Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Materiał udostępniony przez Eurojust.Materiał udostępnion...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

Agencja Unii Europejskiej do spraw Współpracy Wymiarów Sprawiedliwości w Sprawach Karnych Eurojust poinformowała, że siatka, rozsyłająca w celach terrorystycznych samozapalające się paczki, została rozbita. Śledczy zidentyfikowali 22 podejrzanych z Rosji, Łotwy, Estonii, Litwy i Ukrainy. Podejrzani współpracowali z wywiadem wojskowym Federacji Rosyjskiej GRU, który stał za całą operacją. Większość członków siatki rosyjskie służby i ich współpracownicy zrekrutowali w internecie.

Operacja ta jest jednym z wielu znanych przykładów wykorzystania internetu przez rosyjskie służby do działań sabotażowych tak zwanych „jednorazowych agentów”. W ten sposób określa się osoby bez przeszkolenia, werbowane najczęściej za pomocą platformy Telegram do jednorazowych akcji na rzecz Rosji. „Jednorazowi agenci” dostają za to wynagrodzenie, przekazywane zazwyczaj w kryptowalutach. Ale zdarzają się także „wypłaty” w postaci używanego samochodu.

Jednocześnie jest to też kolejna sytuacja, gdy rosyjscy funkcjonariusze wchodzą w kontakty ze środowiskiem przestępczym i zlecają zadania osobom wcześniej karanym (lub z aktami oskarżenia o przestępstwa). Ten swoisty

„przestępczy outsourcing” operacji, które wcześniej wykonywali przeszkoleni agenci, jest coraz częstszą strategią rosyjskich służb w krajach europejskich.

Cztery feralne paczki

Wszystko zaczęło się latem 2024 roku. 20 lipca na lotnisku w Lipsku, w kontenerze z innymi przesyłkami, zapaliła się przesyłka wysłana z Litwy. Pożar szybko opanowano. Jak się później okazało, był to szczęśliwy zbieg okoliczności. Samolot, którym miała być transportowana ta paczka, miał opóźnienie. Z tego powodu przesyłki jeszcze nie znalazły się na pokładzie.

Gdyby paczka zapaliła się w czasie lotu, skutki tego zdarzenia byłyby znacznie poważniejsze.

Druga przesyłka wybuchła 21 lipca 2024 w podwarszawskim magazynie firmy transportowej, na naczepie ciężarówki. Pożar był poważniejszy, naczepa spłonęła całkowicie, ale nikomu nic się nie stało. Także ta paczka miała być przewożona samolotem.

Trzecia wybuchła już po rozładowaniu z pokładu samolotu, w bazie firmy DHL obok lotniska w Birmingham w Wielkiej Brytanii. Czwartą przechwycili funkcjonariusze polskiej Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Międzynarodowe dochodzenie

To właśnie w Polsce służby podjęły śledztwo, w którym szybko połączono wszystkie te cztery przypadki i uruchomiono działania międzynarodowe.

„Ze względu na potencjalne szkody wyrządzone przez paczki i ryzyko przyszłych incydentów, współpraca między organami w całej Europie była kluczowa. Eurojust powołał i sfinansował wspólny zespół dochodzeniowo-śledczy, w którego skład weszli funkcjonariusze z Niemiec, Litwy, Polski, Holandii i Wielkiej Brytanii, w celu wsparcia trwających śledztw i zapobiegania podobnym incydentom w przyszłości. Europol zapewnił wsparcie operacyjne krajom zaangażowanym w sprawę” – tak tę współpracę opisał Eurojust.

W Polsce dochodzenie nadzorował Mazowiecki Wydział Zamiejscowy Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Warszawie, uczestniczyła w nim także Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Przeczytaj także:

Poduszki-masażery z zapalnikami

Szybko ustalono, co było w paczkach. Znajdowały się tam rzeczy niebudzące podejrzeń: poduszki-masażery chińskiej produkcji, gadżety erotyczne i kosmetyki w tubkach. Dopiero po dokładnym ich zbadaniu okazało się, że w poduszkach masujących ukryto zapalniki czasowe, uruchamiane przed wysłaniem przesyłki. Zaś w tubkach nie było kosmetyków, lecz łatwopalna substancja w żelu. A więc w samolotowych przesyłkach w przemyślny sposób ukryto bomby.

Ładunki wybuchowe były na tyle silne, że gdyby zostały zdetonowane w czasie lotu, mogłoby dojść do katastrofy lotniczej.

Każda z czterech paczek została nadana na Litwie. Dwie miały dotrzeć do Wielkiej Brytanii, dwie do Warszawy. Ale podczas śledztwa ustalono, że członkowie siatki przesłali również tak zwane testowe przesyłki do Kanady i Stanów Zjednoczonych.

Nie było w nich zapalników ani łatwopalnej substancji, tylko odzież i obuwie. Nadano je jednak na fikcyjne adresy po to, by przetestować, jak szybko dotrą za ocean.

Śledczy przypuszczają, że rosyjskie służby planowały rozszerzyć całą operację.

I doprowadzić do eksplozji nie tylko w Europie, lecz także na lotniskach w USA i Kanadzie. Lub w lecących tam samolotach. Te ustalenia na tyle zaniepokoiły ówczesną administrację prezydenta USA Joe Bidena, że wysocy urzędnicy amerykańscy skontaktowali się ze swoimi odpowiednikami w administracji Władimira Putina. Domagali się od nich natychmiastowego zakończenia całej operacji.

22 podejrzanych

Ostatecznie trwające prawie dwa lata wspólne działania śledczych z kilku państw „doprowadziły do ​​zidentyfikowania 22 podejrzanych na Litwie i w Polsce, którzy są podejrzewani o współpracę z wywiadem wojskowym Federacji Rosyjskiej. Dwie sprawy trafiły już do sądów na Litwie i w Polsce, a rozprawy spodziewane są jeszcze w tym roku” – podała unijna agencja EUROJUST.

Kilkanaście osób uczestniczyło w samym tylko przewożeniu wybuchowych paczek między państwami.

Jak ustalili dziennikarze z kolektywu śledczego VSquare, zanim przesyłki zostały nadane w Wilnie, kilkukrotnie przewożono je przez Polskę, Litwę, Łotwę, Estonię, a nawet Mołdawię. W czasie transportu co najmniej raz aktywowano połączone z zapalnikami zegary, odliczające czas do wybuchu. Potem jednak, ze względu na problemy organizacyjne siatki terrorystycznej, zegary dezaktywowano, by włączyć je znów tuż przed ich nadaniem w firmach kurierskich.

Problemy organizacyjne terrorystów brzmią i zaskakująco, i zabawnie. Ale trzeba pamiętać, że siatkę na poziomie wykonawczym tworzyły głównie osoby bez żadnego doświadczenia czy przeszkolenia w tym zakresie. Na szczęście – dzięki temu ich skuteczność była dużo niższa, a cała operacja nie spowodowała dużych szkód.

Nie wiedział, co ma w samochodzie?

Na ostatnim etapie paczki z Polski na Litwę przewiózł samochodem Vladyslav D., Ukrainiec mieszkający w Katowicach, który już wcześniej był karany. To do niego jako pierwszego dotarli polscy śledczy. Vladyslava D. do tej akcji zwerbował znajomy, który odnalazł go za pomocą platformy Telegram.

Mężczyzna prawdopodobnie nie wiedział, co przewozi. Zorientował się w sytuacji dopiero w Wilnie, gdy na szyfrowanym komunikatorze dostał polecenie, że ma przesyłki rozpakować i uruchomić zegary połączone z zapalnikami, ukrytymi w poduszkach-masażerach. W Wilnie przesyłki odebrał od niego Aleksandras S. z Litwy. To on nadał je w firmach kurierskich. Obaj obecnie czekają na proces sądowy.

Rosjanin uciekł do Bośni

Jednym z koordynatorów kurierów przewożących paczki był Rosjanin Aleksander B. To jego współpracownicy nie tylko wozili bomby w masażerach po całej Europie, ale też testowali dostarczanie przesyłek do USA i Kanady. Aleksander B. ma na swoim koncie liczne akty oskarżenia w Rosji. Stawał przed rosyjskim sądem za rozboje, włamania, nielegalne posiadanie broni.

Uciekł przed wyrokami – najpierw do Ukrainy, a potem do Mołdawii. Później udało mu się przedostać do Hiszpanii i tam zdobył prawo pobytu. W końcu przeprowadził się do Warszawy. Prawdopodobnie właśnie wtedy rozpoczął współpracę z rosyjskim wywiadem wojskowym GRU.

Kiedy polscy śledczy rozmontowali jego siatkę kurierską, Aleksander B. uciekł do Bośni i tam się ukrywał.

Udało się go jednak namierzyć i w lutym 2025 roku Aleksander B. został deportowany do Polski, gdzie natychmiast trafił do aresztu. Teraz czeka na proces razem z Vladyslavem D. i trzema innymi członkami siatki.

Rosyjscy koordynatorzy

Jeszcze istotniejszą funkcję w grupie pełnił kolejny Rosjanin, Jaroslav M. Podróżował po Europie, werbował ludzi i rozsyłał im instrukcje dotyczące transportu i uzbrajania bomb w paczkach. On z kolei w trakcie śledztwa uciekł do Azerbejdżanu. Polska wystąpiła o jego ekstradycję, ale rosyjskie służby złożyły tak zwany kontrwniosek. Ich celem było ściągnięcie Jaroslava M. z powrotem do Rosji i zadbanie, by nie był on przesłuchiwany przez europejskich śledczych. W efekcie Azerbejdżan odrzucił oba wnioski. Jaroslav M. wciąż przebywa w tym państwie, a jego status jest niejasny.

Trzeci z koordynatorów, 42-letni Rosjanin Aleksiej K., to taksówkarz z niewielkiej rosyjskiej miejscowości.

Był od dawna związany z grupami przestępczymi, które zajmowały się kradzieżą i nielegalną sprzedażą samochodów, ale też sprzedawały fałszywe dokumenty. Aleksiej K. był też związany z grupami cyberprzestępców.

„Outsourcing” na rzecz GRU

Według ustaleń „The New York Times”, Aleksiej K. pracował dla GRU od 2021 roku jako zewnętrzny usługodawca. To nowa forma współpracy, uruchomiona przez rosyjskie służby. Poszukują one współpracowników w środowiskach przestępczych i zlecają im zadania terrorystyczne, ale też pobicia, napady i inne nielegalne akcje.

W opisywanym przypadku grupa przestępcza Aleksieja K., która przemycała skradzione auta, działała przy operacjach sabotażowych w kilku krajach europejskich. Aleksiej K. jest dziś podejrzewany o współudział, a nawet o kierownictwo podczas akcji sabotażowych w Polsce, na Litwie, w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Jednak wciąż pozostaje on na wolności, a miejsce jego pobytu jest nieznane.

;
Na zdjęciu Anna Mierzyńska
Anna Mierzyńska

Analityczka mediów społecznościowych, ekspertka. Specjalizuje się w analizie zagrożeń informacyjnych, zwłaszcza rosyjskiej dezinformacji i manipulacji w sieci. Autorka książki „Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie” oraz dwóch poradników na temat zwalczania dezinformacji. Z OKO.press współpracuje jako autorka zewnętrzna. Pisze o dezinformacji, bezpieczeństwie państwa, wojnie informacyjnej oraz o internetowych trendach dotyczących polityki. Zajmuje się też monitorowaniem ruchów skrajnie prawicowych i antysystemowych.

Komentarze