„Radykalizm Staniszkis polegał na gotowości do obrony marksizmu w momencie, gdy w dominującym dyskursie uchodzi on za coś, czego nie można dotykać” – mówi Krzysztof Katkowski, dziennikarz, socjolog i poeta, autor biografii słynnej socjolożki
Emilia Kuncewicz: Promotor Staniszkis, Jerzy J. Wiatr wspomina, że „była błyskotliwa, zabawna, potrafiła błyszczeć w towarzystwie. A jednocześnie – było w niej coś samotnego. Jakby nie do końca wierzyła, że naprawdę pasuje do tego świata”.
Krzysztof Katkowski: Staniszkis to bardzo ciekawa postać – jedna z pierwszych polskich intelektualistek publicznych, uczennica lewicowych intelektualistów: Zygmunta Baumana i Jerzego J. Wiatra, którą kojarzymy między innymi jako „matkę chrzestną” AWS-u czy jedną z osób, które dały intelektualne podwaliny pod PiS (co w książce przyznają Gliński, Morawiecki czy Bocheński).
I rzeczywiście, w wielu przytaczanych przeze mnie relacjach pojawia się też wątek jej „bycia w swoim świecie” – trudności w prowadzeniu zwykłej rozmowy, skłonności do szybkich przeskoków myślowych, intensywnego życia intelektualnego. Pojawiały się nawet określenia sugerujące rysy autystyczne, co dobrze oddaje jej specyficzny sposób bycia – bardziej zanurzony w ideach niż w relacjach społecznych.
Na to nakładało się doświadczenie dzieciństwa – wychowanie w powojennej rzeczywistości naznaczonej strachem, przemocą i niepewnością, a jednocześnie w rodzinie o wysokim statusie społecznym, z polskiej klasy wyższej. Przyszła wojna, stalinizm – a Staniszkisowie dalej mieli pieniądze, by żyć na serio wysokim poziomie, stać ich było na niańkę czy na posłanie dzieci na naukę angielskiego. To nie jest więc biografia „typowo polska”.
Tylko dlaczego lewak – bo tak się określasz – zabiera się za taką postać?
Radykalna to próba opowiedzenia historii polskiej socjologii, która przez lata współtworzyła dyskurs publiczny i polityczny w Polsce. Obejmuje okres od 1968 roku do współczesności. Dla mnie Jadwiga Staniszkis jest jednym z kluczowych głosów tej opowieści – przykładem tego, jak socjologowie wpływali na kształt opinii publicznej. Już pewnie się o tym nie pamięta, ja sam to znam raczej z opowieści, ale w latach dziewięćdziesiątych te „gadające głowy” serio miały dużo do powiedzenia: w telewizorze gościł inteligent Paweł Śpiewak, tłumaczący społeczeństwo Antoni Sułek czy właśnie – wielka dama Jadwiga Staniszkis.
To zarazem historia świata, który już w dużej mierze przeminął. Staniszkis funkcjonowała jeszcze w ramach formacji inteligenckiej, podczas gdy dziś żyjemy raczej w epoce menedżerskiej, jako że zmieniła się i nasza sytuacja gospodarcza – z gospodarki na wpół peryferyjnej skoczyliśmy do top 20 gospodarek świata. To były czasy, kiedy dominowała „Gazeta Wyborcza” – dziś natomiast najpopularniejszym medium staje się Kanał Zero, będący wyrazem aspiracji niższej klasy średniej, która właśnie może w pełni zebrać plony naszego sukcesu gospodarczego.
Jest to, co chciałbym znów podkreślić, historia polskiej klasy wyższej, a właściwie jej szczególnej podgrupy – inteligencji, która miała władzę w Polsce i która tworzyła III RP tak na poziomie prawa, jak i na poziomie nazewnictwa. Wiesz, dalej w publicystyce używa się często, choć niezrozumiale, wielu kategorii wprowadzonych przez Staniszkis: takich jak „postkomunizm”, ale też „uśmiechnięci liberałowie”.
Zresztą nie tylko. Gadające głowy z lat 90. budują także i nasz współczesny język polityki: Józef Tischner jako pierwszy mówi o „homo sovieticus” (podbiera zresztą ten termin od Aleksandra Zinowjewa, po czym go przekręca i wulgaryzuje), Paweł Śpiewak mówi o tym, że mamy w Polsce wojnę zwolenników społeczeństwa otwartego i zamkniętego… To medialne hot tejki, ale przecież ci ludzie też tworzyli główne reformy III RP, mówili, jak porządkować dane, na podstawie których ministrowie wydawali rozporządzenia…
Radykalna to książka o grupie facetów z gazet i uniwersytetów, którzy wychodzą z podobnej kondycji materialnej, czyli społeczno-ekonomicznej, oglądają te same filmy i książki. Staniszkis to kobieta, która próbuje funkcjonować w tym świecie, przyjmuje jego reguły gry.
A tak naprawdę to opowieść o lewicy, z której przecież wyrastała Staniszkis, kiedy była naszą rówieśniczką – czyli w 68’. Czy raczej: jej braku.
W książce pojawia się prowokacyjny rozdział „Kiedy PiS mógł być lewicą”, jednak jego celem jest raczej uruchomienie myślenia niż postawienie tezy. Staniszkis odsłania także liczne sprzeczności naszej najnowszej historii. Od lat 80. trudno mówić w Polsce o spójnej, autonomicznej lewicy – jej wątki są rozproszone w programach prawicy, liberałów i ugrupowań populistycznych.
Celowo dodaję też tutaj epitet „autonomiczny”, ale można powiedzieć „dojrzały” – to znaczy znający swoje granice i umiejący je stawiać. Lewica po 89’ roku to lewica resentymentu albo oparta na różnych programach negatywnych – a to upierająca się, że nie jest „postkomuną”, a to upierająca się, że nie jest „neoliberalna”. W dojrzałych formacjach politycznych masz jednak własną kulturę, własne punkty odniesienia, a nie tylko definiowanie się przez zaprzeczenie (nie-Tusk, nie-Kaczyński).
W tym sensie opowieść o Staniszkis – intelektualistce publicznej, która miała silny sentyment do Marksa, a później od niego odchodziła, choć mniej radykalnie niż wielu dawnych komunistów (jak choćby Włodzimierz Brus, współbohater biografii wydanej ostatnio przez Agorę) – staje się również opowieścią o przemianach ideowych całego pokolenia. Wielu z tych ludzi zasiliło później szeregi prawicy; wystarczy spojrzeć na drogę Bogusława Wolniewicza, skądinąd wybitnego logika z Wydziału Filozofii UW, który z fanatyka PZPR-u w 68’ stał się ekspertem Radia Maryja od wielu rzeczy, o których nie miał pojęcia – z migrantami czy osobami LGBTQ+ na czele.
Ciekawią mnie korzenie Staniszkis. Nasze pokolenie, jeśli w ogóle ją kojarzy, to jako starszą panią z telewizji, która najpierw bardzo popierała prawicę, a potem chodziła na spotkania publiczne KOD-u, dyskutując tam np. z Ewą Łętowską. Ona jednak jako socjolożka zaczynała w legendarnym już zakładzie prof. Juliana Hochfelda, marksisty-rewizjonisty. Doktorat pisała u Jerzego J. Wiatra, wpływowego akademika, socjologa bliskiego KC PZPR. Inny myśliciel wychodzący z marksizmu, Zygmunt Bauman, uważał Staniszkis za jedną ze swoich najwybitniejszych studentek.
Kluczowy jest w tym kontekście jej tekst Adaptational Superstructure – The Problem of Negative Self-Regulation (po polsku: „Nadbudowa adaptacyjna – problem samoregulacji negatywnej”), opublikowany w 1979. Ona tam proponuje analizę mechanizmów takich swoistych blokad wewnętrznych systemu socjalistycznego. Staniszkis łączy tu myślenie systemowe – bliskie funkcjonalizmowi, wtedy popularnemu w USA – z analizą dialektycznych sprzeczności zaczerpniętą z marksizmu.
Ważna jest jej polemika z klasycznym założeniem, że siły wytwórcze determinują stosunki produkcji i nadbudowę. W realnym socjalizmie – pokazuje – zależność ta ulega odwróceniu: instytucje i relacje społeczne zaczynają działać autonomicznie, niezależnie od logiki produkcji. Z tego wynika koncepcja „nadbudowy adaptacyjnej” – układu nieformalnych strategii i gier, które nie służą realizacji celów systemu, lecz redukcji napięć i ochronie uczestników. Efektem jest „bezwładna równowaga”: system trwa, ale pozostaje nieefektywny i trudny do zmiany.
Ją całe życie akademickie właśnie fascynuje władza, relacje władzy.
Bierze to właśnie z marksizmu, który zakłada, że społeczeństwo – w dużym uproszczeniu – możesz podzielić na dwie grupy: na tych, którzy zbierają dochody z pracy innych i tych, którzy te dochody produkują. Staniszkis to jednak rozwija, ją interesują różne patologie, ale i formy sprawowania władzy.
Refleksje te (poparte empirycznie) doprowadzą ją do wniosku, że „Solidarność”, ruch robotniczy, jest ograniczany przez ekspertów-inteligentów (tacy jak Kuroń, Michnik czy Macierewicz), którzy w ogóle nie interesują się losem robotników, a raczej dość abstrakcyjnie rozumianą „demokracją” i samą koncepcją praw człowieka – choć nie zawsze stosowaniem ich w praktyce. Dariusz Gawin, konserwatywny historyk i publicysta, nazwał ten moment „wielkim zwrotem”. O tym też, choć z innej strony, jest po części jej słynna Samoograniczająca się rewolucja.
Później zajmuje się władzą globalizmu, do niej podchodzi jednak bardziej afirmatywnie – była gorącą zwolenniczką podpisania przez Polskę Traktatu Lizbońskiego, snując wręcz marzenia o europejskim federalizmie.
Prawica zarzuca ci w recenzjach, że robisz z niej myślicielkę lewicową…
Nie robię, tylko opisuję fakty. Punktem wyjścia jest sytuacja powojennej Polski, gdzie po 1956 roku socjologia została przywrócona jako dyscyplina i zaczęła funkcjonować w napięciu między oficjalnym marksizmem a wpływami zachodnimi, zwłaszcza weberowskimi i funkcjonalistycznymi. I tak jej wczesne prace, zwłaszcza Patologie struktur organizacyjnych (1972) i późniejsze teksty z końca lat 70., przesuwają punkt ciężkości z relacji klasowych i „bazy ekonomicznej” na analizę organizacji. Biurokracja nie jest tu prostym narzędziem dominacji klasowej, lecz efektem złożonych procesów: konfliktów interesów, deformacji informacji, nadmiernej formalizacji i sprzężeń zwrotnych w systemie.
To podejście wpisuje się w szerszy nurt tzw. weberowskiego marksizmu – czyli próby połączenia analizy strukturalnej Marksa z Weberem, który znowuż miał większy fokus na biurokrację, racjonalizację i autonomię instytucji. W efekcie marksizm przestaje być teorią jednoznacznie opartą na ekonomii, a staje się narzędziem analizy złożonych układów władzy, w których krzyżują się różne logiki: ekonomiczne, polityczne i organizacyjne.
Później ona idzie jednak w analizy władzy, jej pozorności, ideologii, różnorakich form władzy. To dziwna mieszanka, bo dużo tam czytanego na kolanie Hegla czy tradycji amerykańskiej socjologii, z widmem Talcotta Parsonsa na czele. Parsons, o czym się już niekoniecznie pamięta, to człowiek, który miał niesamowity wpływ na to, jak po polsku myślimy w ogóle o polityce, społeczeństwie. Jego projekt socjologii, popularny w świecie anglosaskim tuż przed II wojną światową i do wczesnych lat siedemdziesiątych, był próbą budowy metodologii nauk społecznych kompletnie wolnej od marksizmu. Kiedy więc przyjechał do Polski z gościnnymi wykładami w 64’, zrobił furorę wśród młodych badaczy, którzy byli znudzeni partyjną nowomową.
To nim się fascynuje Staniszkis – zresztą nie tylko ona, w pismach Baumana częściej widzieć tego starego poczciwego Talcotta niż Marksa.
Wracając jednak do naszej bohaterki i do jej analiz: co istotne – nie moralizuje jak w tym czasie i też obecnie wiele wielkich nazwisk PiS-owskiej prawicy, na czele z Krasnodębskim. Zaproponowana przez nią definicja postkomunizmu to raczej opis sytuacji, opis pochodzenia III RP, ale stwierdzenie stanu faktycznego, a nie nawoływanie do jakiejś antykomunistycznej rewolty po latach, w duchu Kornela Morawieckiego.
Postkomunizm u Staniszkis jest pojęciem znacznie bardziej złożonym, niż się go dziś używa na prawicy. Nie chodzi jej o dominację „resortowych dzieci”, ale o nową formację systemową, która zachowuje wiele mechanizmów poprzedniego ustroju. Transformacja nie była w jej ujęciu czystym zerwaniem, lecz procesem kontrolowanym przez dawne elity, które potrafiły przekształcić władzę polityczną w ekonomiczną. Według niej upadek systemu miał charakter „rewolucji odgórnej” prowadzonej przez aparat partyjny i menedżerski, który potrafił zabezpieczyć swoją pozycję w gospodarce rynkowej i demokracji liberalnej.
Jest na to dużo prac empirycznych, jak chociażby ostatnio wydana przez Wydawnictwo Naukowe Scholar monografia Wyłom w systemie.
Podobnie Staniszkis interpretuje Okrągły Stół, który jej zdaniem był kompromisem elit umożliwiającym płynne przejście do nowego systemu bez utraty kontroli przez dawną władzę. Jednocześnie zwracała uwagę, że jeszcze przed końcem PRL komunistyczne elity przygotowywały się do działania w warunkach kapitalizmu. Przykładem były spółki nomenklaturowe.
Stąd jej pojęcie „kapitalizmu politycznego” – sytuacji, w której dawna nomenklatura przejmuje zasoby i odnajduje się w nowym systemie, często lepiej niż inni.
Zdaniem Staniszkis po 1989 roku państwo zostało stopniowo podporządkowane układom klientelistycznym i grupom interesu. Demokracja miała często charakter rytualny, a wybory służyły raczej reprodukcji elit niż ich rzeczywistej wymianie. W efekcie polityka, zdaniem JS, stawała się coraz bardziej fasadowa, co doprowadziło do społecznego „cynizmu”, by użyć sformułowania Sławka Sierakowskiego i Przemka Sadury, i obojętności. W takiej sytuacji konflikty mają charakter symboliczny, a społeczeństwo pozostaje zdystansowane wobec władzy.
Jej diagnoza była więc krytyką naiwnego liberalizmu lat 90., czyli uproszczonych narracji o całkowitym zerwaniu z przeszłością. Na tym zależało też prawicy, kiedy walczyła o “moralną autopsję” na polskim państwie, o IV RP.
Później Staniszkis przestaje interesować się Polską jako badaczka, próbuje rozwijać własną teorię władzy – tym razem globalnej. Stąd zresztą jej zainteresowanie Unią Europejską, której jest entuzjastką. Mimo tych „lewackich” poglądów szybko jednak wpada do prawicy, bo tam też znajduje posłuch.
Bo spójrzmy na jej prace powstałe już w dwutysięcznych. Staniszkis argumentuje tam, że władza jest ciągłym procesem reprodukowania władzy (a nie raz daną władzą), opiera się na współdziałaniu idei, instytucji i siły, a stabilność każdego systemu zależy od odnawiania mechanizmów legitymizacji. Jednocześnie każdy porządek polityczny zawiera w sobie źródła własnego kryzysu.
Nie interesowało jednak Staniszkis pozostawanie u władzy, lecz jej opisywanie. Najpierw odmówiła zaangażowania się w PiS (co proponował jej choćby Piotr Gliński), później, w 2015 roku, radykalnie się od niego odcięła. Zobaczyła też, że PiS to tylko obietnica reform, ale jako wydmuszki dla własnych gierek partyjnych.
Te jej prace nie są jakieś mega „prawicowe” – tyle że Staniszkis bardzo skupia się na postulacie obrony „polskiej suwerenności”, ale w ramach struktur unijnych czy różnych globalnych organizacji. Nie chodzi jej o szwoleżerskie, dziecięce bunty przeciwko „dyktatowi Brukseli”, a raczej próbę odnalezienia się w napięciu między globalnym a lokalnym. W tym sensie bliżej jej było w tych pracach pewnie do współczesnego KO.
Ale nikt już tego nie czytał, ona przez Postkomunizm i krytykę transformacji stała się totemem dla prawicy. Zresztą, co pokazuje moja książka i niektóre dyskusje wokół niej: dalej nią jest.
Staniszkis pisała o „władzy bezsilności”, „samoograniczającej się rewolucji”. Czy jej sposób patrzenia na politykę nadal pomaga zrozumieć to, co dzieje się dziś? A może część tych diagnoz się zestarzała?
Jej koncepcja „samoograniczającej się rewolucji” pokazuje, że ruchy społeczne – takie jak Solidarność – mogą same hamować własną sprawczość, nie przekładając energii mobilizacji na realną zmianę instytucjonalną. To widać również dziś: mamy silne emocje i mobilizację, ale często bez przełożenia na trwałe struktury władzy. To koncepcja do tej pory używana w naukach społecznych, np. Asef Bayat inspirował się m.in. tą kategorią, pisząc o „arabskiej wiośnie”.
Kluczowe jest też jej podejście do organizacji. Ona… upraszczając, rozumiała organizacje, nie ludzi. Patrzyła na politykę przez pryzmat struktur, interesów i mechanizmów, a nie samych deklaracji, choć te czasami brała za ważne symptomy ukrytych struktur. Dlatego transformację opisywała jako „rewolucję odgórną”, w której elity jednocześnie demontują i stabilizują system. To pozwala lepiej zrozumieć także dzisiejszą polaryzację – często intensywną emocjonalnie, ale powierzchowną, bo niedotykającą realnych układów władzy.
W wywiadach mówisz, że tytuł „Radykalna” jest z założenia trochę ironiczny…
Jaki kraj taki radykalizm. Broniła Marksa, jeszcze była niezależną kobietą – u nas to rewolucja…
Ale zaczynasz, pisząc przecież o jej rodzinie. Tam widać radykalizm, ale prawicowy. I znowu wróćmy do pytania z początku: czemu ciebie to tak interesuje?
Postawy, idee, wyrastają z określonej bazy społecznej i pochodzenia, a konkretnie odpowiednich warunków społeczno-ekonomicznych. Rodzice Staniszkis byli zaangażowanymi działaczami ONR-u, czyli polskiego ruchu faszystowskiego.
To prowadzi do ciekawych napięć. Matka Staniszkis w ONR-ze miała w pewnych aspektach silniejszą pozycję niż niejedna kobieta działająca w PPS czy KPP – organizacjach, które deklaratywnie miały charakter emancypacyjny. Pojawia się więc pytanie: gdzie przebiegają realne granice między obozami ideowymi? Czym różnimy się od liberałów, a czym od faszystów, skoro również oni potrafili oferować pewne formy emancypacji?
Podobne paradoksy widać szerzej. Chodzi mi o uproszczoną wizję świata: z jednej strony są ciemiężyciele z prawicy, a z drugiej – ruchy oddolne albo emancypacyjne, które przecież na pewno będą demokratyczne. Przykładem (i to mówię serio, bo spotkałem się i w polskiej lewicy z takimi głosami i często się o to kłóciłem) może być entuzjazm wobec postaci Evity Perón jako symbolu kobiecego awansu – rzeczywiście, w Argentynie kobiety uzyskały prawa wyborcze. Nie można tego odrywać od kontekstu politycznego, w którym funkcjonował peronizm, bo był to też skrajnie nacjonalistyczny etatyzm, do tego chroniący raczej pracodawców (w tym tych państwowych) niż pracowników.
Również we Włoszech Benito Mussolini odwoływał się do haseł nowoczesności i wprowadzał pewne reformy, które można interpretować jako częściowo emancypacyjne – co nie zmienia charakteru jego reżimu. Tak też i działa w wielu miejscach prawicowy populizm, który przejął elektoraty tak klasycznej prawicy, jak i lewicy… No właśnie, tak jak kiedyś robił to faszyzm włoski czy argentyński.
Hm, zaczekaj. Jaki ma to związek ze Staniszkis?
Bo w związku z nią wraca pytanie o współczesną lewicę i jej granice. W jakim stopniu projekty czy środowiska, które deklarują otwartość i pluralizm – jak choćby inicjatywy zapraszające do debaty osoby o skrajnie odmiennych, nawet skrajnie prawicowych poglądach – rzeczywiście budują lewicowość, a w jakim ją rozpuszczają w roztworach o i tak już dużym stężeniu prawicowości czy libkowatości? To nie jest pytanie retoryczne, tylko jedno z kluczowych napięć, z którymi ta książka próbuje się zmierzyć. To pytanie o podmiotowość.
Tutaj pojawia się i Jadwiga. Mniej więcej w tym samym czasie ukazały się dwie książki: Postkomunizm Jadwigi Staniszkis (2001) i Demokracja peryferii Zdzisława Krasnodębskiego (2003). Różnica między nimi polegała na tym, że Staniszkis opisywała postkomunizm jako specyficzny sposób sprawowania władzy, a Krasnodębski budował narrację wokół hasła „my, wykluczeni”.
Środowisko „Gazety Wyborczej” twierdziło natomiast, że w liberalizmie władza się rozproszyła i wszyscy mamy w niej udział. Staniszkis skupiała się jednak na relacjach władzy w czasie transformacji, dlatego była interesująca dla PiS. Ten zwrot wydaje się tutaj kluczowy.
I właśnie tutaj pojawia się chyba najważniejszy wniosek dla współczesnej lewicy.
Staniszkis dostrzegła bardzo wcześnie grupy, które transformacja pozostawiła na marginesie, ludzi pozbawionych wpływu, poczucia sprawczości czy udziału w nowym podziale zysków.
Chodziło nie tylko o robotników, ale szerzej: o wszystkich, którzy mieli poczucie, że III RP została zorganizowana obok nich. Także o część drobnego biznesu, inteligencji prowincjonalnej czy ludzi z aspiracjami, którzy nie mieli dostępu do odpowiednich sieci kontaktów i kapitału kulturowego.
Prawica okazała się skuteczniejsza w przejęciu tego języka frustracji i peryferyjności. Zrobiła to jednak po swojemu, przesuwając akcent z krytyki nierówności ekonomicznych na krytykę „niesprawiedliwej” dystrybucji prestiżu, wpływów i moralnej legitymizacji. W tym sensie prawicowy populizm nie mówił: „kapitał jest problemem”, ale raczej: „problemem jest to, kto może go akumulować i kto został dopuszczony do stołu po 1989 roku”.
Dlatego jego adresatem mógł być zarówno robotnik z likwidowanego zakładu, jak i konserwatywny inteligent czy przedsiębiorca szczerze przekonany, że transformacja została napisana pod cudze środowiska i cudze biografie. W tym sensie rzeczywiście prawica lepiej zrozumiała emocjonalny wymiar transformacji: poczucie upokorzenia, peryferyjności i wyłączenia z obiegu awansu.
Lewica natomiast często oddawała pole, uznając, że sama modernizacja i liberalizacja automatycznie rozwiążą problem nierówności czy wykluczenia. Staniszkis pokazywała, że relacje władzy nie znikają tylko dlatego, że zmienia się ustrój albo język elit.
Jednocześnie piszesz, że była „postacią patriarchalnego świata fetyszu wielkich nazwisk” – no właśnie, była kobietą, w świecie patriarchalnym, ale z konkretnym kapitałem prestiżu – oboje na pewno dobrze wiemy, jak dużo może zdziałać dobre nazwisko – czy ta klasowość ukształtowała Staniszkis? Zapewniła jej możliwości, których bez nazwiska i pozycji klasowej by nie miała?
Ukształtowała ją w sposób zasadniczy. Warto zauważyć, że możliwość bycia kobietą-indywidualistką była w jej przypadku silnie związana z pozycją klasową. Staniszkis mogła realizować model emancypacji, ponieważ miała ku temu odpowiednie zaplecze społeczne i kulturowe.
Liberalizm zakłada, że emancypacja to nadanie praw i odpowiedniej podmiotowości prawnej, a potem już jest wszystko super.
Staniszkis, jak skądinąd wiele teoretyczek feminizmu socjalnego, skupia się na większej ilości wymiarów i problematyk, w tym na problemie pewnych metastruktur władzy, które są hen, hen daleko ponad naszymi głowami. Ma to swoje wady, bo pozwala „odlecieć”, co czasami zdarzało się Staniszkis. Ale wprowadza też większe zróżnicowanie, nie zatracając przy tym intersekcjonalności.
Co więcej, przypadek Staniszkis pokazuje, że tożsamość nie jest jednowymiarowa. Składa się z wielu napięć i sprzeczności, które mogłyby wzbogacać myślenie lewicowe – zamiast sprowadzać je do uproszczonej, reaktywnej „tożsamościówki”. Bardzo jest też ciekawe, że taki głos, bardzo związany z tradycją krytyczną, znalazł się w polskich realiach na prawicy.
Widać to także w bieżących reakcjach. Kiedy kobieta odnosi sukces, bywa on automatycznie interpretowany w kategoriach emancypacyjnych – jak w przypadku Coriny Machado, której wyróżnienie przez część młodych aktywistek zostało odczytane jako przykład „girlboss”. Takie uproszczenie pomija szerszy kontekst polityczny i prowadzi do nietrafnych ocen – Machado od lat raczej jest szkodą dla swojego kraju, nawołując do interwencji zbrojnej USA czy Izraela tamże.
Na to, kim jesteśmy, wpływa wiele czynników: nie tylko klasa, lecz także płeć czy położenie geograficzne – często w Polsce mylone z klasowością. W tym sensie Staniszkis funkcjonuje również w warunkach peryferyjności: nie uczestniczy w pełni w globalnym obiegu intelektualnym, nie jest w nim trwale zakotwiczona, co wynika zarówno z miejsca, z którego pochodzi, jak i z ograniczeń językowych, mimo że posługuje się angielskim.
Jako dziennikarz i badacz staram się zawsze pytać o warunki możliwości, czy raczej: tego, co jest możliwe: co musiało się wydarzyć, aby dana biografia mogła przyjąć taki, a nie inny kształt. W przypadku Staniszkis były one pod wieloma względami sprzyjające – i to także stanowi ważną część tej opowieści.
Krzysztof Katkowski
„Radykalna. Wszystkie sprzeczności Jadwigi Staniszkis”.
Wydawnictwo Otwarte 2026
Dziennikarka i felietonistka pochodząca z Wilna. Jej teksty opublikowały między innymi „TVP Wilno” czy „Kultura Liberalna”. Współprowadzi podcast „Hasztagi Tygodnia”. Mieszka w Warszawie. Studentka III roku sztuki pisania oraz II roku polityki społecznej na Uniwersytecie Warszawskim. Laureatka 53. Olimpiady Literatury i Języka Polskiego. Zaangażowana w działania społeczne i wolontariat. Biegle włada pięcioma językami. Miłośniczka literatury, polityki i muzyki klasycznej. Opiekunka psa o imieniu Chopin.
Dziennikarka i felietonistka pochodząca z Wilna. Jej teksty opublikowały między innymi „TVP Wilno” czy „Kultura Liberalna”. Współprowadzi podcast „Hasztagi Tygodnia”. Mieszka w Warszawie. Studentka III roku sztuki pisania oraz II roku polityki społecznej na Uniwersytecie Warszawskim. Laureatka 53. Olimpiady Literatury i Języka Polskiego. Zaangażowana w działania społeczne i wolontariat. Biegle włada pięcioma językami. Miłośniczka literatury, polityki i muzyki klasycznej. Opiekunka psa o imieniu Chopin.
Komentarze