Finansowe podduszanie przez władzę gmin, powiatów i województw coraz bardziej przypomina strategię, według której to samorząd ma wykonywać brudną robotę i sięgać do kieszeni obywatelek i obywateli, a rząd i partia ma się jawić jako władza, która tylko rozdaje prezenty - pisze dr hab. Dawid Sześciło

Obecna władza nie jest pierwszą, która lubi rozdzielać obywatelom dary na koszt samorządów. Jeśli prześledzimy zmiany podatkowe na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat, zobaczymy, że kolejne ekipy nie miały problemu z obniżaniem tylko tych podatków, które zasilają budżety gmin, powiatów czy województw.

PIT i inne podatki

Najbardziej dostaje się PIT-owi (podatkowi od dochodów osób), który trafia do samorządów aż w połowie. Przypomnijmy, że w 2005 roku wprowadzono liniowy PIT dla osób prowadzących działalność gospodarczą, a w kolejnych latach wprowadzono wspólne rozliczanie się małżonków i zlikwidowano najwyższą stawkę w tym podatku.

W międzyczasie zlikwidowano też praktycznie podatek od spadków i darowizn, który w całości zostawał w gminach. Nikomu nie przychodziło natomiast do głowy, aby obniżać obciążenia w podatku VAT, a to dlatego, że dochody z tego tytułu w całości trafiają do budżetu państwa.

Nikt też nie podjął realnej próby zreformowania podatku od nieruchomości w stronę bardziej sprawiedliwego podatku powiązanego z realną wartością nieruchomości, a nie tylko jej powierzchnią.

Bierność w tej sprawie wynikała oczywiście z faktu, że na tym podatku budżet centralny nie zyska, ponieważ jest w całości daniną gminną.

Ostatnie cztery lata to pogłębianie skali zjawiska polegającego na decentralizacji problemów bez zapewnienia adekwatnych źródeł finansowania.

Ostatnie zmiany w PIT, czyli obniżenie stawki w pierwszym progu podatkowym do 17 proc. czy zerowy PIT dla osób poniżej 26. roku życia, to tylko uwieńczenie procesów, które nasilały się przez całą kadencję.

Przeczytaj stanowisko XIX Kongresu Gmin Wiejskich o sytuacji finansowej samorządów

Ile wytrzymają samorządy

Można odnieść wrażenie, że trwa testowanie granic wytrzymałości samorządów w przekonaniu, że te ukrywają gdzieś potężne rezerwy finansowe. Na strategię obecnej władzy składają się trzy uzupełniające się elementy:

  • Przerzucanie na samorządy kosztów w najbardziej newralgicznych sferach usług publicznych, takich jak oświata czy zdrowie;
  • Ograniczanie pola manewru w tych sferach i poddanie ich szerszej, arbitralnej kontroli przez władzę centralną, która chętnie wyciągnie pomocną dłoń do samorządów, które nie „warczą” na rząd;
  • Pozostawienie samorządom furtki ratunkowej w postaci możliwości zwiększania lokalnych opłat czy podatków albo wyprzedaży majątku.

Kilka miesięcy temu organizacje samorządowe przedstawiły wyliczenia, zgodnie z którymi drastycznie pogłębia się luka między wypłacaną im z budżetu państwa subwencją oświatową a podstawowymi potrzebami wydatkowymi w tej sferze.

Możemy już dziś nie pamiętać, że kiedy w latach 90. wprowadzano subwencję oświatową, miała ona zapewnić pełne finansowanie co najmniej wydatków na wynagrodzenia. Jeszcze w 2004 roku ten mechanizm działał, bo subwencja pokrywała 98 proc. wydatków płacowych.

W 2018 roku subwencja wystarczyła już jednak tylko na sfinansowanie 85 proc. płac, nie mówiąc o kolosalnych kosztach dostosowania się do nowego systemu szkolnego, które według kalkulacji samorządowców przekroczyły 5 miliardów złotych. Wyliczenia te nie spotkały się rzeczową odpowiedzią ze strony rządu. Brak jest więc powodów, by kwestionować ich rzetelność.

Biedne zdrowie

Presja na łatanie deficytów przez samorządy nasiliła się także w ochronie zdrowia. Od zawsze problem polegał na tym, że NFZ-owskie kontrakty miały finansować wyłącznie wykonywanie konkretnych świadczeń, ale już nie utrzymanie placówek czy niezbędne inwestycje.

To sprawiało, że samorządy prowadzące większość szpitali musiały je dotować z własnych dochodów, nie mając przy tym żadnego specjalnego źródła finansowania wydatków zdrowotnych. Wszak składka zdrowotna trafia w całości do NFZ. Dodatkowo NFZ z reguły opierał się przed finansowaniem tzw. nadwykonań, czyli świadczeń udzielonych ponad limity kontraktowe.

Wprowadzona w październiku 2017 roku tzw. sieć szpitali miała sytuację odmienić, dając samorządowym szpitalom stabilne źródło finansowania w postaci wieloletnich ryczałtów. Stało się dokładnie odwrotnie.

Dane opublikowane przed kilkunastoma dniami przez Związek Powiatów Polskich są alarmujące. W pierwszym półroczu tego roku stratę zanotowało dziewięć na dziesięć szpitali powiatowych, a średnia wielkość spodziewanej straty na koniec roku ma być pięć razy wyższa niż w 2015 roku.

Bez znaczącego zwiększenia ryczałtów możemy się spodziewać katastrofy na miarę tej, jaką pod koniec rządów AWS w 2001 roku spowodowała tzw. „ustawa 203”, kiedy uchwalono podwyżki wynagrodzeń personelowi medycznemu bez zagwarantowania placówkom środków na ich wypłatę.

Dodatkowo reguły sieci szpitali utrudniają placówkom walkę o dodatkowe pieniądze. Wraz ze zniesieniem kontraktowania konkretnych świadczeń, znikło bowiem pojęcie nadwykonań i możliwość dochodzenia wynagrodzenia za nie na drodze procesowej.

Łaska pańska dla posłusznych

Władza jednocześnie oferuje samorządom pomocną dłoń, ale nie za darmo. Upowszechniły się mechanizmy, w ramach których rząd decyzjami uznaniowymi rozdziela dary samorządom czy w inny sposób ułatwia poruszanie się w coraz trudniejszych warunkach.

Tak działa np. Fundusz Dróg Samorządowych, w ramach którego decyzją premiera na podstawie rekomendacji komisji przy wojewodach przyznaje się dotacje na remonty dróg lokalnych. Rząd przejął od samorządów województw fundusze ochrony środowiska. O zgodę na zmiany w sieci szkół samorządy muszą prosić teraz rządowych kuratorów oświaty, a o akceptację taryf na wodę i ścieki dyrektorów rządowej agencji Wody Polskie. Kryteria podejmowania wszystkich decyzji są tak skonstruowane, żeby nie zabrakło pola do decyzji arbitralnych.

Samorządom, które nie odnajdą się w takiej grze, pozostaje poleganie na szukaniu nowych źródeł tzw. dochodów własnych. W praktyce, oznacza to podnoszenie do ustawowego maksimum stawek podatku od nieruchomości, podnoszenie opłat za parkowanie, cen biletów w komunikacji publicznej czy opłat za wywóz śmieci.

Zapłacą mieszkańcy

Nieuniknione jest też ograniczenie inwestycji, które nie są absolutnie niezbędne. To nie tylko drogi, ale też mieszkania komunalne, przedszkola czy lepiej wyposażone szkoły. Inną opcją jest też wyprzedaż majątku.

Najwięcej stracą, jak zwykle, najsłabsi. Metropolie poradzą sobie nieco lepiej np. wypełniając inwestycyjne luki przedsięwzięciami partnerstwa publiczno-prywatnego z udziałem prywatnego kapitału.

To, co zyskamy na podatkowych zmianach wprowadzanych przez władzę centralną, z naddatkiem oddamy w lokalnych opłatach i wyższych kosztach życia spowodowanych deficytem dobrej jakości usług publicznych.

Obawiam się więc, że najbardziej na polityce władzy wobec samorządów stracą ci, którzy liczą na obiecywane przez partię rządzącą państwo dobrobytu.

Jeśli miarą rozwoju państwa dobrobytu jest jakość i dostępność podstawowych usług publicznych, to głodzenie samorządów gwarantuje, że to państwo dobrobytu nigdy nie powstanie.

Zostaniemy z zestawem kilku świadczeń z plusem w nazwie finansowanych przez władzę centralną, a najważniejsze usługi publiczne będziemy musieli sobie kupić na rynku.

Ewentualnie pozostanie nam czekać, aż któryś z szumnie zapowiadanych programów centralnych typu Mieszkaniu plus, zacznie przynosić jakieś efekty po kilku latach ciągłych niepowodzeń.

Dr hab. Dawid Sześciło – Kierownik Zakładu Nauki Administracji na Wydziale Prawa UW, ekspert organizacji międzynarodowych do spraw reform administracji publicznej. Kierował zespołem, który przygotował raport „Polska samorządów. Silna demokracja, skuteczne państwo” opublikowany przez Fundację im. Stefana Batorego.

Dostęp do informacji o działaniach władz to Twoje prawo.
Wesprzyj OKO, by nadawało dalej.

Doktor socjologii, adiunkt w Collegium Civitas, ekspert forumIdei Fundacji im. Stefana Batorego. Zajmuje się między innymi zagadnieniem korupcji i polityki antykorupcyjnej, problematyką społeczeństwa obywatelskiego i organizacji pozarządowych. Autor książek, artykułów naukowych i publikacji prasowych.


Komentarze

  1. Antyszechteremita VIII Chrobry

    Szechteremici od zawsze chcą "centralizować" (twórca Bękarta Szechteremickiego Stołu Lewertow "Geremek" i jego epigoni nigdy nie dopuszczali myśli, że polscy sąsiedzi będą mogli o czymś decydować na szczeblu lokalnym, od zawsze mieli tylko harować na szechteremicką "arystokrację" z Warschauer Stedl), więc WTF?

    • Mateusz Głazowski

      Rzeczywiście, tzw. suweren łyka, jak gęś tuczona na stłuszczenie wątroby, wszystkie opowieści "wadzy", która przekonuje, że oni to by chcieli ale w tych gminach, powiatach nie ma chętnych do współpracy. W trakcie kampanii wyborczej 2018 pisuary nie robiły tajemnicy z tego, że tam gdzie doznali porażki będą oszczędni w finansowaniu.

  2. Antyszechteremita II Mocny

    Obłudnie oj-wejowanie. Szechteremici nigdy nie byli za decentralizacją.
    Dobrze wiedzą, że polscy sąsiedzi bez przymusu rządu nie dawaliby kasy na żadne Wielopederastyczne Multikulti Licea im. Dowódcy Stalin-jugend Jacka Kuronia i musieliby sami bulić za te ekscesy.

  3. Red Skinhead

    Pisowcy na każdym kroku dają dowód na to, że nie dorośli do wolności i demokracji. Oni cały czas muszą być prowadzeni na bardzo krótkiej smyczy przez prezesa. Fakt, że społeczeństwa lokalne mogą decydować same o sobie jest dla nich nie do pojęcia.

    • Ryszard Andrzejak

      Twierdzenie, że opozycja, jako całość, organizuje marsze Wolności jest z gruntu nie prawdziwe, komu przeszkadza krzewienie świadomości w społeczeństwie o różnieniu się istot ludzkich. Marsze z różańcami mające chronić granice ojczyzny od najazdu imigrantów jako śmiertelnego zagrożenia robactwem i bakteriami już nie budziły większych zastrzeżeń. Zadziwiające.

Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!