Jeszcze niedawno odra wydawała się chorobą przeszłości. Dziś wraca tam, gdzie zostały uchylone drzwi: wśród dzieci z niepełnym kalendarzem szczepień; w społecznościach z ograniczonym dostępem do przychodni; w miejscach, gdzie zaufanie do medycyny przegrywa z dezinformacją
To nie jest zagadka epidemiologiczna. Odra po prostu robi to, do czego została stworzona: błyskawicznie wykorzystuje luki w odporności populacyjnej. WHO przypomina, że to jedna z najbardziej zakaźnych chorób na świecie – jedna osoba może zarazić nawet kilkanaście kolejnych, a wirus potrafi unosić się w powietrzu lub utrzymać się na powierzchniach do 2 godzin.
Odra jest chorobą wirusową przenoszoną drogą powietrzną. Zaczyna się często jak mocniejsze przeziębienie: gorączka, kaszel, katar, zapalenie spojówek. Dopiero potem pojawia się charakterystyczna wysypka, zwykle startująca na twarzy i schodząca w dół ciała.
Problem w tym, że odra to nie tylko wysypka. WHO wymienia powikłania, które potrafią przewrócić przebieg choroby do góry nogami: zapalenie płuc, ciężka biegunka z odwodnieniem, zapalenie mózgu, a nawet utrata wzroku. Do tego dochodzi mniej intuicyjny efekt: po przechorowaniu odry układ odpornościowy może zostać osłabiony w sposób, który zwiększa podatność na inne infekcje. To tak, jakby organizm dosłownie zapomniał jak bronić się przed znanymi patogenami.
Nie ma celowanego leku, który zatrzymałby namnażanie wirusa i skrócił chorobę tak, jak antybiotyk potrafi wyciszyć część infekcji bakteryjnych. W praktyce lekarze leczą więc to, co odra robi organizmowi: pilnują nawodnienia, łagodzą gorączkę i ból, kontrolują oddech, monitorują saturację, a gdy pojawiają się powikłania – reagują jak na ostrą chorobę płuc czy mózgu.
Jeśli dojdzie do nadkażenia bakteryjnego (np. zapalenia płuc lub ucha), wchodzą antybiotyki, ale one nie działają na sam wirus odry – są gaszeniem pożaru roznieconego niejako przy okazji. W ciężkich przypadkach potrzebna bywa hospitalizacja, tlenoterapia, a czasem intensywna opieka, zwłaszcza u małych dzieci i osób z obniżoną odpornością.
Odra jest mistrzem wykorzystywania luk – jeśli w populacji spada odsetek osób uodpornionych, wirus szybko znajduje grupy, w których może się rozprzestrzeniać niemal bez przeszkód. Wtedy ostatnią deską ratunku pozostaje odporność populacyjna zbudowana szczepieniami: ona nie tyle łagodzi przebieg choroby u pojedynczej osoby, ile przede wszystkim odcina wirusowi drogę między ludźmi. To różnica między pojedynczymi przypadkami a ogniskiem, które w kilka tygodni potrafi wciągnąć setki osób, uruchomić kwarantanny i dołożyć kolejne obciążenie szpitalom.
W styczniu 2026 r. WHO potwierdziła, że sześć państw nie jest już uznawanych za wolnych od odry (formalnie: straciły status eliminacji transmisji endemicznej). Chodzi o: Wielką Brytanię, Hiszpanię, Austrię, Armenię, Azerbejdżan i Uzbekistan.
To sformułowanie bywa mylące, bo nie oznacza, że odra nagle pojawiła się po latach ciszy. WHO opiera się na kryterium transmisji: aby utrzymać status eliminacji, kraj musi nie mieć ciągłej lokalnej transmisji tego samego szczepu wirusa przez co najmniej 12 miesięcy. Jeśli wirus wraca i potrafi krążyć bez przerwy przez rok, status przepada.
Mechanizm jest brutalnie prosty: odra jest pierwsza w kolejce do powrotu, gdy spada wyszczepialność. WHO podkreśla, że do utrzymania bezpieczeństwa potrzebny jest poziom szczepień przekraczający 95 proc. (zwłaszcza dwiema dawkami). Kiedy wskaźniki spadają poniżej tej granicy – nawet jeśli średnia krajowa nie wygląda źle – wystarczą lokalne „dziury” (dzielnice, gminy, konkretne grupy), by zapoczątkować reakcję łańcuchową.
Dlaczego to się dzieje? To efekt trzech nakładających się kryzysów.
Pierwszy to kryzys zaufania. Po pandemii COVID-19 w wielu krajach wzrosła odporność społeczna na argumenty medyczne – i to nie tylko w niszach internetu, ale także w realnych decyzjach rodziców.
Drugi to kryzys dostępności i logistyki. Nawet przy braku twardej niechęci do szczepień, system potrafi przegrywać na prostych rzeczach: terminach, kolejkach, braku wygodnych punktów szczepień.
Trzeci to kryzys nierówności, czyli geografia podatności. Odra nie potrzebuje większości. Potrzebuje skupisk osób nieuodpornionych. WHO i UNICEF zwracają uwagę, że w Regionie Europejskim (Europa + Azja Środkowa) dzieci poniżej 5. roku życia stanowiły ponad 40 proc. przypadków, a ponad połowa chorych wymagała hospitalizacji. To jest obraz ognisk, które uderzają w najmłodszych i w tych, którzy wypadli z rutyny systemu.
Amerykański przykład pokazuje, jak szybko sytuacja może wymknąć się spod kontroli nawet w kraju, w którym szczepionka jest dostępna od ręki. W Karolinie Południowej liczba przypadków w jednym ognisku wzrosła do 789 (stan na 27 stycznia 2026). To już poziom, który w praktyce zaczyna obciążać lokalne służby sanitarne i placówki medyczne logistyką kwarantann, dochodzeń epidemiologicznych i zabezpieczania ekspozycji.
Reuters podaje, że ognisko trwa od października i koncentruje się w północno-zachodniej części stanu (m.in. okolice Greenville i Spartanburga). Wśród zakażonych 695 osób było niezaszczepionych, 14 miało tylko jedną dawkę szczepionki przeciw MMR (Measles, Mumps, Rubella, czyli odrze, śwince i różyczce), 20 było w pełni zaszczepionych, a u 60 status nie był znany. Równolegle setki osób obejmowano kwarantanną i izolacją.
To ważne, bo Karolina Południowa nie jest anomalią, tylko soczewką, przez którą widać szerszy problem. Według danych CDC, w 2026 roku (do 22 stycznia) potwierdzono już 416 przypadków w 14 jurysdykcjach, a zdecydowana większość z nich była powiązana z ogniskami rozpoczętymi jeszcze w 2025 roku. CDC podaje, że w całym 2025 roku USA zgłosiły 2255 potwierdzonych przypadków i 49 ognisk (w definicji CDC: co najmniej trzy powiązane przypadki), a aż 89 proc. zachorowań było związanych z ogniskami. To jest charakterystyczny podpis epidemii w kraju o „łatanym” poziomie odporności populacyjnej: nie pojedyncze incydenty, tylko łańcuchy transmisji, które potrafią żyć własnym życiem.
Widać to było już na początku 2025 roku w dużym, wielostanowym ognisku w bliskich, zamkniętych społecznościach o niskiej wyszczepialności. W raporcie CDC (MMWR) opisano, że od 1 stycznia do 17 kwietnia 2025 odnotowano 800 przypadków, z czego 82 proc. wiązało się z ogniskiem w Nowym Meksyku, Oklahomie i Teksasie; 11 proc. chorych wymagało hospitalizacji, a zgłoszono też trzy zgony.
Szczepienia rozchodzą się nierówno, bo krajowe średnie maskują lokalne dziury. CDC informuje, że wyszczepialność MMR wśród amerykańskich przedszkolaków spadła do 92,5 proc. w roku szkolnym 2024-2025 (z 95,2 proc. w 2019-2020), a ok. 286 tys. dzieci chodziło do szkoły bez dokumentacji ukończenia serii MMR. Rosną też zwolnienia – do 3,6 proc. (około 138 tys. dzieci) w tym samym roku szkolnym.
Organizacja społeczna KFF zwraca uwagę, że to nie są spadki kosmetyczne: w roku 2024-2025 aż 39 stanów było poniżej celu 95 proc., a 16 stanów spadło poniżej 90 proc. W świecie odry różnica między 95 proc. a 92 proc. to nie trzy punkty procentowe. To różnica między szczelną zaporą a siatką z oczkami, przez które wirus bez trudu się przeciska.
Na koniec warto doprecyzować coś, co często bywa nadużywane w dyskusjach: fakt, że w Karolinie Południowej część przypadków dotyczyła osób w pełni zaszczepionych, nie jest dowodem nieskuteczności szczepionki – raczej dowodem skali ekspozycji, gdy wirusa jest dużo i krąży intensywnie.
CDC podaje, że dwie dawki MMR są w ok. 97 proc. skuteczne w zapobieganiu odrze (jedna dawka w około 93 proc.), a zakażenia przełomowe mogą się zdarzać, zwłaszcza w środku dużego ogniska. Innymi słowy: szczepionka nie czyni osobę kuloodporną na wirusa, ale w skali populacji to jedyna rzecz, która potrafi odebrać odrze paliwo. Bez wysokiego i równomiernego poziomu szczepień USA będą wracać do tego samego punktu: kolejne ogniska, kolejne kwarantanny i kolejne fale zachorowań, które zaczynają przypominać stały element krajobrazu, a nie incydent.
W Polsce odra długo była rzadkością. Dane NIZP PZH pokazują, że w 2024 r. odnotowano 134 zachorowania i że 49,3 proc. przypadków wiązało się z hospitalizacją z powodu powikłań. To wciąż liczby nieporównywalne z największymi ogniskami w Europie, ale trend ma znaczenie: wirus wraca wtedy, gdy ma gdzie krążyć.
Najważniejszy wskaźnik ryzyka jest jednak prosty i bezlitosny: wyszczepialność. Przekrojowa analiza „Odra w Polsce w latach 2022-2023” pokazuje, że w 2023 roku poziom zaszczepienia pierwszą dawką MMR wynosił 91,8 proc., a drugą dawką 88,2 proc. – czyli wyraźnie poniżej progu 95 procent. Co gorsza, różnice regionalne są duże: w niektórych województwach wskaźniki dla drugiej dawki spadały w okolice 80 proc., a to już jest poziom, na którym odra nie tyle może, ile musi znaleźć paliwo.
Do tego dochodzi zjawisko uchyleń od szczepień. NIK raportował wzrost odmów/uchyleń z ok. 40 tys. w 2018 r. do ponad 87 tys. w 2023 r., co w praktyce oznacza rosnącą pulę dzieci bez pełnej ochrony. Jeśli ta dynamika się utrzyma, Polska może wejść w scenariusz znany z innych krajów: najpierw pojedyncze ogniska i przypadki zawleczone, później coraz częstsze łańcuchy transmisji w gminach o niskiej wyszczepialności, a na końcu presja na szpitale pediatryczne i oddziały zakaźne.
W Polsce nie stosuje się monowalentnej szczepionki „tylko na odrę” – szczepi się preparatem skojarzonym MMR (odra, świnka, różyczka). Schemat w Programie Szczepień Ochronnych to pierwsza dawka w 13-15 miesiącu życia i druga dawka w 6. roku życia. Na rynku dostępne są szczepionki trójwalentne M-M-RVAXPRO, Priorix, Priorix-Tetra. Po dwóch dawkach skuteczność ochrony jest bardzo wysoka (rzędu ~ 98-99 proc. w danych edukacyjnych NIZP PZH) – jedna dawka zostawia część osób z niedostateczną odpornością, a odra nie jest chorobą, która akceptuje margines błędu.
Polska jest wolna od odry, jako społeczeństwo jesteśmy na nią odporni
Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.
WHO szacuje, że w 2024 r. na świecie zmarło na odrę około 95 tys. osób, głównie niezaszczepione lub niedostatecznie zaszczepione dzieci poniżej 5. roku życia. W tym samym czasie globalne wskaźniki szczepień nie domknęły tarczy: pierwszą dawkę otrzymało ok. 84 proc. dzieci, a dwie dawki – ok. 76 proc.
Z perspektywy Europy sygnał ostrzegawczy jest równie wyraźny. WHO/UNICEF podawały, że w Regionie Europejskim w 2024 roku zgłoszono 127 350 przypadków zachorowań – najwięcej od 1997 roku. A według zestawienia NIZP PZH w 2024 roku na całym globie zgłoszono 359 521 przypadków odry.
Co dalej? Najbardziej prawdopodobny scenariusz na kolejne lata nie wygląda jak pandemia odry. Bardziej przypomina serię powracających pożarów: ogniska w miejscach o niskiej wyszczepialności, a potem dogaszanie ich kwarantannami, akcjami szczepień i hospitalizacjami dzieci, które nie powinny w ogóle trafiać na oddział.
Konsekwencje są mierzalne.
Po pierwsze, rośnie ryzyko dla niemowląt (zanim dostaną pierwszą dawkę), osób z niedoborami odporności i pacjentów, którzy nie mogą się zaszczepić.
Po drugie, rosną koszty systemowe: izolacje, kwarantanny, dochodzenia epidemiologiczne, testy, zamykanie szkół i przedszkoli, absencje rodziców.
Po trzecie, wraca ryzyko zgonów – rzadkich w krajach o dobrym dostępie do leczenia, ale jednak realnych, co widać już w dyskusjach o utrzymaniu statusu eliminacji w różnych państwach.
Odra jest brutalnie szczera: pokazuje, czy państwo umie przypilnować podstawowej profilaktyki. I coraz częściej odpowiedź jest przecząca.
Biolog, dziennikarz popularnonaukowy, redaktor naukowy Międzynarodowego Centrum Badań Oka (ICTER). Autor blisko 10 000 tekstów popularnonaukowych w portalu Interia, ponad 50 publikacji w papierowych wydaniach magazynów „Focus", „Wiedza i Życie" i „Świat Wiedzy". Obecnie publikuje teksty na Focus.pl.
Biolog, dziennikarz popularnonaukowy, redaktor naukowy Międzynarodowego Centrum Badań Oka (ICTER). Autor blisko 10 000 tekstów popularnonaukowych w portalu Interia, ponad 50 publikacji w papierowych wydaniach magazynów „Focus", „Wiedza i Życie" i „Świat Wiedzy". Obecnie publikuje teksty na Focus.pl.
Komentarze