Prawa autorskie: Dawid Zuchowicz / Agencja GazetaDawid Zuchowicz / Ag...
10 kwietnia 2021

Smoleński wyrok Tuska: piloci lądowali pod presją Kaczyńskich. A co mówią fakty?

Nie będę już delikatny - mówił Donald Tusk. I nie był. Oskarżył braci Kaczyńskich o odpowiedzialność za katastrofę smoleńską. Opowiedział o nieznanej rozmowie z Lechem. OKO.press oddziela polityczną retorykę od faktów i sięga do stenogramu rozmów z pokładu tupolewa

"Byłem bardzo, bardzo powściągliwy. Ale chciałem otwarcie powiedzieć, żeby zakończyć spekulacje: przyczyna katastrofy smoleńskiej została wyjaśniona, a polityczne okoliczności w świetle tych badań też były oczywiste: piloci byli poddani presji politycznej" - oświadczył w "Faktach po faktach" TVN24 Donald Tusk, lider Europejskiej Partii Ludowej (od grudnia 2019), premier Polski (2007-2014), przewodniczący Rady Europejskiej (2014-2019). Powołał się na ustalenia tzw. komisji [Jerzego] Millera, która w czerwcu 2011 roku przedstawiła raport końcowy z badania przyczyn i przebiegu katastrofy.

Anegdotycznym dowodem, że to prezydent Kaczyński wywierał presję, by lądować w Smoleńsku miał być nieznany do tej pory fakt:

"Prezydent Lech Kaczyński w rozmowie ze mną w cztery oczy podkreślał po tzw. incydencie gruzińskim, kiedy pilot odmówił mu lotu do Tbilisi [w sierpniu 2008 roku - red.; patrz dalej], że sam będzie podejmował decyzje, kiedy będzie latał samolotem rządowym, prezydenckim, ponieważ jest głównodowodzącym. Mówił o tym jednoznacznie".

Tusk oskarżył też grupę polityków PiS - "ktoś powie, szaleńców, ktoś – cyników, a jedno drugiego nie wyklucza, bo od Szekspira wiemy, że w szaleństwie była metoda" - o to, że "zrobili z tragedii smoleńskiej polityczną wojnę".

"Oni dalej brną w tę ślepą uliczkę, kontynuują właściwie polityczną zbrodnię, bo ona nas kosztuje zimną wojnę domową. Trwa już 11 lat, to trzeba zakończyć.

Nie będę już delikatny wobec PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego. Ponosi w dużym stopni odpowiedzialność za negatywne, tragiczne skutki tych spiskowych teorii. Sam najlepiej w sercu wie, ile ponosi politycznej odpowiedzialności za to, co się w Smoleńsku stało".

To ostatnie zdanie było sugestią, że - jak głoszą domysły i plotki - Lech Kaczyński przed katastrofą dzwonił do brata z pokładu samolotu po radę. Nikt nie przedstawił jednak dowodów, że taka rozmowa miała miejsce, a także co miałby odpowiedzieć bratu Jarosław Kaczyński.

OKO.press nie potrafi ocenić tej ostatniej sugestii Tuska, choć takie zachowanie Lecha Kaczyńskiego byłoby typowe dla niego - często radził się brata bliźniaka.

Możemy natomiast sprawdzić tezę o naciskach na pilotów, korzystając z zapisów z czarnych skrzynek tupolewa. W 2015 roku do ich pełnego stenogramu dotarli reporterzy RMF FM (zapis można przeczytać tu). Rok później oczyszczoną kopię nagrania zaprezentował we fragmentach TVN.

Jeśli istnieje odpowiedzialność polityczna, to ona też została naświetlona w czasie badania [komisji Millera]. Nie jest to przyczyna katastrofy, ale nie ulega wątpliwości, że piloci, którzy popełnili błędy w czasie próby lądowania, byli poddawani presji
Oceń wypowiedź
PrawdaFałsz
Fakty po Faktach TVN24,09 kwietnia 2021

Stenogram - mimo że nie w pełni odczytany - pozwala na zestawienie wypowiedzi uczestników katastrofy, które układają się w spójną całość. W "Faktach po faktach" Donald Tusk podawał fakty wymieszane z ocenami. My skupimy się na faktach.

Piloci najpierw chojrakowali: "Możecie spróbować jak najbardziej"

„Nie no, ziemię widać, coś tam widać, może nie będzie tragedii”

– te słowa wypowiedziane przez jednego z pilotów pół godziny przed katastrofą brzmią jak wyjątkowo ponury żart. Krótko potem w radiu zgłosił się rosyjski nawigator z lotniska w Mińsku: „Polski 101… Dla informacji:… Smoleńsk. Widzialność 400 metrów mgła”.

„Kurwa, to nasze meteo to naprawdę!” – skomentował drugi pilot, mjr Robert Grzywna. „Nasze meteo jest naprawdę zajebiste” – zżymał się dowódca, kpt. Arkadiusz Protasiuk. W Polsce przed wylotem podawano im bardziej optymistyczną prognozę.

Ale kursu na lotnisko w Smoleńsku nie zmienili.

Na 17 minut przed katastrofą drugi pilot w słuchawkach usłyszał załogę Jaka-40, którym na uroczystość smoleńska przylecieli dziennikarze: „No witamy ciebie serdecznie.

Wiesz co? Ogólnie rzecz biorąc, to pizda tutaj jest. Widać jakieś czterysta metrów około i na nasz gust podstawy [chmur – red.] są poniżej pięćdziesięciu metrów grubo!”.

Padło pytanie, jak lądował Jak-40. „No nam się udało tak w ostatniej chwili wylądować” – odpowiedział kapitan Jaka. „No natomiast powiem szczerze, że możecie spróbować jak najbardziej. […]

Także możecie spróbować, ale jeżeli wam się nie uda za drugim razem to proponuję wam lecieć na przykład do Moskwy albo gdzieś”.

Dowódca Tupolewa: "W tych warunkach nie damy rady usiąść"

Reakcja pilotów była jeszcze wtedy racjonalna.

O godz. 08:26 – 15 minut przed katastrofą – dowódca Tupolewa kpt. Protasiuk poinformował szefa protokołu dyplomatycznego Mariusza Kazanę: „Panie dyrektorze wyszła mgła, w tej chwili. I przy tych warunkach, które są obecnie – nie damy rady usiąść. Spróbujemy podejść, zrobimy jedno zajście, ale prawdopodobnie nic z tego nie będzie.

Także proszę już myśleć nad decyzją, co będziemy robili”.

Piloci mieli więc świadomość, że lądowanie raczej się nie uda. Planowali spróbować tylko raz. A w przypadku niepowodzenia – udać się na lotnisko zapasowe. Do Mińska albo Witebska.

Mariusz Kazana: „Będziemy próbować do skutku”

Ale szef protokołu dyplomatycznego był nieugięty: „Będziemy próbować do skutku”.

Dowódca próbował oponować: „Yy paliwa nam tak dużo nie starczy, żeby do skutku”. „To tu mamy problem! ” – oświadczył szef protokołu dyplomatycznego.

Kazana wyszedł na moment z kokpitu. Wrócił z wiadomością:

„Na razie nie ma decyzji prezydenta co dalej robimy”.

Piloci zostali więc z problemem sami. Jasne było dla nich tylko jedno: oczekuje się, że wcześniej czy później wylądują w Smoleńsku. Lądowanie gdzie indziej oznaczało bowiem rozerwanie napiętego harmonogramu wizyty.

Cztery minuty przed katastrofą Tupolewa, kapitan Jaka poinformował pilotów zmartwiałym głosem: „Arek, teraz widać 200”. Czyli że widoczność nad smoleńskim lotniskiem wynosiła tylko 200 m. Zgodnie z przepisami, lądować można było przy widoczności 1500 metrów i większej.

Głos w kokpicie: „Zmieścisz się śmiało”

Krótko przed katastrofą w kabinie zaczął się ruch. Mikrofony zarejestrowały głosy nienależące do członków załogi. Zamieszanie powstało też w innej części samolotu (anonimowy głos: „Dlaczego pasażerowie nie siedzą na swoich miejscach?”).

"Nieee, ktoś za to beknie" - mówi dowódca statku na 30 sek. przed katastrofą.

"Pomysły!" - kwituje ktoś, być może gen. Andrzej Błasik, dowódca sił powietrznych, który wszedł do kokpitu.

„Zmieścisz się śmiało” – mówi do pilota równo 20 sekund przed katastrofą.

Wtedy już system TAWS nadawał alarmującym tonem „TERRAIN AHEAD! PULL UP!”, co znaczyło, że samolot jest na kursie kolizyjnym z ziemią.

"Jeszcze się policzymy", czyli tło psychologiczne

Dodatkowym wyjaśnieniem zachowania pilotów w kwietniu 2010 roku może być wydarzenie z sierpnia 2008 roku, o którym wspomniał Donald Tusk. Lech Kaczyński leciał wtedy do zagrożonej rosyjską agresją Gruzji.

Prezydentowi zależało na lądowaniu w Tbilisi, gdzie chciał ogłosić Gruzinom swoje poparcie, ale dowodzący tamtym lotem kpt. Grzegorz Pietruczuk odmówił ze względu na zagrożenie wojenne. I po śródlądowaniu w Symferopolu na Krymie samolot ostatecznie odleciał do Azerbejdżanu, wbrew rozkazowi Lecha Kaczyńskiego.

Pietruczuka politycy PiS nazwali potem tchórzem, choć wykazał się raczej cywilną odwagą przestrzegając procedur bezpieczeństwa pomimo presji samego prezydenta.

Wychodząc z samolotu w Azerbejdżanie Lech Kaczyński – w relacji Pietruczuka – powiedział pilotowi: „Jeszcze się policzymy'”. Pietruczuk: „Po jakimś czasie pan poseł [Karol] Karski złożył na mnie doniesienie do prokuratury, że nie wykonałem rozkazu” (prokuratura uznała, że bezpodstawnie).

Rzecz w tym, że w tamtym locie brali udział:

  • dowódca tupolewa Arkadiusz Protasiuk - jako drugi pilot oraz
  • drugi pilot w smoleńskim locie Robert Grzywna - jako nawigator.

I kpt. Protasiuk i mjr Grzywna z pewnością dobrze pamiętali o tamtym zdarzeniu, zwłaszcza, że pod presją prezydenta dowództwo sił powietrznych zażądało od Protasiuka, by to on przejął stery i leciał do Tbilisi...

Obaj piloci obawiali się - i były to uzasadnione obawy - że jeśli odmówią lądowania w Smoleńsku spotka ich los kpt. Pietruczuka.

To wszystko nie oznacza, że presja polityków z prezydentem Kaczyńskim w tle stanowi kompletne wyjaśnienie przyczyn katastrofy. OKO.press w wielu tekstach analizowało inne powody, błędy i zaniechania. Pomijając takie kwestie ogólne, jak niedostateczne wyszkolenie pilotów czy brak podstawowych informacji o technicznych warunkach na lotnisku w Smoleńsku, nie mówiąc o politycznej aurze wyścigu, kto lepiej upamiętni rocznicę zbrodni katyńskiej, przypomnijmy na koniec, jakie konkretnie błędy popełnili piloci. Zwrócimy też uwagę na fatalną rolę, jaką w tragedii odegrali rosyjscy nawigatorzy.

„TERRAIN AHEAD! PULL UP!”, czyli błąd pilotów nr 1

Zignorowanie alarmu systemu TAWS – nakazującego natychmiastowe poderwanie maszyny do góry – było kardynalnym błędem pilotów. Komenda „TERRAIN AHEAD! PULL UP!” została po raz pierwszy podana przez komputer siedem sekund po godz. 08:40, czyli 57 sekund przed katastrofą.

Tymczasem pilot zdecydował się poderwać maszynę do góry dopiero o godz. 08:40:50 – 43 sekundy po pierwszym ostrzeżeniu, 14 sekund przed rozbiciem maszyny. Urządzenia mówiły, że samolot jest wtedy 80 metrów nad ziemią. Była to spóźniona reakcja, ale jeszcze był czas. Tyle, że dowódca popełnił błąd.

„W przypadku nieudanego podejścia odchodzimy w automacie” – zadecydował kapitan Protasiuk kilkanaście minut wcześniej (08:32).

Pilot wcisnął przycisk „odejście” na wolancie, ale ten nie zadziałał. Na takim lotnisku jak Smoleńsk odejście za pomocą autopilota nie było możliwe ze względów technicznych (brak systemu ILS), o czym załoga nie wiedziała.

W ten sposób piloci stracili cenne (i ostatnie) chwile, zanim dowódca ręcznie, odciągając wolant, poderwał maszynę do góry. Opóźnienie wyniosło pięć sekund. W tym czasie samolot przeleciał blisko 400 metrów.

„Piloci wciąż próbowali odejść na drugi krąg, samolot już się wznosił i prawdopodobnie – gdyby nie zderzenie z brzozą – zdołałby odlecieć” – mówił OKO.press dr Maciej Lasek.

Nie ten wysokościomierz, czyli błąd nr 2

Nie zabrakło wiele, wystarczyłaby może nawet sekunda, dwie. Katastrofy można było uniknąć pomimo tego, że załoga wcześniej błędnie oceniała wysokość: zamiast korzystać z wysokościomierza barycznego (który powinien zostać wyzerowany na poziomie lotniska), piloci posługiwali się wysokościomierzem radiolokacyjnym, który mierzy wysokość nad powierzchnią ziemi.

Rzecz w tym, że przed lądowiskiem było zagłębienie terenu, jar głęboki nawet na 60 metrów. Gdy nawigator podawał kolejne parametry: „100, 90, 80, 60, 50, 40, 30 i – już krzycząc – 20” cały czas posługiwał się wysokościomierzem radiolokacyjnym.

Samolot tracił wysokość nie dlatego, że opadał, ale dlatego, że wznosiło się zbocze jaru, niewidoczne we mgle.

W pewnym momencie samolot znalazł się pięć metrów poniżej poziomu lotniska Smoleńsk-Siewiernyj. Piloci nie wiedzieli o tym, bo wciąż byli nad powierzchnią jaru, trzykrotnie zahaczając o drzewa i krzewy.

Zemściły się więc braki w szkoleniu załogi. Prowadzący samolot kpt. Protasiuk nie odbył ćwiczeń lądowania na lotnisku takim jak smoleńskie, gdzie nie było systemu niezbędnego, by zadziałał autopilot. A w 2008 roku przeszedł tylko przyspieszony kurs pilotażu Tu-154M.

Pełnego szkolenia nie przeszedł też mjr Grzywna. A nawigator, por. Artur Ziętek, w ogóle nie miał uprawnień nawigacyjnych. Jedynym członkiem załogi, który spełniał wszelkie wymogi, by latać Tupolewem, był technik pokładowy Andrzej Michalak.

Poza Protasiukiem członkowie załogi nie znali też rosyjskiego.

„Widać było, że ludzie się zabiją”, czyli rosyjska ruletka kontrolerów

Ale feralnego 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku straszne w skutkach błędy popełnili również kontrolerzy z lotniska wojskowego w Smoleńsku. Mieli świadomość, że – według rosyjskich przepisów – lotnisko powinno być zamknięte. Wiedzieli też, że używane przez nich radary dają nieprecyzyjne odczyty, co sprawiło, że samolot zszedł z właściwej ścieżki podejścia.

Ale nie przerwali podejścia samolotu.

Co prawda, poinformowali polską załogę, by na wysokości 100 metrów była gotowa do rezygnacji z lądowania. Ale nie potrafili tego wyegzekwować. Ich zachowanie krytycznie oceniali nawet rosyjscy piloci i nawigatorzy, którzy zapoznali się ze stenogramem rozmów z kokpitu Tupolewa.

„Zabrakło im bezczelności, by wydać komendę natychmiastowego odejścia na drugi krąg. Powinni byli zrobić to, gdy samolot był na 100 metrach”

mówił potem jeden z rosyjskich wojskowych. „Widać było, że ludzie się zabiją” – dodał inny. Ale kontrolerzy ze Smoleńska byli w pewien sposób w podobnej sytuacji, jak polscy piloci.

Na nich też wywierano presję. Moskwa oczekiwała, że sprowadzą samolot na ziemię, bo obawiano się skandalu dyplomatycznego.

Kilka sekund po 08:41 Tupolew zarył w ziemię. Zginęli wszyscy – 96 osób.

Udostępnij:

Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne