 2026) po południu spadł deszcz, który pomógł w dogaszaniu lasu.
Wielki pożar wybuchł na terenie chronionego obszaru ptasiego, w miejscu, gdzie żyją zagrożone głuszce, a także bociany czarne, cietrzewie czy sóweczki. To również siedlisko rysi i wilków.
Skąd ten pożar? Na to pytanie odpowiedzi jeszcze nie znamy. Wiemy natomiast, że w łatwy sposób można zatrzymać wodę w lesie, zwiększając bezpieczeństwo przeciwpożarowe.
„Możemy się spotykać i debatować jeszcze przez 20 lat, udając, że problemu nie ma, podczas gdy tak naprawdę należy wziąć koparki i zasypać rowy melioracyjne” – mówi prezes Fundacji Wolne Rzeki, hydrolog Piotr Bednarek.
Katarzyna Kojzar, OKO.press: „Patrzymy na ten pożar przez pryzmat melioracji (celowego, wieloletniego osuszania) tych terenów” – taki komentarz pojawił się w mediach społecznościowych Wolnych Rzek, kiedy zapłonęła Puszcza Solska. Piszecie, że były rozmowy z Nadleśnictwem Józefów, żeby poprawić retencję na tym terenie, ale nic z tych planów nie wyszło. Co się stało?
Piotr Bednarek, Wolne Rzeki: Samo Nadleśnictwo zgłosiło się do nas z propozycją wspólnej poprawy retencji na tym terenie. Było to dwa lata temu. Poświęciliśmy kilka dni na zmapowanie rowów melioracyjnych na ich terenie, ale ostatecznie nic z tego projektu nie wyszło. Możliwe, że leśnicy będą to robić z innymi ludźmi. Tylko że w ciągu tych dwóch lat można już było zasypać rowy, a nie planować planowanie.
To jest główny problem.
W międzyczasie pojawił się też wniosek Nadleśnictwa o odstrzał bobrów i rozbiórkę bobrowych tam. To nie jest co prawda dokładnie ten teren, który się teraz pali – ale to wciąż obszar tego samego Nadleśnictwa. Tymczasem odstrzał bobrów i niszczenie tam to działania, które są przeciwieństwem przeciwdziałania pożarom.
Bobrowe rozlewiska z wodą są mniej łatwopalne niż suchy las.
Na tym obszarze, który teraz płonie, są rowy melioracyjne?
Lubelskie Towarzystwo Ornitologiczne, które działa na tym obszarze i dobrze go zna, mówiło nam, że w miejscu pożaru rowy odwadniają teren dość intensywnie. Czy by się nie spaliło, jakby te rowy zostały zasypane? Nie wiem. Nie wiemy, czy tam płonie przesuszony torf. Jest jeszcze za wcześnie na takie analizy – dowiemy się tego dopiero po zakończeniu akcji gaśniczej.
Jako Wolne Rzeki podajecie, że na oficjalnych mapach nie widać wszystkich rowów melioracyjnych. Dopiero kiedy idziesz w teren, przekonujesz się, że one tam są i odwadniają las. Takie przypadki zdarzają się często?
Tak. W ogóle dane, na podstawie których zarządza się w Polsce wodami, są bardzo słabej jakości.
Z naszych rozmów wtedy, te dwa lata temu, z Nadleśnictwem, wynikało, że oni nie mają lepszych, dokładniejszych danych. Częścią tego wspólnego projektu miała być identyfikacja miejsc odwadnianych rowami.
Takich map nie ma, bo przez wiele lat nikogo to nie interesowało. Rowy ktoś wykopał kilkadziesiąt lat temu, działają, osuszają teren i to nikomu nie przeszkadza – a nawet się podoba, bo zarządca może bez trudu wjechać do osuszonego lasu.
Z naszej perspektywy to jest trochę sytuacja jak z tworzeniem pól minowych, które mają chronić jakiś obszar przed inwazją. Tylko to tak, jakbyśmy minowali teren, ale nie nanosili na żadną mapę informacji, gdzie umieszczamy miny. I to powoduje problemy, które ciągną się przez dziesięciolecia.
Tymi minami są właśnie rowy melioracyjne, o których nie wiemy. One odwodniają ogromne połacie lasów i torfowisk od kilkudziesięciu lat. I nikogo to nie obchodzi.
A jeśli nie mamy zmapowanych rowów, trudno jest zidentyfikować miejsca, gdzie trzeba by było zorganizować akcję zasypywania. I wszystko w tym momencie opiera się na pracy społeczników – szukanie i usuwanie tych rowów.
Są ogromne chęci ze strony organizacji pozarządowych, żeby działać. Na miejscu, w okolicy Puszczy Solskiej, jest wspomniane Lubelskie Towarzystwo Ornitologiczne czy Fundacja Dzika Rzeka, które proponują leśnikom i urzędnikom, że mogą we własnym zakresie zająć się częścią tych rowów.
My jako Wolne Rzeki zresztą robimy to samo u nas, w Nadleśnictwie Janów Lubelski. Nasze propozycje, że za własne środki, własną pracę zasypiemy na przykład rowy w rezerwatach, spotykają się z pozytywną reakcją. Słyszymy, że to fajny pomysł, ale nie doczekaliśmy się nigdy odpowiedzi na piśmie, która by nam formalnie umożliwiała działanie.
Te inicjatywy nie spotykają się z realnym odzewem, mimo że to są działania, które można podjąć w krótkim czasie. Zamiast tego tworzone są duże projekty, wielkie ekspertyzy, które wymagają paru lat spotkań między różnymi instytucjami. Może kiedyś w końcu coś z tego będzie, ale trzeba działać też tu i teraz.
Wolne Rzeki w tym roku obchodzą 10 lat istnienia. To, co nam się udało zrobić przez ten czas w terenie, to przede wszystkim partyzantka retencyjna.
Rowy melioracyjne w lasach są legalne?
Są.
Czyli odwadnia się zgodnie z prawem, ale żeby nawadniać, trzeba już uprawiać partyzantkę?
Tak samo, jak można było legalnie wykopać rów, szczególnie 50 lat temu, tak samo legalnie można by go zakopać, tylko musiałaby być chęć ku temu. Chęci u władz brakuje, ale na szczęście znajdują się ludzie, którzy biorą sprawy w swoje ręce.
Jaki jest cel istnienia takich rowów? I jakie są tego skutki?
Cel i skutki są zgodne. Chodzi o osuszenie terenu, osuszenie warstwy gleby, obniżenie poziomu wód gruntowych. Lata temu robiono to, żeby móc łatwiej gospodarować na bagnach i torfowiskach. Dziś w lasach już nie kopie się nowych rowów i raczej nie pogłębia się tych, które istnieją. Zdarza się, ale to są pojedyncze przypadki.
Ale na przykład na łąkach uprawianych, koszonych przez prywatnych właścicieli, cały czas kopie się nowe rowy i pogłębia te istniejące.
Ten problem nie zniknął. Wynika z prostej przyczyny: na bagno nie da wjechać się traktorem. Właściciele robią więc wszystko, żeby się dało.
Kilka tygodni temu głośno było o inicjatywie RDOŚ z Białegostoku, który zakopywał rowy w Puszczy Białowieskiej. To wyjątek, czy zdarza się, że urzędnicy sami zaczynają takie akcje?
Zdarzają się chętni do działania urzędnicy, ale zazwyczaj chcą to robić w bardzo formalny sposób. Strzelają z armaty do wróbli, powołując się na skomplikowane przepisy prawa wodnego.
Mieliśmy niedawno spotkanie w terenie z lubelskim RDOŚ i Zarządem Zlewni ze Stalowej Woli dotyczące projektu renaturyzacji rzeki Bukowej, który te instytucje chcą wdrażać. To nasz projekt, na który poświęciliśmy kilka lat. Zabraliśmy urzędników nad jeden suchy rów, w którym woda płynęła w tym roku przez miesiąc. Ten rów akurat jest na mapach – oznaczony jako rzeka. Usłyszeliśmy od Wód Polskich, że żeby go zasypać, musiałby przestać być rzeką. A żeby przestał być rzeką, potrzeba aktualizacji rozporządzenia Ministra Infrastruktury.
To jest – powtórzę – suchy rów, który można łatwo zasypać. My go zresztą na innym odcinku zasypaliśmy. Z sukcesem, woda dookoła cały czas stoi. Wymagało to trzech godzin pracy w terenie, a nie rozporządzenia ministra.
W ten sposób możemy się spotykać i debatować jeszcze przez 20 lat, udając, że problemu nie ma, podczas gdy tak naprawdę należy wziąć koparki i zasypać rowy.
Powiedziałeś, że są tworzone wielkie plany i ekspertyzy. To się dzieje też na poziomie centralnym, na przykład przez tworzenie Strategii Ochrony Mokradeł – i dobrze. Czy te strategie przewidują działania, o których mówisz – takie, które można zrobić tu i teraz?
Trochę przestałem wierzyć w te różne strategie i plany. Brałem udział jako ekspert w tworzeniu nowego planu przeciwdziałania skutkom suszy, ale ten proces się ciągnie już kilka lat. W międzyczasie prowadzone są działania zupełnie odwrotne i robi to ta sama instytucja, która pracuje nad dokumentami strategicznymi – czyli Wody Polskie. Rozbierane są tamy bobrowe, rzeki są przekopywane. Planowanie i opracowywanie strategii rozmija się z rzeczywistością w terenie.
Czy gdyby w Puszczy Solskiej zakopano rowy, zagrożenie pożarowe byłoby mniejsze?
Lokalnie zakopywanie rowów działa przeciwpożarowo. Ale nie wszędzie da się podnieść poziom wód gruntowych na większą skalę, jedynie zasypując rowy. Bo czymś jeszcze trzeba ten las nawodnić, odbudować poziom wód – a nie da się tego zrobić bez opadów.
Od pięciu miesięcy nie padało. Od stycznia nie było jednego dnia z porządnym deszczem. Przez postępującą zmianę klimatu takie miesiące będą zdarzać się częściej. Do tego dochodzą wysokie temperatury. Czy w takich warunkach mamy szansę na poważną odbudowę zasobów wód gruntowych? Ciężko powiedzieć.
Tylko trzeba wybrać, jaką przyjmiemy postawę: czy uznajemy, że ciężko powiedzieć i nie robimy z tym nic, czy mimo tego, że ciężko powiedzieć, spróbujemy jakoś zadziałać.
Dziennikarka, reporterka, redaktorka, współkierowniczka działu społeczno-gospodarczego (razem z Jakubem Szymczakiem). Zarządza również pracą zespołu klimatycznego. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim prawami zwierząt, ochroną rzek, lasów i innych cennych ekosystemów, a także sprawami dotyczącymi łowiectwa, energetyki i klimatu. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego za reportaż o Odrze i nagrody Fundacji Polcul im. Jerzego Bonieckiego za "bezkompromisowość i konsekwencję w nagłaśnianiu zaniedbań władz w obszarze ochrony środowiska naturalnego". Urodziła się nad Odrą, mieszka w Krakowie.
Dziennikarka, reporterka, redaktorka, współkierowniczka działu społeczno-gospodarczego (razem z Jakubem Szymczakiem). Zarządza również pracą zespołu klimatycznego. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim prawami zwierząt, ochroną rzek, lasów i innych cennych ekosystemów, a także sprawami dotyczącymi łowiectwa, energetyki i klimatu. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego za reportaż o Odrze i nagrody Fundacji Polcul im. Jerzego Bonieckiego za "bezkompromisowość i konsekwencję w nagłaśnianiu zaniedbań władz w obszarze ochrony środowiska naturalnego". Urodziła się nad Odrą, mieszka w Krakowie.
Komentarze