0:00
Prawa autorskie: Cezary Aszkielowicz / Agencja GazetaCezary Aszkielowicz ...
09 maja 2021

Ustawa o wiatrakach do zmiany. Rząd chce odmrażać tanią energię z wiatru, ale to wciąż za mało

Inwestycje w elektrownie wiatrowe ruszą z kopyta? Ma to ułatwić nowelizacja tzw. ustawy odległościowej, którą właśnie opublikował resort rozwoju. Eksperci wyliczają jednak, że pomimo nowych zasad na nowe farmy wiatrowe i tak poczekamy nawet siedem lat. Czyli o wiele za długo

Wydrukuj

Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii opublikowało 4 maja projekt noweli ustawy odległościowej, dzięki czemu budowa nowych wiatraków ma być znacznie łatwiejsza niż do tej pory.

W 2016 roku rząd przyjął tak zwaną ustawę antywiatrakową, która wprowadziła zasadę 10H. Czyli odległość farmy wiatrowej od zabudowań i terenów cennych przyrodniczo musi wynosić przynajmniej dziesięciokrotność wysokości wiatraków. W praktyce to około 1,5 km do 2 km. Zasada działała również w drugą stronę: na terenie wokół elektrowni wiatrowych nie można budować domów.

Warunki zgodne z zasadą 10H spełnia zaledwie 3 proc. powierzchni Polski, z czego tylko ułamek charakteryzuje się wystarczająco dużą wietrznością.

Ustawa w praktyce zablokowała powstawanie nowych wiatraków. Te, które wybudowano po 2016 roku, uzyskały pozwolenia jeszcze przed wprowadzeniem zasady 10H.

Gminy zdecydują w jakiej odległości

Już pod koniec 2019 roku ówczesna minister rozwoju Jadwiga Emilewicz zapowiadała, że ustawę „antywiatrakową” trzeba zmienić. Projekt miał powstać do końca 2020. Jednak zmiany w rządzie (stanowisko po Emilewicz przejął Jarosław Gowin) i pandemia znacząco opóźniły prace. Projekt noweli został opublikowany na początku maja. Od 4 maja trwają konsultacje publiczne.

Co zawiera nowela?

Przede wszystkim – nie znosi zasady 10H, a jedynie daje samorządom możliwość jej liberalizacji.

Gminy będą mogły zmniejszyć odległość wiatraków od zabudowań i terenów cennych przyrodniczo. Będzie mógł to określać Miejscowy Plan Zagospodarowania Przestrzennego (MPZP), biorąc pod uwagę zasięg oddziaływania elektrowni wiatrowej.

Przed uchwaleniem takiego planu gmina jest zobowiązana do sporządzenia prognozy oddziaływań i uzgodnienia jej z Regionalną Dyrekcją Ochrony Środowiska.

Nowela ustala też minimalną odległość wiatraków od zabudowań: 500 metrów.

Przed wpisaniem farmy wiatrowej do MPZP będzie trzeba przeprowadzić dodatkowe konsultacje społeczne. Dzięki temu mieszkańcy będą wiedzieć, jak ma wyglądać planowana elektrownia, w którym miejscu powstanie i jak będzie wpływać na środowisko. Konsultacje mają też być prowadzone w sąsiednich gminach.

W nowelizacji zapisano również obowiązek przeprowadzania przeglądów turbin wiatrowych. Będą mogły je robić wyłącznie serwisy techniczne certyfikowane przez Urząd Dozoru Technicznego.

Wiatraki w KPO

Nowela jest ważną częścią Krajowego Planu Odbudowy. „Celem Polski jest osiągnięcie w 2030 r. poziomu 32 proc. energii z OZE w wytwarzaniu energii elektrycznej. Z tego względu konieczna jest poprawa procesu inwestycyjnego w obszarze lądowej energetyki wiatrowej poprzez zmiany ustawy o inwestycjach w zakresie elektrowni wiatrowych wprowadzającej tzw. zasadę 10H” – zapisano w projekcie KPO, który pod koniec kwietnia został wysłany do Komisji Europejskiej.

MRPiT ostrożnie szacuje, że dzięki zmianie przepisów, w ciągu 10 lat od momentu przyjęcia noweli powstanie od 6 GW do 10 GW nowych mocy w elektrowniach wiatrowych.

Obecnie moc zainstalowana lądowych farm wiatrowych w naszym wynosi 6 613,99 MW w ok. 1 300 instalacjach tego typu (dane na styczeń 2021).

„Lądowa energetyka wiatrowa wytwarza ok. 14 TWh energii elektrycznej rocznie, co stanowiło 8,2 proc. produkcji energii elektrycznej w kraju za 2019 r.” – czytamy w opracowanej przez MRPiT ocenie skutków regulacji.

Optymizm resortu i poświęcenie wiatrakom miejsca w KPO są sprzeczne z tym, co Ministerstwo Klimatu i Środowiska zapisało w zatwierdzonej na początku lutego przez rząd Polityce Energetycznej Polski do 2040 roku, czyli dokumencie, który określa plany dotyczące źródeł energii na najbliższe lata.

W PEP2040 skupiono się przede wszystkim na wiatrakach na morzu, a o tych lądowych możemy przeczytać, że „wzrost udziału tej technologii w bilansie energetycznym będzie mniej dynamiczny w porównaniu do poprzednich lat”.

Więcej energii, mniej turbin

Resort rozwoju w ocenie skutków zgłoszonej nowelizacji zwraca uwagę na to, że postęp techniczny w energetyce wiatrowej pozwala na większą produkcję bez ogromnych nakładów. Nowoczesne turbiny – piszą urzędnicy - są w stanie generować większą moc i ilość energii niż wiatraki starszego typu przy porównywalnej prędkości wiatru.

Dla przykładu: pięć nowoczesnych turbin o mocy 4,2 MW może pozyskiwać 73,6 gigawatogodzin energii (GWh). Dziesięć słabszych turbin starszego typu byłoby w stanie wyprodukować w tych samych warunkach 65,8 GWh, a więc o 7,8 GWh mniej.

„Ułatwienie inwestowania w energetykę wiatrową na lądzie to prawidłowy kierunek” – komentuje Tobiasz Adamczewski z think tanku Forum Energii w rozmowie z OKO.press.

„Energetyka wiatrowa jest jednym z kluczowych elementów transformacji energetycznej i jednocześnie najtańszym źródłem energii elektrycznej. W związku z tym liberalizacja obowiązujących zasad i ułatwienie rozwoju tej technologii może potencjalnie hamować wzrost cen energii elektrycznej. Jednocześnie będzie ważnym źródłem taniej energii dla przemysłu” – dodaje.

Jak podaje Międzynarodowa Agencja Energii Odnawialnej (IRENA), w okresie 2010-2018 koszty wytwarzania energii z wiatru spadły o 34 proc. To większy spadek niż w przypadku farm offshore, które potaniały o 20 proc.

Nowe wiatraki za 7 lat?

W marcu, kiedy jeszcze nie znaliśmy ostatecznej treści nowelizacji, eksperci komentowali: to krok w dobrą stronę, ale wciąż jest sporo do naprawienia. Jednym z zarzutów wobec nowych zasad jest utrzymywanie jakiejkolwiek odległości wiatraków od zabudowań.

Zdaniem Tobiasza Adamczewskiego zapis o minimum 500 metrach może być potencjalnym kompromisem między przesłankami stojącymi za dotychczasowymi przepisami a potrzebami społeczeństwa i rynku energetycznego. „Jeśli jednak ograniczenia okażą się zbyt silne, będzie trzeba wrócić do rozmowy o ustalaniu odległości” - mówi.

Bardziej zdecydowanie wypowiada się w tej sprawie Janusz Gajowiecki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej. „Utrzymywanie jakichkolwiek określonych odległości farm wiatrowych od zabudowań nie jest uzasadnione. Nie ma uniwersalnej granicy dla wszystkich typu inwestycji. Czasami oddziaływanie akustyczne farmy ma zasięg 300 metrów, a czasami jest 500 metrów. Dlatego rozsądniej jest podchodzić indywidualnie do oceny każdego projektu” – mówił w rozmowie z OKO.press.

Jego zdaniem problemem w nowej wersji ustawy jest zbyt skomplikowana ścieżka legislacyjna. Organizacja konsultacji społecznych i uzyskanie wielu pozwoleń z kilku instytucji (w tym RDOŚ) wydłuży proces inwestowania w elektrownie wiatrowe. W efekcie – wyliczał Gajowiecki – na nowe wiatraki będziemy i tak czekać pięć, a nawet siedem lat od momentu przyjęcia nowych zasad.

Nacisk na offshore, farmy na lądzie w tyle

Zdecydowanym atutem zmiany przepisów jest to, że większy procent powierzchni Polski będzie dostępny pod wiatrowe inwestycje. Jak wynika z wyliczeń Pawła Czyżaka z Fundacji Instrat, jeśli minimalna odległość od zabudowań i terenów chronionych przyrodniczo zostałaby zredukowana do 500 m, farmy mogłyby powstawać na 26 proc. powierzchni Polski.

Pytanie, czy nowelizacja zostanie przyjęta. W Prawie i Sprawiedliwości nie było na ten temat zgody. Już w 2018 roku ówczesny minister energii Krzysztof Tchórzewski tłumaczył, że w PEP2040 nie przewiduje się dużej roli wiatraków. Powód? „Spadek produkcji z elektrowni wiatrowych wymuszony jest naszymi zobowiązaniami politycznymi” – tłumaczył.

Najgłośniejszą przeciwniczką wiatraków była Anna Zalewska, była minister edukacji w rządzie PiS, dziś europosłanka. Tłumaczyła wtedy, że nie chce, by „któregoś dnia śmigło wielkości autobusu spadło jej na głowę”. Co więcej, Marcin Przychodzki, założyciel portalu stopwiatrakom.eu, jest dyrektorem działu prawnego w Ministerstwie Infrastruktury.

W samym PEP2040 również stawia się na wiatraki offshore, zostawiając te lądowe w tyle. W farmy wiatrowe na morzu mają inwestować trzy największe spółki energetyczne PGE, ENEA i Tauron. „Budowa morskich farm wiatrowych na Bałtyku to projekt o ogromnym znaczeniu dla polskiej gospodarki” – wychwalał w styczniu minister aktywów państwowych Jacek Sasin.

Tobiasz Adamczewski z Forum Energii uważa, że nie powinniśmy rezygnować z rozwoju farm wiatrowych na lądzie na rzecz tych na morzu. „Patrząc z perspektywy potrzeb energetycznych i konieczności uzyskiwania energii z nieemisyjnych źródeł, jedna technologia nie wystarczy. Nie możemy postawić tylko na fotowoltaikę, wiatraki czy tylko na farmy offshore. Trzeba rozwijać te technologie równocześnie” – tłumaczy.

Udostępnij:

Katarzyna Kojzar

Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne