0:00
18 listopada 2020

„Potrzebuję innych kobiet, nie chcę już iść sama”. Mieszkanki Podkarpacia mówią o ich Strajku

„Każda z nas idzie ze swoim lękiem: bo praca, bo Kościół, bo babcia, bo sąsiad, bo nauczyciel. Mimo tego było nas wiele”. 800 osób demonstrowało w 12-tysięcznym Lubaczowie (woj. podkarpackie). O proteście opowiadają OKO.press mieszkanki miasteczka

Wydrukuj

Od 22 października 2020, kiedy Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej zdecydował, że przesłanka zezwalająca na aborcję w sytuacji poważnego uszkodzenia płodu lub ciężkiej, nieuleczalnej choroby jest niezgodna z Konstytucją, na ulice Polskich miast wyszło kilkaset tysięcy obywatelek i obywateli. Jednego dnia, 28 października, policja odnotowała 410 protestów, w których wzięło udział ok. 430 tysięcy osób.

Najliczniejsze manifestacje przeszły przez największe miasta, ale w mniejszych miejscowościach doszło do mobilizacji niewidzianej na taką skalę od dziesięcioleci. O tym, jakie znaczenie ma dla lokalnej społeczności Strajk Kobiet, jakie ryzyko niesie otwarte demonstrowanie poglądów i co dalej z walką o prawa kobiet, rozmawiamy z siedmioma kobietami z Lubaczowa. To 12-tysięczne miasteczko w południowo-wschodniej Polsce, w województwie podkarpackim.

Aleksandra Bek (65 l.), Beata Paluszek (39 l.), Karolina (33 l.), Marina (37 l.), Matylda Rosińska (36 l.), Z (17 l.), Renata (49 l.) i Zuza (24 l.) opowiadają o swoich doświadczeniach, podjętym ryzyku, siostrzeństwie i nadziei, którą dał im udział w protestach.

Hanna Szukalska, OKO.press: Jak się poczułyście, gdy dowiedziałyście się o wyroku TK?

Beata: Najpierw nie mogłam uwierzyć, a potem się strasznie wkurzyłam. Zobaczyłam jakieś wypowiedzi Marty Lempart i jej ogromny power, energię - uderzyło mnie, że ona i inne kobiety ze Strajku Kobiet z taką wielką pewnością i siłą stwierdziły, że nie zostawimy tego bez odzewu.

Byłam im za to bardzo wdzięczna, za tę siłę i moc. Zaczęły się strajki w większych miastach. Odezwała się do mnie osoba z Lubaczowa z pytaniem, czy robimy coś u nas. Pomyślałam, że demonstracje będą niewielkie, jak przy protestach w obronie sądów. Mimo wszystko chciałam się włączyć, bo prawa kobiet to obszar, który już od dawna mocno mnie porusza.

Gdy spotkałyśmy się pierwszy raz w sobotę, było nas na pewno ponad sto, a w niedzielę przyszło już ponad 800 osób, kosmos.

Pamiętam, że te pierwsze dni były taką mieszanką niedowierzania i gniewu związanego z tym wyrokiem, ale z drugiej strony też taką radością, entuzjazmem i podziwem związanym z tym, że kobiety w Lubaczowie stwierdziły, że nie będą milczeć, że nie odpuszczą, że się wkurwiły.

Fot.: Tomasz Michalski

Czy widziałyście już tak liczne protesty w Lubaczowie?

Aleksandra: Takiej skali protestów nie było w naszym mieście odkąd pamiętam, a mieszkam tu z małymi przerwami kilkadziesiąt lat. W 2017 roku, gdy w całej Polsce trwały protesty sądowe, pod naszym sądem byłam praktycznie codziennie, ale było nas maksymalnie do 100 osób.

Renata: W 2016 roku solidaryzowałyśmy się ze Strajkiem Kobiet, ale nie było protestów. Z koleżankami ubrałyśmy się po prostu na czarno do pracy. Były też świece w oknach.

Matylda: Ja właściwie jestem w takim wahadłowym ruchu, jeśli chodzi o przebywanie w Lubaczowie. Częściej jestem na różnych protestach w Rio de Janeiro, gdzie mieszkam. W Brazylii niestety również obowiązuje restrykcyjne prawo antyaborcyjne.

Niesamowite było dla mnie zobaczyć tylu młodych ludzi w Lubaczowie oraz tak wiele osób, które chcą organizować protesty, mobilizują innych i pokazują, że nie wszyscy myślą tak samo. Życzyłam sobie czegoś takiego w wielu innych kwestiach, gdy jeszcze byłam nastolatką i chodziłam do liceum.

A jak wyglądały Wasze protesty teraz?

Beata: Ten pierwszy sobotni protest był takim cichym strajkiem. Bardziej spotkaniem – dyskutowaliśmy ze sobą, zrobiliśmy sobie taki mały spacer wokół rynku. Później zapaliliśmy świeczki i zostawiliśmy transparenty przy biurze poselskim Teresy Pamuły (PiS), która podpisała się pod wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego i opowiada się za zaostrzeniem prawa antyaborcyjnego.

Po tym pierwszym dniu została założona grupa na Facebooku „murem za kobietami Lubaczów” i jednego dnia dołączyło do niej około tysiąca osób.

Zuza: Przez to, że w sobotę taki duży strajk wydarzył się po raz pierwszy, zebrani ludzie nie mieli śmiałości, żeby zakrzyknąć. Wydarzenie było więc raczej ciche, ale przyniosłyśmy transparenty. Dopiero na kolejnym proteście w niedzielę narobiliśmy hałasu.

Karolina: Gdy w czwartek usłyszałam o tym pseudo-wyroku, moją pierwszą myślą było, że na pewno będę protestować, ale że pojadę raczej do Rzeszowa, bo tam zazwyczaj odbywały się protesty, tam jeździłam na Marsze Równości. Byłam pozytywnie zdziwiona faktem, że udało się go zrobić też tutaj - to jest całkiem inny poziom odwagi.

Rozumiem, że obawiałyście się represji?

Karolina: Pracuję w praktycznie męskiej firmie, gdzie ze zdziwieniem został przyjęty fakt uczestnictwa mojej koleżanki w protestach. Zastanawiałam się na początku, jak zostanie odebrane to, że ja też protestuję. Każdy w tak małej społeczności jest na świeczniku, to znaczy, że każdy jest świadom tego, co robimy i takie wyjście na ulicę nie przechodzi tutaj cichaczem. Finalnie koledzy milczeli, a jeden powiedział parę słów wsparcia.

Renata: Na pierwszy protest poszłyśmy bez świadomości, że coś się może wydarzyć złego. Ale na drugi dzień

miałam kilka telefonów, że dziewczyny są zastraszane w pracy. Usłyszały, że muszą się uspokoić, nie chodzić na strajki, bo to się może skończyć zwolnieniem.

Eskalacja gniewu ze strony osób trzymających władzę była niesamowita, skoro nawet do takich rzeczy się posunęli, żeby zastraszać osoby uczestniczące w strajku.

I jak to na Was podziałało?

Renata: Jeszcze bardziej się wkurzyłyśmy! Desperacko postanowiłyśmy w dalszym ciągu uczestniczyć w protestach. Mam fantastycznych dyrektorów, więc mnie to bezpośrednio nie dotyczyło, ale dostałam sygnały od trzech osób, że są zagrożone i to dosyć poważnie. Ktoś przekazał nam jednak informację, że w razie czego są prawnicy, którzy pomogą rozwiązać jakąś trudną, podbramkową sytuację. Zdecydowałyśmy więc, że wychodzimy, mówimy... krzyczymy o swoich prawach.

Marina: Gdy mieszkasz w tak małej społeczności i robisz cokolwiek inaczej, niż zostało przyjęte, to jesteś na świeczniku. Nie obawiałam się ostracyzmu społecznego po udziale w strajku, bo prowadząc Chutor Gorajec jesteśmy z mężem [Marcin Piotrowski, radny powiatu lubaczowskiego – przyp. red.] na tym świeczniku już od paru lat.

O dawna jesteśmy postrzegani jako nieco inni, dziwni. Różnych rzeczy zdążyłam się już w tym czasie nasłuchać na nasz temat.

Udział w tym strajku jakoś znacząco nie zmienił więc opinii o nas w pewnych kręgach. To, że posłanka Pamuła napisała parę listów z żądaniem poskromienia Piotrowskiego, szczególnie nas nie dotknęło.

Jesteś zahartowana?

Marina: Po prostu tak to jest – obrywamy notorycznie z różnych stron, więc kolejna rzecz już mniej wzrusza. Natomiast jeżeli chodzi o Strajk Kobiet, było dla mnie mega ważne, żeby w nim uczestniczyć. To był pierwszy protest w moim życiu. Gdy się dowiedziałam, że Trybunał podjął taką decyzję, jaką podjął, to przez kilka dni chodziłam struta. Sama nie mogłam uwierzyć, że tak to na mnie wpłynęło, więc to, że muszę tam być, było dla mnie rzeczą oczywistą.

Beata: Też jestem przyzwyczajona do robienia rzeczy publicznie, więc nie miałam większych obaw, że ktoś może zrobić mi krzywdę, a nawet jeśli, to już się na to psychicznie szykowałam. Jestem urzędniczką i w sumie też jestem trochę na świeczniku, ale nie ukrywam się ze swoimi poglądami, otwarcie je manifestuję np. w social mediach, więc myślę, że nikogo pewnie nie zdziwiłam swoim zaangażowaniem w protest. Bardziej mogłabym zaskoczyć ludzi milczeniem w tej sprawie...

Protest pod biurem posłanki PiS Teresy Pamuły

A jak inne osoby, z którymi wspólnie protestowałyście?

Beata: Jestem zaskoczona, że tyle osób zdecydowało się na protest. Mam dosyć mocne poglądy w sprawie aborcji, nie ukrywam tego, ale wydawało mi się, że wiele osób może mieć obawy z ujawnieniem swojego stanowiska w tej sprawie i np. bać się wyjść na ulicę, żeby nie być kojarzonymi z tym, że popierają aborcję do dwunastego tygodnia ciąży, no i zostać nazwanymi różnymi epitetami z TVP.

Dlatego nawet jeżeli mogli nie bać się np. konsekwencji w pracy, to jednak Lubaczów jest na tyle małym miastem, że bycie nazwanym zwolennikiem aborcji może przerażać.

Widziałam w sieci wiele komentarzy: "Nie popieram aborcji, ale popieram prawo do wyboru", albo "Nie jestem za aborcją, ale nie podoba mi się to, że teraz kobiety będą musiały rodzić płody, które nie mają szans przeżycia".

Myślę, że to były postulaty wielu protestujących w Lubaczowie. U nas na pierwszym proteście sporo osób mówiło, że my wcale nie jesteśmy za aborcją tylko przeciwko pseudo-wyrokowi, czyli przymusowi rodzenia nieuleczalnie chorych płodów, dlatego tu jesteśmy. No i te osoby, które nie popierają legalnej aborcji bez kompromisu, pewnie nie chciały dostać takiej łatki tylko dlatego, że wzięły udział w strajku.

Domyślam się, że jak na każdym proteście, będą na nim i zwolenniczki liberalizacji prawa aborcyjnego, i osoby, które popierały wcześniejsze regulacje. Podejrzewam jednak, że trudniej jest powiedzieć, że należy się do tej pierwszej grupy.

Beata: Tak podejrzewam, i potwierdziły mi to zresztą osoby, z którymi na ten temat rozmawiałam, że niektórym ludziom z naszego miasta trudno jest przyznać, że chcą legalnej aborcji. Ludziom zależy na w miarę dobrych relacjach, mogą bać się narażać władzom, Kościołowi, obowiązującym tradycjom.

Panuje więc takie przekonanie, że lepiej za dużo nie pokazywać, nie ujawniać się z niektórymi może bardziej radykalnymi poglądami, bo można zostać wykluczonym.

Nie każdy w Lubaczowie ma w sobie taką siłę, żeby dźwigać ten ciężar stygmatyzacji. Pamiętam, że gdy niedawno, 7 listopada, stałyśmy z transparentami na rynku podczas kolejnego protestu, już mniej licznego, bo było nas może 5 czy 6, jakaś pani powiedziała: przesuńcie się, bo tu jest sklep dla dzieci i te wasze postulaty tutaj nie pasują.

Ale wychodziłyście nadal.

Z: Myślę, że wyjście na protest, pokazanie swojej twarzy, sprzeciwienie się, to naprawdę wielka odwaga i byłam pozytywnie zaskoczona, jak dużo osób w moim wieku się tam pojawiło. Angażuję się w różne projekty w szkole i zdarzało się, że w kontekście tych projektów, słyszałam, może nie taki typowy hejt, ale prześmiewcze komentarze. Myślałam więc, że większość młodych będzie się bało lub wstydziło.

A jak zareagowała szkoła?

Z: Gdy przyszłam na strajk w niedzielę, nie myślałam o tym, że mogą być konsekwencje, że ktoś może mi zrobić zdjęcie i moja twarz gdzieś zostanie pokazana, nic z tych rzeczy.

Następnego dnia okazało się jednak, że są nauczyciele, którzy nie pozostali na to obojętni. Zachowywali się, jakby przybrali rolę strażników moralności uczennic i uczniów

- zaczęli krytykować otwarcie Strajk Kobiet, potępiać uczniów, którzy brali w nim udział. Niejednokrotnie zdarzało się, że nauczyciel pod groźbą wpisania uwagi kazał zmienić uczniom awatar na jednej z platform, przez które prowadzone są teraz lekcje online, ponieważ znajdował się na nim symbol Strajku Kobiet. Ja zostałam usunięta z grona znajomych przez jednego z moich nauczycieli za posiadanie nakładki Strajku Kobiet na zdjęciu profilowym na Facebooku.

Ktoś przestał Cię „znać”, bo wyraziłaś otwarcie swoje poglądy?

Z: Tak. To absurdalne, prawda?

Wszyscy nauczyciele się tak zachowali?

Z: Nie. Jest paru nauczycieli, którzy otwarcie wspierają Strajk Kobiet i uważam, że to właśnie oni mogli posłużyć za taki wzór - pokazali, że mamy prawo protestować. Dla mnie osobiście to było bardzo budujące.

Wróćmy jeszcze do Waszych motywacji, żeby protestować.

Renata: Długo mieszkałam we Francji, tam urodziłam dzieci,

miałam wolność wyboru i wiem na czym ona polega: że jeżeli by się cokolwiek działo, to jest to moja decyzja, mój wybór, moje sumienie.

Mogłam tam liczyć na pomoc każdego lekarza i gdyby się coś złego wydarzyło, mogłam zdecydować, czy moja ciąża ma być donoszona, czy nie. Jestem też nauczycielką wspomagającą, oligofrenopedagożką - pracuję z dziećmi z niepełnosprawnością, więc patrzę z dwóch płaszczyzn na ten protest: osobistej i profesjonalnej.

Znam wiele dzieci, które wymagają opieki 24 godziny na dobę i wiem, co się dzieje, kiedy rodzice umierają: ich dziecko zostaje samo, nieświadome rzeczywistości.

Udział w tym proteście uważam więc za swój obowiązek: muszę na niego pójść, choćby po to, żeby wspierać młode dziewczyny. Mam 22-letnią córkę i 27-letniego syna i nie wyobrażam sobie, żeby ktoś kiedyś zmuszał moje dzieci do miłości i poświęcenia.

Fot.: Tomasz Michalski

Beata: Jest takie hasło, ważne dla mnie w tym proteście: „Kiedy władza nas nie chroni, moje siostry będę bronić” - czuję się w obowiązku, żeby dodawać otuchy tym, które boją się protestować i iść tam też za te, którym ktoś zakazuje. Podczas tych protestów czuję, że nie idziemy same. A przecież każda z nas idzie ze swoim lękiem: bo praca, bo Kościół, bo babcia, bo sąsiad, bo nauczyciel, bo pracodawca. Mimo tego tyle osób wyszło - młode osoby, dorośli i seniorzy.

Renata: I małżeństwa. Żona i mąż, on trzyma ją za rękę, wspiera. Super.

Zuza: To jest bardzo piękne, że mamy wsparcie w sobie nawzajem. Nawet gdy te większe protesty w Lubaczowie wygasają, kiedy wciąż stoimy w kilka osób. Te wszystkie przejawy wsparcia na protestach, ale też przed czy po, są niesamowicie cenne.

Protestowanie w kilka osób musi też być jednak strasznie trudne.

Beata: Gdy wiadomo było, że już nie będzie tysiąca osób, tylko pięć albo piętnaście, jedna kobieta powiedziała: nie, ja już nie przyjdę, no bo jak jest tłum, to się można jakoś schować i może nie wszyscy zobaczą.

Gdy jest garstka ludzi, jesteś już widoczny jak na patelni, wszyscy cię mają na oku, możesz być wtedy postrzegany jako ten radykalny w poglądach.

Kobiety mówiły mi jeszcze, że bały się tego, że zobaczy je np. sąsiad, ktoś z rodziny, pracy, wspólnik, ksiądz i potem mogą mieć problem np. z kontynuacją współpracy biznesowej, psują się relacje z bliskimi, pojawi się problem z wzięciem ślubu kościelnego, komunią dzieci, nawet niezręcznie się zrobi przy wizycie duszpasterskiej.

Obawiały się zaczepek osób negatywnie nastawionych do strajku. W tłumie masz za sobą ludzi, a gdy stoisz w towarzystwie dwóch, trzech osób, czasem nie ma cię kto bronić, jesteś zdana na siebie, cała agresja może się więc skumulować na tobie. Nie każdy ma siły, zasoby na takie konfrontacje.

Lubaczów, protest
fot.: Marcin Piotrowski

Aleksandra: Nie da się ukryć w tłumie. To są tylko złudne nadzieje, że tak można w małym mieście. Bardziej człowiek jest chroniony, kiedy się odkrywa, kiedy staje na wprost kogokolwiek i mówi: To jestem ja i mam takie, a nie inne zdanie, niż jak się ukrywa w tłumie.

Zuza: Gdy Marina mówiła o tym, że z Marcinem byli już przetrenowani, to pomyślałam, że coś w tym może być, że każdy musi przejść swój trening. Nie wiem czy gdybym wcześniej nie brała udziału w protestach w Warszawie, bo tam studiowałam, odważyłabym się wziąć udział, szczególnie w mniejszych grupach.

Gdy zaproponowałam, żeby po tych większych protestach w Lubaczowie wyjść i stanąć z transparentem, przygotowałam się - udostępniłam rodzicom swoją lokalizację, zapisałam w telefonie kontakt do prawnika.

Spodziewałam się, że może coś się wydarzyć, ale jakoś tak nie do końca się bałam, że ktoś mnie zobaczy, bo przeszłam już swój trening.

Wykształciłam w sobie odwagę, przejęłam tę energię tłumu i nawet jeśli tutaj w Lubaczowie też można usłyszeć pojedyncze komentarze, dostać pełnym dezaprobaty spojrzeniem i doświadczyć niemiłych reakcji, to raczej dodawały mi więcej siły, motywacji.

Matylda: Gdy jest mniej ludzi, to inni może po prostu boją się wyjść. Myślę więc, że to ważne, że są ludzie, którzy to robią, bo, mam nadzieję, że wtedy te wahające się osoby po prostu się przełamią.

Zdaję sobie jednak sprawę, ile na to trzeba mieć czasami czasu i siły, bo gdy obserwuję siebie i rozmawiam z koleżankami na te tematy, to dostrzegam, jakie to wszystko ma na mnie oddziaływanie na płaszczyźnie psychofizycznej - bardzo źle się z tym wszystkim czuję.

Ta sytuacja w Polsce pokazuje, jak są traktowane kobiety nie tylko w Polsce, ale również na całym świecie, dlatego bardzo wierzę w taką siłę, która idzie ze strony kobiet i naprawdę mam szczerą nadzieję, że to zmienimy.

Zuza: Te protesty w ogóle nie powinny mieć miejsca. Nie dość, że trwa epidemia, to jeszcze musimy walczyć o nasze prawa, bo ich nie mamy. Jestem zmęczona i czasem nie chce mi się brać udziału w kolejnych protestach, ale nie jestem w stanie odpuścić, bo bardzo chcę, żeby się coś zmieniło.

Myślę też, że jeżeli ja czuję zmęczenie, to przecież wszystkie inne kobiety, które protestowały i przekuwają swój gniew i niezgodę na to, co się dzieje, w inne działania, też bardzo się z tym zmagają. Protestowanie, działanie wymaga od nas energii, a przecież tę energię musimy też podzielić na inne sprawy, takie codzienne, które także zajmują przestrzeń w naszym życiu.

Tylko równocześnie zastanawiam się, co z tymi kobietami, które znajdują się w najtrudniejszych sytuacjach, tymi, które ten pseudo-wyrok dotknął bezpośrednio.

I wtedy czuję, że trzeba pobudzać tę solidarność, gromadzić się i protestować.

Beata: Przyznam szczerze, że ja się w pewnym momencie zaczęłam bać, że po tym wybuchu sprzeciwu każdy wróci ze zmęczenia do różnych swoich spraw i że znowu prawa kobiet, przynajmniej na tym naszym terenie, staną się sprawą drugiej kategorii. Podczas protestów wyłoniły się jednak wokół mnie kobiety, z którymi mam nadzieję będę mogła budować więzi, wspólnotę kobiet i pracować w tym obszarze tutaj w Lubaczowie.

Zuza: Czara goryczy się przelała i sądzę, że to się tak szybko nie wyciszy.

A jeśli rzeczywiście wszyscy wrócą do swoich spraw?

Beata: Pewnie trochę tak będzie, a może już jest, ale ja patrzę na tę całą sytuację bardziej długofalowo, jak na proces zmian, który będzie potrzebował jednak czasu i wysiłku każdej z nas.

To, co poczułyśmy w proteście, że mamy i gniew, i moc sprawczą, że mamy wokół siebie siostry, że nie jesteśmy same, że możemy wziąć dla siebie głos, przestrzeń, mam nadzieję, że to w nas zostanie i na tym będziemy budować solidarność kobiet, siostrzeństwo.

Ja mam chęć gromadzić te kobiety, rozmawiać z nimi, tworzyć przestrzeń do wzajemnego wsparcia, wsłuchania się w ich historie, no i żeby podtrzymywać w nas chęć upominania się o nasze prawa.

Wzruszające i też bardzo optymistyczne.

Matylda: Mówisz, że to jest optymistyczne, myślę, że właśnie potrzeba bardzo dużo optymizmu, żeby w ogóle coś zmienić. Zuza i Beata mówiły już, że strasznie dużo energii kosztuje wyjście na protest, samo myślenie o tym w czasie epidemii wymaga wygenerowania jeszcze większej siły.

Były takie momenty, że byłam po prostu wkurwiona, że muszę znaleźć miejsce w swoim życiu, że muszę o tym zwłaszcza teraz myśleć.

I denerwuje mnie to, ponieważ potrzebna jest mi ta siła do funkcjonowanie na wielu innych obszarach, takich jak praca, studiowanie, tworzenie i życie po prostu. A teraz znowu wraca kwestia aborcji - nie jako temat głęboko przemyślany, ale będący częścią rozgrywek polityczno-kościelnych i określany paragrafami. Dlatego jest dla mnie bardzo ważna solidarność i poczucie, że nie jesteśmy same, bo takich ruchów, jak Strajk Kobiet w Polsce jest bardzo dużo na całym świecie, chociażby w Ameryce Południowej.

Beata: Ten strajk mnie też po prostu totalnie rozpierdziela, jestem zmęczona, dlatego myślę, że potrzebuję innych kobiet, żeby pomogły mi ponieść dalej tę walkę. Nie chcę już iść sama.

Nieść dalej - już nie tylko na ulicach?

To, co się wydarzyło, to też taka przestrzeń do refleksji ze sobą: jak ja traktuję swój głos, czy go słucham, czy ufam sobie, czy żyję w zgodzie ze sobą. Fajnie by było, jakby każdy/a z nas to w sobie sprawdził/a.

Bo nie chodzi tylko o to, jak władza nas traktuje, ale też jak sami/e do siebie podchodzimy, jak przyjaciele, koledzy nas traktują, czy nasi partnerzy respektują nasze prawa i czy same potrafimy stanąć za sobą, upomnieć się o siebie, na poważnie potraktować swoje potrzeby i uczucia, wreszcie wziąć sobie głos.

Wielokrotnie w życiu usłyszałam, że jestem przewrażliwiona, nadinterpretuję, często ktoś podważał moje prawo do decydowania o moim ciele, życiu - doświadczałam tego jednak nie tylko od rządu i Kościoła, ale niestety też od bliskich osób. Wiem, że nie jestem w tym sama. Dlatego zrozumiałam, że jeśli ludzie nie zaczną czegoś od swojego mikro poziomu, to też bardzo ciężko będzie te zmiany wprowadzić dalej, szerzej.

Lubaczów, protest
Jeden z protestów w Lubaczowie

Zuza: Też zaczęłam tę dyskusję ze sobą. Wielokrotnie miałam wątpliwości czy nie jestem zbyt radykalna w tych swoich protestach, czy mi się jakoś, nie wiem, w głowie nie poprzewracało, ale uznałam, że tu właśnie potrzeba takiej agresji, i nie chodzi o przemoc, ale żeby być bardzo stanowczą w tej walce o nasze prawa, żeby tworzyć własną przestrzeń i uzmysłowić sobie, że mamy do niej prawo.

Matylda: Interesuje mnie również opinia młodych chłopaków, ale też i starszych - co oni myślą? Od nich też dużo zależy. Mam dość takiej łatki “babskie sprawy”.

Karolina: Mam inne zdanie. Na początku myślałam: o, tyle mężczyzn, fajnie, że też nas wspierają. Liczyłam, że może koledzy zareagują, zastanawiałam się co inni mężczyźni o tym myślą, może nawet czekałam odrobinkę na słowo wsparcia, jakąś pomoc. Teraz jednak sądzę, że niepotrzebnie czekamy na to sojusznictwo.

Tak długo, jak będziemy czekać na przyzwolenie, tak nasze kroki nie będą wystarczająco głośne.

Mamy to mocno wbijane latami, żeby sprawdzić, czy mamy wsparcie mężczyzn, a jeżeli go nie mamy, to może robimy coś nie tak. Moje podejście jest teraz takie, że niekoniecznie powinnyśmy w ogóle czekać na to sojusznictwo.

Matylda: Nie chodzi mi o czekanie na sojusz czy wsparcie, ale ważne jest edukowanie chłopców i może dobrym początkiem byłyby relacje rodzinne.

Karolina: Właśnie się zastanawiam, czy naszą rolą jest edukowanie tych mężczyzn.

Aleksandra: Zależy jak się na to popatrzy, bo moim zdaniem trzeba zdać sobie sprawę, jak ważne jest edukowanie o czymś tak podstawowym, jak równe prawa dla wszystkich, bez względu na to, czy to jest dziewczyna czy chłopak. Ludzie po prostu o tym powinni wiedzieć. Protesty zawsze się kończą, bardzo niewiele osób jest w stanie żyć w takim kołowrocie non stop. Natomiast żeby rzeczywiście doczekać się jakichś efektów, to po prostu potrzeba pracy u podstaw.

Matylda: Zgadzam się z nigeryjską pisarką Chimamandą Ngozie Adichie, która napisała manifest o tym, że wszyscy powinniśmy być feministami, że tak powinniśmy wychowywać i córki, i synów. Tak jak powiedziałam wcześniej ważna jest dla mnie rozmowa w przestrzeni rodzinnej, ale również szkolnej i zawodowej.

A widzicie potrzebę rozmowy z drugiej strony?

Karolina: Wiedziałam, że aborcja to straszne tabu - bardziej, niż tęczowe rozmowy, więc byłam naprawdę zdziwiona faktem, jak wiele osób w jakichś prywatnych wiadomościach podejmowało ze mną rozmowę. Nie mam problemu, żeby podejmować temat praw kobiet czy praw osób LGBT+, mój osobisty coming out miałam już wielokrotnie.

Z tym, że wcześniej moje zaangażowanie było odbierane z dystansem: dobra, pojechała do miasta protestować, do tych wszystkich miejskich osób, co nie znają życia. A teraz wiele osób, z którymi nigdy nie rozmawiałam na tematy światopoglądowe, odezwało się do mnie z wsparciem albo mówiąc: kurczę, też bym poszła, ale jednak się obawiam, idź też w moim imieniu.

Mam więc wrażenie, że kontekst tych protestów tak naprawdę jest znacznie szerszy niż to, co było na ulicy. Te 800 osób na ulicy czy 1200 osób na rynku w Lubaczowie przekłada się po raz pierwszy od lat na naprawdę szeroką debatę.

Jak sądzicie czemu?

Beata: To, co się wydarzyło, jest szczególnie okrutne dla biedniejszych rodzin, dla kobiet z małych miejscowości jak nasza, tych, które są w złej sytuacji ekonomicznej.

Żeby poradzić sobie w sytuacji niechcianej ciąży, trzeba po prostu ogromnych pieniędzy.

Wyobraźmy sobie kobietę, która nie ma własnych, mieszka na wsi, gdzie jest słaba komunikacja, jeszcze to jest kwestia tego, wiecie, takiego klimatu, chodzi mi o całą tę kościelną otoczkę. To powoduje, że nie ma żadnego wsparcia ani w szpitalu, oczywiście w kościele też go nie znajdzie, wśród bliskich też może być problem.

Gdy ktoś mieszka w większym mieście, ma łatwiejszy dostęp do placówek zdrowia, i jeżeli ktoś ma kasę, to też może pojechać na zabieg za granicę. W małym ośrodku często po prostu nie ma ratunku przed niechcianą ciążą.

Lubaczów, protest 25.10.2020
fot.: Tomasz Michalski

Opublikowanie wyroku TK będzie oznaczać, że kobiety, które nie chcą kontynuować ciąży ze względu na diagnozę o stanie płodu, będą potrzebowały kilkunastu tysięcy złotych.

Karolina: Aspekt ekonomiczny i wyjazdowy jest rzeczywiście najważniejszym elementem. Sama mam drobny fundusz oszczędnościowy w razie „w”, czyli żeby wyjechać za granicę, kupić tabletki. Dla mnie osobiście nic się szczególnie nie zmienia, miałam świadomość przed pseudo-wyrokiem, że nie dostanę pomocy od państwa, i ten pseudo-wyrok tylko i wyłącznie utrwalił we mnie tę świadomość. Jednak po rozmowie z młodszymi kobietami zdałam sobie sprawę, że wiele z nich dopiero teraz uświadomiło sobie w jak kiepskim położeniu będą, gdyby miały potrzebę przerwania ciąży.

Aleksandra: Protest w Lubaczowie zaistniał właśnie ze względu na to, że zagrożenie jest bliskie, namacalne. Chodzi o życie kobiet.

I dużo trudniej będzie poradzić sobie na własną rękę. Chcę Was na koniec zapytać o to czy protestowałyście w kościołach.

Beata: Kilka osób mówiło o tym, że Kościół znacząco przykłada się do tego, w jaki sposób traktowane są kobiety, ja się z tym zgadzam, ale w Lubaczowie nie było protestu w kościele. Słyszałam natomiast, że mężczyźni organizowali się do ich obrony.

Aleksandra: Byłam przeciwna, żeby wchodzić do kościołów, dlatego że skrzywdzilibyśmy wiele osób, które utożsamiają się z Kościołem. Uważałam że to niewiele da, natomiast ludzie i tak z Kościoła w końcu wyjdą, po prostu go zostawią, jeśli zechcą.

Beata: Zastanawiałam się czy w naszej społeczności to już nie byłoby za dużo. Gdyby ktoś odważył się coś nasprejować, coś tam powiedzieć, to podejrzewam, że nawet wśród osób popierających strajki mogłoby to być oceniane jako przegięcie pały.

Zuza: Ja właśnie miałam taką myśl, żeby wejść do kościoła. Nie robić tam nie wiadomo jakiej rozróby, nawet nie krzyczeć postulatów, tylko ten transparent gdzieś zostawić. Zostałam powstrzymana przez inne osoby, właśnie dlatego, że to mogłoby skrzywdzić czyjeś uczucia. Myślę, że to trochę nadmierna wrażliwość - że

my się martwimy czy nie zranimy tych osób, które do kościoła chodzą, a one niekoniecznie zastanawiają się, czy nie ma ze strony Kościoła krzywdy w naszym kierunku.

Ona przecież istnieje.

Aleksandra: Mówimy o ludziach, ale masz rację Zuzka, że tak, może to jest rodzaj pewnej hipokryzji, ale ktoś musi być odpowiedzialny, nie można liczyć, że ta druga strona taka będzie.

Zuza: Wydaje mi się jednak, że forma protestu polegająca na zostawieniu transparentów budzi zbyt ogromne, nie do końca uzasadnione oburzenie. Byłaby przecież przypomnieniem o tym, że ktoś tu jest krzywdzony i że warto wejść w kontakt z tym problemem, zamiast za jedyną słuszność i prawość uznawać słowa księdza, który mówi, że szerzymy cywilizację śmierci i popełniamy niewyobrażalny grzech. Nie wiem na ile by to zadziałało, ale przecież u podstaw chrześcijaństwa tkwi wejrzenie w drugą osobę. To, co się dzieje w Kościele zupełnie odeszło od tego kierunku. Uważam, że nie ma rzeczy jednoznacznie dobrych i złych. Istnieją rzeczy dobre i złe jednocześnie i są sytuacje, w których trzeba otoczyć je wyrozumiałą opieką.

Lubaczów, protest 31.10.2020
Jeden z protestów w Lubaczowie

Beata: Noszę różne gadżety, typu maseczka, koszulka z błyskawicą i czasem się zastanawiam, czy to komuś nie robi przykrości. Przypomniałam sobie jednak ostatnio wpis o podobnym dylemacie. Dziewczyna wieszała w oknie błyskawicę i zastanawiała się czy w ogóle powinna to robić, bo bała się sprawić przykrość sąsiadowi, starszemu panu, którego bardzo lubi i któremu czasem robi zakupy. I stwierdziła, że może zrobi mu przykrość, ale jeżeli nie powiesi tego symbolu, to zawiedzie i zdradzi siebie.

Mam poczucie, że robienie przykrości komuś często jest dla nas, wielu kobiet, które znam, trudniejsze niż zrobienie jej sobie.

Dla mnie to smutne. W małej miejscowości sprawa jest jeszcze cięższa, bo ludzie się naprawdę tu znają i zależy im na tych więziach. Czasem więc rezygnują z siebie, zaznaczenia swojego stanowiska, poglądu, by się z tej wspólnoty nie wyłamywać i nikomu nie narażać.

Udostępnij:

Hanna Szukalska

Architektka, dziennikarka i psycholożka. Pisze m.in. o psychologii, psychiatrii i planowaniu przestrzennym. Relacjonuje protesty. Robi ilustracje i infografiki.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne