Walcząca o niezależne sądy była prezes krakowskiego sądu Beata Morawiec zmierzy się w sądzie z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą. Chce przeprosin za to, że decyzję o odwołaniu jej z funkcji podawano w kontekście afery, z którą nie miała nic wspólnego. A także za podważanie jej kwalifikacji jako prezesa sądu

Proces ma się zacząć w poniedziałek, 19 listopada 2018.

Prawnik ministra Ziobro przekonuje, że w komunikacie resortu o zwolnieniu Beaty Morawiec jest zawarta ocena ministra, której nie można traktować w kategoriach prawda – fałsz. A poza tym minister, jak zwykli obywatele, ma prawo do wolności słowa i krytyki. A sędzia i prezes jest osobą publiczną, więc musi wykazać tolerancję, nawet w przypadku brutalnych ataków.

To będzie głośna sprawa. Sędzia pozywa urzędującego ministra sprawiedliwości w czasach, gdy władza PiS podporządkowuje sobie sądy, a sędziów broniących niezależności wymiaru sprawiedliwości spotykają szykany i represje w postaci dyscyplinarek.

Pierwszy proces prezes z ministrem

Teraz ministra pozywa Beata Morawiec, była już prezes Sądu Okręgowego w Krakowie. Jest znana w krakowskim sądzie i ma autorytet. Sędziowie stoją za nią murem, a środowisko krakowskich sędziów jest zwarte wokół idei obrony niezależności sądów i tym wyróżnia się na tle całej Polski.

To tu obecna władza próbuje złamać m.in. byłego rzecznika legalnej KRS Waldemara Żurka (krakowskiego sędziego), ale sędziowie też go bronią.

Beata Morawiec stoi na czele stowarzyszenia sędziów Themis, które broni niezależności sądów przed zakusami obecnej władzy. W stanowiskach i uchwałach stowarzyszenie krytykuje przejmowanie politycznej kontroli nad sądami przez PiS.

Dlatego proces Morawiec kontra Ziobro będzie miał symboliczne znaczenie dla wszystkich sędziów. Jest to też pierwszy w Polsce proces wytoczony ministrowi sprawiedliwości przez odwołanego prezesa sądu.

Proces ma zacząć się w poniedziałek 19 listopada.

Beata Morawiec z funkcji prezesa Sądu Okręgowego w Krakowie została odwołana w ubiegłym roku, gdy nowa niekonstytucyjna ustawa uchwalona przez PiS dała ministrowi prawo wymiany prezesów sądów bez podania przyczyny. Ministerstwo sprawiedliwości odwoływało dotychczasowych prezesów m.in. w najważniejszych sądach i powoływało „swoich”.

Morawiec, jak wielu prezesów sądów w Polsce, została odwołana w trakcie kadencji. W jej przypadku nie skończyło się tylko na zwykłym piśmie wysłanym do sądu faksem. Odwołanie powiązano z zatrzymaniami dyrektorów małopolskich sądów w sprawie korupcyjnej.

Resort sugerował, że Morawiec jest zamieszana

Sprawa nie uderza jednak bezpośrednio w Morawiec, bo prezesi sądów praktycznie nie mieli wpływu na dyrektorów, którzy podlegali ministrowi sprawiedliwości. Dyrektorzy zajmują się sprawami administracyjnymi i logistycznymi – obsługą sądów, przetargami itp.

Ich zatrzymanie i odwołanie w tym samym czasie Beaty Morawiec mogło sprawić wrażenie, że ma ona coś wspólnego z tą „aferą”. I tak była prezes się poczuła. Tym bardziej, że na stronie ministerstwa sprawiedliwości zamieszczono komunikat, w którym połączono informację o zatrzymaniach i odwołaniu Morawiec.

Komunikat oczernia

Ministerstwo napisało, że „w ocenie Ministra sędzia Morawiec, jako ówczesny zwierzchnik służbowy dyrektora, nie sprawowała odpowiedniego nadzoru nad działalnością administracyjną Sądu Okręgowego w Krakowie. Decyzja, powodowana troską o dochowanie najwyższych standardów w tym sądzie, wynika także z niskiej efektywności Sądu Okręgowego w Krakowie i podległych mu sądów rejonowych”.

Ministerstwo powołało się na nieistniejący ranking sądów – o czym pisaliśmy w OKO.press – przekonywało, że krakowski sąd okręgowy jest na szarym końcu wszystkich sądów okręgowych w Polsce, pod względem efektów pracy. Ministerstwo obarczyło ją winą za złe wyniki – w ocenie ministerstwa – kilku małopolskich sądów rejonowych.

Cały komunikat nadal jest na stronie ministerstwa:

Komunikat podpisał wydział komunikacji społecznej i promocji ministerstwa, ale Zbigniew Ziobro ponosi odpowiedzialność za pracę całego resortu. Dlatego była prezes pozwała ministra o ochronę dóbr osobistych.

Ziobro ma przyznać, że bezprawnie narusza dobre imię sędzi

Beata Morawiec domaga się wygłoszenia oświadczenia przez ministra na specjalnej konferencji  i wpłaty 12 tys. zł na cel społeczny. Zbigniew Ziobro w oświadczeniu miałby przyznać, że komunikat bezprawnie narusza dobre imię Beaty Morawiec i godność sprawowanego przez nią urzędu sędziego.

Że stworzył on wrażenie „jakoby odwołanie z funkcji prezesa miało związek z nieodpowiednim wykonywaniem nadzoru nad działalnością administracyjną dyrektora sądu oraz postępowaniami karnymi prowadzonymi w związku z podejrzeniami korupcji w strukturach krakowskiego sądu”.

Minister miałby też przyznać, że podane do publicznej wiadomości

„rzekome przyczyny odwołania były nieprawdziwe. Prawne podstawy kompetencji prezesa sądu nie dawały i nie dają prezesom sądu możliwości nadzoru nad administracją sądu sprawowaną przez dyrektorów sądów i podległym im pracownikom”.

Sędzia Morawiec podkreśla, że  komunikat powieliły media, które jej odwołanie zestawiły z informacją o zatrzymaniach dyrektorów w związku „aferą korupcyjną” w sądach.

W pozwie napisała, że całe życie poświęciła pracy w wymiarze sprawiedliwości. W latach 2002-10 była członkiem Krajowej Rady Sądownictwa, przez dwa lata była zastępcą dyrektora Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury, a prezesem Sądu Okręgowego w Krakowie była w latach 2015-17.

Dlatego komunikat ministerstwa podważa jej dotychczasowy dorobek i autorytet jako sędziego. Tym bardziej, że zgodnie z uchwaloną przez PiS ustawą o sądach, minister mógł ją odwołać bez podania uzasadnienia i nie musiał „rozpowszechniać nieprawdziwych informacji” o niej.

Ranking nieprawdziwy

Morawiec zaznacza w pozwie, że dyrektor krakowskiego sądu okręgowego był służbistą i „prezentował styl pracy daleki od jakiejkolwiek podległości względem prezesa”.

Podważa też dane statystyczne podane przez ministerstwo na potwierdzenie tezy o złej pracy małopolskich sądów.

Jak pisaliśmy w OKO.press, dane te nie uwzględniają specyfiki sądów np. ich wielkości. A krakowski sąd jest jednym z  większych w Polsce i ma dużo spraw, co ma wpływ na obłożenie sędziów pracą i czas rozpoznawania spraw.

Poza tym, jak pisze sędzia Morawiec, w sądzie były braki kadrowe. Zwracała się  w tej sprawie do ministerstwa, ale to pozostało głuche na prośby o wsparcie kadrowe. Ministerstwo wstrzymywało bowiem wtedy nominacje w całej Polsce. Dlaczego? Najprawdopodobniej czekało aż, przeprowadzi zmiany w prawie, które pozwolą mu mieć wpływ na to, kto zostaje sędzią, i którzy sędziowie awansują w sądach.

Ponadto Morawiec nie ma wątpliwości, że jej odwołanie było celowo skoordynowane z zatrzymaniami dyrektorów. „Można było oczekiwać ze ministerstwo uszanuje podmiotowość sędziego o wieloletnim dorobku zawodowym, jego dobre imię i autorytet godności urzędu. […] Tu zachowanie ministra wykroczyło w sposób niedopuszczalny nie tylko poza społeczny, ale przede wszystkim w prawny wzór zachowania ze względu na ochronę dobrego imienia i godności względem sędziego” – podkreśla w pozwie sędzia.

Ziobro: To Morawiec narusza moje dobre imię

Minister Ziobro odpowiedział na pozew poprzez swojego pełnomocnika mec. Macieja Zaborowskiego, z którym od dawna blisko współpracuje. Odpowiedź liczy aż 71 stron.

Ziobro chce oddalenia pozwu. Podkreśla, że podległy mu resort nie odpowiada za wydźwięk artykułów w mediach po jej odwołaniu. Chce by sąd przesłuchał ministra Ziobro jako stronę, na okoliczność powstania komunikatu.

Chce też przesłuchania byłego dyrektora krakowskiego sądu okręgowego na okoliczność relacji służbowych z Morawiec, oraz pracowników jego ministerstwa, którzy mają powiedzieć jak powstał rzekomy ranking sądów oraz by zeznali o kompetencjach dyrektorów.

Minister zarzuca, że to prezes Morawiec

narusza jego dobra osobiste swoimi wypowiedziami, bo angażuje się w działalność „quasi polityczną zmierzającą do zaognienia konfliktu między ministerstwem sprawiedliwości, a sędziami”.

Uważa, że sama nagłośniła swoje odwołanie w powiązaniu z zatrzymania dyrektorów, bo zorganizowała konferencję, na której o tym mówiła, a potem napisały o tym media. Więc sama miała wykreować obraz swojej współodpowiedzialności za kryminalną działalność dyrektorów.

Minister dowodzi, że była prezes miała również „faktyczny” nadzór nad dyrektorem sądu. A jego rzekomy brak interpretuje jako „działanie w granicach prawa polegające na nie dość rzetelnym wypełnianiu obowiązków” i „zaniedbanie polegającego na niewłaściwym realizowaniu ustawowych i faktycznych uprawnień nadzorczych względem dyrektorów sądów”.

Minister podkreśla, że nie jest autorem spornego komunikatu, ale go broni. W pozwie jego prawnik pisze, że nie imputowano w nim jakoby Morawiec była związana z procederem, za który zatrzymano dyrektorów.

Oceny ministra nie można oceniać w kategoriach prawda – fałsz…

Zaś informacja o jej odwołaniu jest oddzielona akapitem od informacji o zatrzymaniach. Prawnik przekonuje, że informacje o niej w komunikacie, że nie spełniała odpowiedniego nadzoru nad dyrektorem, to ocena ministra i nie można tego oceniać w kategoriach prawda – fałsz.

…a komunikat nie musi posługiwać się precyzyjnym językiem prawniczym

Najbardziej zaskakującym argumentem jest to, że zdaniem obrońcy ministra Ziobro, komunikat ministerstwa sprawiedliwości ma głównie charakter informacyjny i „nie można wymagać, aby posługiwano się w nim precyzyjnym prawniczym językiem, tożsamym z nomenklaturą ustawy, skoro jego głównymi odbiorcami mają być obywatele, nie będący prawnikami”.

Ministerstwo broni swoich statystyk i podkreśla, że niskie efekty pracy to efekt zarządzania Morawiec. A odwołanie nie narusza jej dóbr osobistych, bo to nie oznacza, że podważa się jej kompetencje jako sędziego.

Prawnik ministra chce ponadto przekonać sąd, że minister, jak zwykli obywatele, ma prawo do wolności słowa i krytyki.

A sędzia i prezes jest osobą publiczną, więc musi wykazać tolerancję nawet w przypadku brutalnych ataków.

Prawnik zapomniał jednak dodać, że Zbigniew Ziobro nie jest zwykłym obywatelem, ale ministrem sprawiedliwości i ma uprawnienia wobec wymiaru sprawiedliwości.

„Władzy nie wolno wszystkiego”

W podobny sposób minister bronił się w procesie z sędzią Justyną Koską-Janusz z warszawskiego sądu rejonowego. W tym roku sędzia wygrała w nim w pierwszej instancji. Minister ma ją przeprosić za podanie nieprawdziwych powodów cofnięcia jej delegacji do sądu okręgowego. Sąd nie uznał jego linii obrony – powoływania się na prawo do swobody wypowiedzi i krytyki sędziego.

Sędzia w tej sprawie orzekł: „Każdemu z nas dozwolone jest to, co nie jest zabronione ustawą. Ale w przypadku podmiotu publicznego, władzy publicznej, jest odwrotnie. Im nie wolno wszystkiego. Władzy wolno tylko tyle i aż tyle, ile wynika z ustawy. Każde jej działanie musi mieć podstawę ustawową”.

I dodał, że jeśli opinię jednej władzy (wykonawczej) o drugiej władzy (sądowniczej) się upublicznia, to musi ona być rzeczowa i merytoryczna. „Nie mogą to być wypowiedzi publicystyczne, dezawuujące kogoś” – podkreślał sędzia. Ministerstwo mogło rzeczowo pisać o jej odwołaniu z delegacji, ale nie w sposób „obniżający poczucie wartości i bez naruszania dobrego imienia”.

Pierwsze stracie na sądowej sędzi Morawiec z ministrem Ziobro już jutro, w poniedziałek.


Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Od 2000r. dziennikarz „Gazety Stołecznej” w „Gazecie Wyborczej”. Od 2006r. dziennikarz m.in. „Rzeczpospolitej”, „Polska The Times” i „Gazety Wyborczej”. Zajmuje się prawem, sądami i prokuraturą.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym