Czy zapowiadana rekonstrukcja rządu oznaczałaby zwycięstwo jednej i spójnej wizji rozwoju? Czy rozstrzygałoby jakiś spór doktrynalny? Wszystko wskazuje na to, że nie

Wicepremier i minister rozwoju Mateusz Morawiecki wyszedł zwycięsko z boju o władzę nad polską gospodarką. Wszystko wskazuje na to, że za kilka dni stanie na czele nowo powołanego Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów, obejmując nadzór nad sześcioma kluczowymi resortami (Finansów, Infrastruktury i Budownictwa, Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, Cyfryzacji, Rolnictwa, Energii).

Największym przegranym wydaje się dotychczasowy minister finansów Paweł Szałamacha. Media – na przekór zapewnieniom kolegów z rządu – zapowiadają jego dymisję, spekuluje się nawet o nadzorze osobistym jego resortu przez Morawieckiego – na podobnej zasadzie jak minister Henryk Kowalczyk, szef Komitetu Stałego RM, ma nadzorować resort Skarbu.



Czy zapowiadana rekonstrukcja rządu oznaczałaby zwycięstwo jednej i spójnej wizji rozwoju? Czy rozstrzygałoby jakiś spór doktrynalny (np. na linii: etatyzm kontra liberalizm)? Wszystko wskazuje na to, że nie. Konflikt między ministrem Morawieckim a ministrem Szałamachą wynikał raczej z walki o wpływy i kompetencje – o istnienie jednego bądź dwóch ośrodków wpływu na gospodarkę – niż o realizację różnych koncepcji rozwoju gospodarczego Polski.

Po tej samej stronie – przeciwko Szydło i Kaczyńskiemu

W najpoważniejszym dotąd sporze programowym w Radzie Ministrów, tzn. w sporze o prezydencki projekt obniżenia wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn Mateusz Morawiecki i Paweł Szałamacha stanęli (wraz z ministrem Jarosławem Gowinem) po jednej stronie. Wszyscy byli przeciwko stanowisku premier Szydło i prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – opowiadali się za powiązaniem nowego progu (65 i 60 lat) z odpowiednio długim stażem pracy. Dlaczego? Bo koszty innego rozwiązania byłyby dla budżetu państwa zbyt duże.

Podobnie było w przypadku „flagowego” dla rządu programu Rodzina 500+. Obaj ministrowie zgłaszali zastrzeżenia podobnej natury: w oficjalnej opinii Ministerstwa Finansów wskazywano np., że zbyt wiele jest warunków wyłączających z programu, co podniesie jego koszt i grozi dezaktywacją gorzej zarabiających członków rodzin na rynku pracy. Już po wprowadzeniu 500+ minister Szałamacha zaznaczał, że do celów programu należy redukcja ubóstwa rodzin wielodzietnych i zwiększenie dzietności, ale już nie – rozwój gospodarczy czy impuls koniunkturalny. Analogiczną ocenę kosztów i skutków Rodziny 500+ ujawniła nieoficjalna, acz szeroko komentowana wypowiedź ministra Morawieckiego w Bydgoszczy: „500+ jest na kredyt. Zadłużyliśmy się o dodatkowe 20 mld zł, bo chcemy promować dzietność. Jesteśmy we własnym gronie i nie musimy mówić sobie tylko pięknych słów”.



Zbieżności było więcej. Obaj postulowali stopniową i odłożoną w czasie realizację kosztownego dla budżetu pomysłu podwyższenia kwoty wolnej od podatku do 8 tys. zł rocznie. W lutym 2016 roku minister Szałamacha zapowiadał, że „kwota wolna od podatku PIT będzie wprowadzana konsekwentnie w następnych latach, etapami po to, żeby osiągnąć cel, który zakładamy, ale to będzie robione na naszych warunkach, zgodnie z przyjętym harmonogramem i odbudową dochodów podatkowych”. Z kolei minister Morawiecki w tym samym czasie głosił, że „obietnicę wyborczą pod tytułem «kwota wolna od podatku – podwyższenie kwoty wolnej od podatku» trzeba w mądry sposób fazować. To znaczy w tym roku, moim zdaniem, nie powinniśmy wdrażać takiego gwałtownego podniesienia”.

Ręka w rękę w sprawie podatków

Drugi, wspólny dla obu ministrów wątek „podatkowy” dotyczy poprawy ściągalności danin, szczególnie podatku VAT. Minister Szałamacha chwalił się w połowie roku: „Dynamika wzrostu dochodów budżetowych od początku mojej kadencji przewyższa tempo wzrostu gospodarczego. I to jest wzrost dochodów z różnych podatków o 6–7 procent”. To zbieżne z nakreślonymi jeszcze w listopadzie 2015 przez wicepremiera Morawieckiego postulatami aktywnej redukcji luki w VAT.



Wreszcie, ostatni (?) zapowiedziany projekt ministra Szałamachy, czyli program emisji specjalnych obligacji sześciu- i dwunastoletnich dla rodzin-beneficjentów programu Rodzina 500+. Program bardzo dobrze wpisuje się we wspieranie „kultury oszczędzania” , co postuluje minister Morawiecki. Zamożniejsi odbiorcy programu będą mogli przeznaczyć dodatkowy dochód na finansowanie polskiego długu publicznego, oszczędzając zarazem na przyszłość i zwiększając oszczędności krajowe.

Zderzenie priorytetów

Merytoryczne spory co do kierunku polityki gospodarczej rządu między dwoma ministrami dotyczyły przede wszystkim tzw. podatku handlowego.

Ministerstwo Finansów chciało objąć podatkiem jak najwięcej podmiotów, Ministerstwo Rozwoju – chronić polskich kupców.  Ministerstwu Szałamachy zależało przede wszystkim na wpływach, ministerstwo Morawieckiego wskazywało, że „małe niezależne sklepy, korzystające ze wspólnej marki handlowej i zrzeszone w ramach sieci handlowej mogą być obciążone podatkiem od sprzedaży detalicznej”, co z kolei „negatywnie wpłynie na konkurencyjność na rynku oraz na kondycję polskich przedsiębiorców”.



W ten sposób już trzecim miesiącu działania rządu PiS priorytety Ministerstwa Rozwoju (stymulowanie konsolidacji polskiego handlu w sieci małych placówek) zderzyły się z priorytetami Ministerstwa Finansów (wpływy podatkowe).

To jednak sytuacja dość wyjątkowa, przynajmniej gdy chodzi o program polityczny Rady Ministrów i większości parlamentarnej.

Na marginesie: zwolenników i przeciwników podatku handlowego prawdopodobnie pogodzi Komisja Europejska, która nakazała zawieszenie go – jako formę niedozwolonej pomocy publicznej dla mniejszych sklepów.

Morawiecki jak Balcerowicz?

Naprawdę poważny konflikt między ministrami Morawieckim i Szałamachą – za którego ostateczne rozstrzygnięcie można uznać zapowiadaną rekonstrukcję rządu – nie dotyczył kierunku polityki, lecz kształtu i kompetencji ośrodka wewnątrz rządu, który będzie ją prowadził. Chodziło o Bank Gospodarstwa Krajowego: w zamyśle Ministerstwa Rozwoju miał on stać się filarem Polskiego Funduszu Rozwoju, a więc głównej agendy organizującej i zarządzającej wielkim programem inwestycji publicznych oraz wspierania inwestycji prywatnych. Gdyby „przejął go” resort Morawieckiego, ministerstwo finansów straciłoby kluczową instytucję, która pozwala np. na prowadzenie transakcji walutowych na rynku (co daje wpływ np. na kurs złotego), a także konsolidowanie środków na rachunkach instytucji publicznych (chodzi o wykorzystywanie wolnych środków różnych agend publicznych do bieżących płatności budżetowych, pozwala to obniżyć potrzeby pożyczkowe państwa).

Spodziewana rekonstrukcja rządu nie oznacza zmiany kierunku polityki gospodarczej rządu. Spory między ministrami co do kształtu ustaw czy regulacji wynikały przede wszystkim z różnicy perspektyw: Morawiecki chce przebudowywać gospodarkę, Szałamacha pilnuje względnej równowagi budżetowej. To nie odmienne wizje rozwoju były kluczowe.

Jeśli jednak dojdzie do zmian w zapowiadanym kształcie, zmieni się układ sił wewnątrz rządu, a wpływ na realizację polityki gospodarczej zostanie de facto skupiony w jednym urzędzie. Ze wszystkimi tego konsekwencjami: tak bezprecedensowe (od czasu rządu Tadeusza Mazowieckiego i Leszka Balcerowicza) wzmocnienie kompetencji jednego ministra, zapewne większe niż w przypadku Jerzego Hausnera w rządzie SLD, oznaczałoby bowiem bezprecedensowy zakres jego odpowiedzialności.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press