20 stycznia 2020

„Rynek pracownika” po polsku. Co najmniej 1,3 miliona ludzi na śmieciówkach, najwięcej od lat

Nadużywanie umów cywilnoprawnych, fałszywe samozatrudnienia, umowy czasowe... Dane GUS z 2018 roku pokazują, że polski rynek pracy jest coraz bardziej "uśmieciowiony". Dla pracowników to fatalna tendencja. Z czego to wynika? Kto ponosi koszty „elastycznego” zatrudnienia (i dlaczego pracownik) oraz jak ten problem rozwiązać? Czytajcie (i piszcie)

Z danych GUS wynika, że w 2018 roku zwiększyła się liczba osób zatrudnionych wyłącznie na umowach cywilno-prawnych (umowy o dzieło i umowy zlecenie - 1,3 mln osób) oraz samozatrudnionych, czyli prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą (1,3 mln).

Rynek pracy przechodzi ostatnio wiele zmian. Z jednej strony od kilku lat popularność zyskują platformy, takie jak Uber. Z drugiej - rząd PiS wprowadził kilka propracowniczych zmian, jak minimalna stawka godzinowa czy wzrost minimalnego wynagrodzenia. Jednocześnie promowane jest też samozatrudnienie i przedsiębiorczość.

Niestety, wiele wskazuje wskazuje na to, że "przedsiębiorczość" często ogranicza się do zmniejszania podatków i składek kosztem przyszłych emerytur, platformy są poza kontrolą, a umowy cywilnoprawne nadal są nadużywane ze szkodą dla pracowników.

"Oceniając Polskę w europejskim kontekście trzeba przyznać, że jesteśmy przypadkiem dość patologicznym" - mówi OKO.press Dominik Owczarek, dyrektor programu polityki społecznej w Instytucie Spraw Publicznych.

W OKO.press chcemy być jak najbliżej ludzkich doświadczeń, rozumieć jak zjawiska rynku pracy opisywane najcześciej przy pomocy suchych liczb, przekładają się na życie Polaków. Dlatego prosimy was o pomoc. Jeśli jesteście samozatrudnieni i pracujecie na tzw. śmieciówkach (umowy zlecenie, umowy o dzieło lub lewe samozatrudnienie) i chcecie nam o tym opowiedzieć - piszcie: [email protected]

Nagły wzrost

W przypadku umów cywilnoprawnych 2018 to zaskakujący zwrot. W 2013 zatrudnionych na takich umowach było 1,4 mln. W 2014 o 7 proc. mniej, wyraźny spadek (4 proc.) zanotowano też w 2016 (umowy zlecenia zostały wtedy objęte obowiązkową składką ZUS), a potem w 2017 roku. W 2018 roku cały ten postęp wziął w łeb, a zatrudnienie na śmieciówkach wzrosło o 8,3 proc.

Równolegle rosła też rola samozatrudnienia na rynku pracy. Liczba osób samozatrudnionych poza rolnictwem niezatrudniających pracowników między 2012, a 2015 utrzymywała się na stałym poziomie ok. 1,1 mln. W 2016 wzrosła o 4,5 proc., w 2017 4,3 proc, a w 2018 aż o 8,3 proc.

Łącznie więc liczba pracujących na umowach cywilnoprawnych i samozatrudnionych wyniosła aż 2,6 mln. osób, co jest rekorodową wartością w badaniach prowadzonych od 2012 roku.

"To, co było wypierane z rynku w dziedzinie umów cywilnoprawnych, śmieciówki odzyskiwały na polu samozatrudnienia" - komentuje na portalu rynekpracy.org ekonomista Łukasz Komuda.

"Śmieciówkami" nazywa się potocznie umowy cywilnoprawne (umowa zlecenie, umowa o dzieło) używane niezgodnie z ich właściwym przeznaczeniem, które nie dają pracownikowi praw gwarantowanych przez Kodeks pracy (zasiłek chorobowy, płatny urlop wypoczynkowy, macierzyński, etc.).

Do 2016 roku umowa zlecenie nie była objęta obowiązkowym ubezpieczeniem społecznym, zmianę wprowadzono jeszcze z inicjatywy rządu PO-PSL. Umowa o dzieło wciąż nie gwarantuje jednak zleceniobiorcy ani prawa do emerytury, ani o ubezpieczenia w publicznej ochronie zdrowia.

Śmieciówkami nazywa się coraz częściej także inne formy zatrudnienia, które są nadużywane kosztem pracowników - np. wymuszone samozatrudnienie.

Fikcyjne samozatrudnienie

Samozatrudnienie jest dziś nadużywane z jednej strony przez osoby, które chcą mieć mniejsze obciążenie składkowo-podatkowe, więc same wybierają pracę w tej formie. Z drugiej - przez pracodawców, którzy wymuszają je na pracownikach, żeby obniżyć koszty. Na tle krajów Unii, Polska jest w czołówce jeżeli chodzi o odsetek samozatrudnionych. O jakiej części samozatrudnionych można powiedzieć, że dotyka ich uśmieciowienie rynku pracy?

Jak wskazuje raport Instytutu Badań Strukturalnych: fikcyjne samozatrudnienie (czyli takie, które w praktyce nie różni się od etatu - większość przychodów pochodzi od tego samego zatrudniającego) w Polsce może dotyczyć nawet co dziesiątej osoby prowadzącej własną działalność gospodarczą.

W 2017 roku liczba osób, które prowadziły działalność gospodarczą i nie zatrudniały innych pracowników, pracując przy tym wyłącznie lub głównie dla jednego klienta, wyniosła 166 tysięcy. W 2016 takich osób było 160 tys., a w 2015 - 144 tys.

Skąd taka powszechność samozatrudnienia? IBS wskazuje, że główną przyczyną są sprzyjające różnice w opodatkowaniu. Przy rocznym dochodzie rzędu 100-200 tysięcy złotych opodatkowanie działalności gospodarczej może być nawet o jedną trzecią niższe niż opodatkowanie umowy o pracę.

"To tłumaczy wzrost takiej formy zatrudnienia. Zarobki Polaków w ostatnich latach bardzo się poprawiły, coraz więcej osób przekracza drugi próg podatkowy. Samozatrudnienie to często sposób, żeby uniknąć podatków" - tłumaczy OKO.press Dominik Owczarek, analityk z Instytutu Spraw Publicznych.

O kosztownej dla państwa luce, jaką w polskim systemie podatkowym stanowi przywilej 19 proc. opodatkowania przedsiębiorców pisaliśmy w OKO.press wielokrotnie.

Pracownicy są też jednak często na samozatrudnienie wypychani, żeby firma mogła zaoszczędzić na składkach. Wszystko w ładnym opakowaniu "brania sprawy w swoje ręce".

Mit przedsiębiorcy

Samozatrudnienie wpisuje się w intensywnie promowany mit przedsiębiorcy, jeden z najważniejszych filarów tzw. gig economy, czyli "gospodarki fuch". Jak pisze dla OKO.press Hubert Walczyński, chodzi o "rozrastające się sektory gospodarki, w których zatrudnienie przestaje przyjmować formę pracy etatowej, a zaczyna być oparte na krótkoterminowych kontraktach i niestabilnych umowach, często zapośredniczonych przez rozmaite cyfrowe platformy".

Zatrudnienie jest w takiej gospodarce bardziej elastyczne, wydajność większa, a ceny niższe. Ale wszystko to dzieje się kosztem pracownika.

"Opiewana przez zatrudniających elastyczność, w języku pracownika nazywa się zwykle brakiem stabilności, niepewnością tego, ile w danym miesiącu będzie pracował, ile zarobi, na co może sobie pozwolić" - komentuje Walczyński.

"Brak umowy o pracę sprawia, że każde zwolnienie chorobowe jest rezygnacją ze znacznej części zarobków, pozbawia prawa do urlopu, skrajnie utrudnia samoorganizację i działanie w ramach związków zawodowych".

Szczególnie niebezpiecznym zjawiskiem gospodarki fuch jest platformizacja, która daje prawie nieskończone możliwości "optymalizacji" pracy. Bez odpowiednich regulacji, to prosta droga do skrajnego wyzysku pracownika.

Niebezpieczna platformizacja

Uber, pyszne.pl, pizzaportal, ale też np. serwisy oferujące tłumaczenia czy usługi sprzątania - wszystkie łączy to, że są wygodne, tanie i potencjalnie destrukcyjne dla stabilności pracy i praw pracowniczych. Platformy jedynie pośredniczą między klientem a niezależnym przedsiębiorcą, czerpiąc zyski i nie ponosząc przy tym za pracownika ani jego narzędzia pracy żadnej odpowiedzialności.

Z raportu Instytutu Spraw Publicznych dotyczącym platformizacji rynku pracy wynika, że 11 proc. Polaków w wieku 18 - 65 lat pracowało kiedyś w ramach platformy, ale tylko 4 proc. pracuje w ten sposób na co dzień. Dla 71 proc. to praca dorywcza związana z niskimi zarobkami (40 proc. zarabia mniej niż 1020 zł miesięcznie) i małą lub nieokreśloną liczbą godzin.

ISP zwraca uwagę, że wbrew obiegowej opinii platformy raczej pogłębiają proces prekaryzacji (wzrostu niepewności pracy) niektórych grup zawodowych, niż wzmagają innowacyjność ekonomii. Mogą również przyczynić się do rozwoju szarej strefy.

Prawo nie nadąża za przemianami technologicznymi, ale też nie brakuje firm, które mają oczywisty ekonomiczny interes w tym, żeby tak się własnie działo - pozbawienie pracowników stabilności pracy to de facto przerzucenie na nich części ryzyka, które wiąże się prowadzeniem biznesu.

Cyfryzacja dała też pracodawcy niespotykane wcześniej możliwości kontrolowana każdej sekundy pracy i wyśrubowanej optymalizacji opartej na algorytmach. W jednym z magazynów Amazona normy na hali wymagały od pracownika zdejmowania z półki 350 przedmiotów na godzinę (sześciu na minutę).

Nieprzemyślana polityka? Frustracja składkowa?

Przyczyn "uśmieciowienia" rynku pracy może być wiele. Najważniejszą jest przyzwolenie państwa. Dziennikarka "Gazety Wyborczej" Adrianna Rozwadowska zwraca uwagę, że polska praktyka nadużywania umów cywilnoprawnych jest w Europie nieznana. Korzystają z tego m.in. międzynarodowe firmy, jak AmRest (właściciel KFC, Pizzy Hut czy Starbucksa), która w Polsce na śmieciówkach zatrudnia prawie połowę z 14 tys. pracowników. W Hiszpanii, Czechach czy Rumunii - nikogo.

"Oceniając Polskę w Europejskim kontekście trzeba przyznać, że jesteśmy przypadkiem dość patologicznym"

- mówi Dominik Owczarek.

I tłumaczy: "W 2018 byliśmy drugim państwem o najwyższym odsetku zatrudnienia tymczasowego. Przez długie lata byliśmy zresztą pierwsi, ale wyprzedziła nas Hiszpania, która dłużej wychodzi z kryzysu gospodarczego".

Tymczasowe zatrudnienie wśród wszystkich zatrudnionych w wieku 15-64. Źródło: Eurostat.Przyzwolenie nie maleje od lat. Skąd więc ten nagły wzrost uśmieciowienia? Łukasz Komuda wskazuje na kilka czynników, które mogą stać za tym zjawiskiem:

  • szybki wzrost wynagrodzenia minimalnego i wypychanie słabszych pracowników na samozatrudnienie

Chociaż wynagrodzenie minimalne i stawka godzinowa są dużą propracowniczą zasługą rządu PiS, to jednak w połączeniu z upartym ignorowaniem lub osłabianiem instancji kontrolnych (Państwowa Inspekcja Pracy, związki zawodowe), efekty mogą być opłakane: wymuszanie samozatrudnienia i bezkarne nadużywanie umów cywilnoprawnych to jedne z nich.

  • ciągłe zmiany w systemie emerytalnym, które podkopują zaufanie do państwa

Być może problem jest szerszy i dotyczy osłabienia zaufania do instytucji państwowych oraz efektywnego wydawania pieniędzy publicznych. To błędno koło niedofinansowanego państwa: nie działa ono wystarczająco dobrze, więc ludzie tracą w nie wiarę w sens jego finansowania. Przykładem jest ochrona zdrowia. Polacy, których na to stać, są coraz częściej zmuszani do korzystanie z prywatnej opieki lekarskiej. Już dziś 1/4 wydatków na zdrowie pokrywamy z własnej kieszeni.

  • słabość Państwowej Inspekcji Pracy

PiP od lat jest niedofinansowany. Z rozmowy OKO.press z jedną z inspektorek wynika, że instytucję toczy też inna choroba - braki kadrowe i przerost biurokracji.

„Inspektor rozliczany jest z liczby kontroli" - tłumaczyła. "Czy poprawi w jakiś sposób byt pracownika, czy coś wyegzekwuje, to z punktu widzenia statystyk zupełnie nieistotne. Cenniejsze jest odwalenie dziesięciu kiepskiej jakości prostych kontroli, niż jedna solidna, która przyniesie efekty”.

Dominik Owczarek do możliwych przyczyn uśmieciowienia dorzuca brak edukacji i popularność upraszczającej ultraliberalnej narracji, którą głosi np. Konfederacja. Podatki to ich zdaniem kradzież.

"Część pracowników woli wybierać te umowy, które dają więcej natychmiastowych zysków, zamiast odkładać na ubezpieczenie społeczne, na emeryturę lub ewentualną rentę" - uważa Owczarek. Na dłuższą metę to zgubna strategia.

Co w tym złego?

Zdaniem Owczarka powszechność umów cywilnoprawnych i fałszywe samozatrudnienie są negatywne dla rynku pracy i dobra publicznego z wielu powodów. Wiążą się m.in. z:

  • brakiem stabilności zatrudnienia, niepewnością w kształtowaniu ścieżki zawodowej,
  • mniejszym zabezpieczeniu na starość oraz w przypadku niepełnosprawności,
  • brakiem prawa do urlopu w przypadku choroby czy urlopu macierzyńskiego.

"To oczywiście zupełnie sprzeczne z pronatalną polityką rządu. Przez niektórych prawników brak prawa do urlopu macierzyńskiego interpretowany jest jako naruszenie podstawowych praw człowieka" - komentuje Owczarek.

"Uśmieciowione" formy zatrudnienia to też brak możliwości skutecznego domagania się swoich praw.

"Osoby zatrudnione na umowach cywilnoprawnych oraz samozatrudnione mają oczywiście prawo należeć do związku zawodowego i uczestniczyć w sporach zbiorowych, ale tylko teoretycznie. Ich status zatrudnienia powoduje, że mogą być bardzo szybko zwolnione bez konsekwencji dla pracodawcy" - mówi Owczarek.

Elastyczność powinna kosztować

Owczarek proponuje kilka rozwiązań, które mogłyby uzdrowić zaśmiecony rynek.

  • zlikwidować umowy cywilnoprawne regulujące pracę

"Warto pamiętać, że nasze prawo pracy jest bardzo liberalne i elastyczne. W umowie o pracę można zmieścić praktycznie każdy rodzaj pracy".

  • jeśli nie zlikwidować, to wycenić elastyczność

"Jeśli pracodawca dzięki umowom cywilnoprawnym ma mniej obciążeń związanych z podatkami i szkoleniami oraz większą elastyczność, to trzeba to zrównoważyć" - mówi Owczarek. "Stawka godzinowa na umowę cywilnoprawną powinna być wyższa niż ta wynikająca z minimalnego wynagrodzenia w ramach umowy o pracę. Koszty szkolenia czy płatnego urlopu i ubezpieczenia chorobowego da się wyliczyć. Podobnie działa to już w sektorze budownictwa, gdzie wliczane są dodatkowe obciążenia, jak koszt odzieży roboczej.

  • większe uprawnienia PiP i kontrola samozatrudnienia

Fałszywe samozatrudnienie można by zwalczać określając kryteria, które pozwalałyby zamienić samozatrudnienie na umowę o pracę – takie uprawnienia powinien mieć PiP. Dotyczy to przypadków, kiedy w ustalonym okresie rozliczeniowym samozatrudniony uzyskuje z jednego źródła np. 70 proc przychodu.

Co wy na to?

Udostępnij:

Marta K. Nowak

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne