MEN zlecił diagnozę, z której wynika, że zakazy nie uczą. Mimo to resort edukacji od 1 września wprowadza centralny zakaz używania smartfonów w szkołach podstawowych. Dlaczego? Bo tak łatwiej utrzymać dyscyplinę na lekcjach, chcą tego ludzie, a także premier. Co ciekawe, zmiany dotkną tylko szkół publicznych
Odgórny zakaz telefonów w szkołach to trzecia interwencja premiera Donalda Tuska w politykę edukacyjną. Najpierw była likwidacja prac domowych, potem rezygnacja z obowiązkowej edukacji zdrowotnej, teraz – uregulowanie zasad korzystania z telefonów w salach lekcyjnych i na korytarzach. Do tej pory, żadna z nich nie skończyła się dobrze ani dla dzieci, ani dla szkolnej kadry.
Ministra Barbara Nowacka nie ukrywała zresztą, że „przyspieszenie prac” w kwestii smartfonów to inicjatywa szefa rządu. Wszak musiała jakoś wytłumaczyć, dlaczego sama w tej sprawie zmieniła zdanie. Wcześniej szefowa resortu edukacji zachowywała sceptycyzm wobec zakazu, tłumacząc, że kraje, które już go wprowadziły, mają trudności z jego egzekwowaniem.
Co więcej, tydzień przed ogłoszeniem zakazu, resort Nowackiej opublikował Diagnozę Młodzieży 2026, w której możemy przeczytać, że
„zakazy nie uczą świadomego i odpowiedzialnego korzystania z urządzeń i internetu”.
To wnioski płynące ze szkół, które wprowadziły ograniczenia, zapisując je w szkolnych statutach. Z badań Fundacji GrowSpace z 2025 wynikało, że zakazy korzystania z telefonów obowiązują w ponad połowie placówek (52 proc.), za to 9 na 10 szkół korzysta z innych obostrzeń.
„Jednocześnie takie rozwiązania – mimo rosnącej popularności – nie wspierają rozwoju kompetencji cyfrowych ani świadomego korzystania z internetu. Kadrze dydaktycznej często brakuje wiedzy i narzędzi do prowadzenia edukacji obejmującej higienę cyfrową, zagrożenia cyfrowe, dezinformację czy prywatność” – czytamy w Diagnozie Młodzieży, zleconej przez MEN.
Główny wniosek jest wyrażony wprost:
szkoły, które na problem nadmiernego używania telefonów odpowiadają zakazem, są nieskuteczne.
Młodzież nadrabia czas stracony przy ekranie po lekcjach, często w nocy. A to skutkuje niedoborem snu i koncentracji. Jest tego świadomy sam premier, który 20 marca na antenie TVN24, stwierdził, że rozwiązania z innych państw, Francji czy Australii, działają „średnio”, a „żadną ustawą nie zmienimy zachowań w domu”.
Dlaczego więc nowelizacja prawa oświatowego trafiła do prac rządu?
W uzasadnieniu projektu ustawy resort edukacji dwukrotnie odwołuje się do sondaży. Z badań opinii publicznej wynika, że zdecydowana większość Polek i Polaków popiera cyfrowy detoks w szkołach. W badaniach CBOS pozytywnie o zakazie wypowiedziało się aż 73 proc. badanych. Zmiany trafiają więc na podatny grunt.
Co więcej, rząd planował, że „ekranozą” zajmie się od uregulowania mediów społecznościowych. Projekt ustawy w tej sprawie miał być gotowy do końca lutego 2026, ale ostatecznie najprawdopodobniej nie powstanie w tym roku. Powód?
Trudności w stworzeniu szczelnego i bezpiecznego systemu weryfikacji wieku oraz wątpliwości, czy takie zakazy w ogóle działają (i przynoszą pożądane skutki). Polem doświadczalnym w tej sprawie jest Australia, która od stycznia wylogowała z platform kilka milionów użytkowników poniżej 15. roku życia.
Jak ma wyglądać odgórny zakaz? W nowelizacji ustawy prawo oświatowe MEN proponuje, żeby zakazane było korzystanie z telefonu podczas pobytu na terenie szkoły.
Odstępstwa są trzy: gdy telefon będzie wykorzystywany w celach dydaktyczno-wychowawczych, za zgodą dyrektora ze względu na niepełnosprawność lub chorobę, lub gdy wystąpi zagrożenie zdrowia i życia.
Za to warunki wnoszenia telefonów, szkoły mają regulować samodzielnie, w statutach. Mówiąc inaczej, MEN tworzy ramę dla zakazu, ale to, jak poradzić sobie z obecnością telefonów w szkołach, będzie zależeć od decyzji szkół.
Zapowiadając zmiany, ministra Nowacka mówiła, że telefony będą zamykane w szafkach, depozytach, specjalnych skrzyneczkach lub zbierane przed lekcją przez nauczyciela – ale to należy już do autonomii szkół. Można się obawiać, że część reguł nie będzie nadmiernie opresyjna, a inna – dziurawa.
W SP nr 70 im. Bohaterów Monte Cassino w Warszawie zakaz obowiązuje od ponad roku. Uczniowie mogą korzystać z telefonu na długich przerwach, ale tylko do słuchania muzyki lub audiobooków. Potem telefony zostają w plecakach.
„Gdy mam dyżur, zawsze wchodzę do męskiej toalety i gonię chłopaków, mówiąc, żeby już wychodzili, koniec grania. Raczej nie protestują, odpowiadają, »no dobra« i idą spędzać czas inaczej” – opowiada nauczycielka Maria Kowalewska.
„Na lekcjach łamanie zakazu zdarza się bardzo rzadko. Czasem widzę, że uczniowie sprawdzają komunikatory, ale mówią, że chodzi o godzinę albo wyłączenie głosu. Egzekwowanie zakazu bywa trudne, bo nie mamy do czego się odwołać – mogę wpisać uczniowi uwagę do Librusa, ale w zasadzie co z tego?” – dodaje Kowalewska.
Największym problemem dla nauczycieli jest to, co dzieje się między dzieciakami na grupkach. "Ktoś zrobi zdjęcie, przerobi je, wrzuci do sieci. Tyle że to nie dzieje się wcale w czasie zajęć szkolnych. Ostatnio na lekcji wychowawczej rozwiązywałam konflikt, który dotyczył wydarzeń na WhatsAppie.
To szara strefa, której żaden zakaz nie ureguluje" – mówi nauczycielka.
Według Kowalewskiej uczniom potrzebna jest edukacja medialna i higiena cyfrowa, ale nie na oddzielnych zajęciach, tylko wpleciona w podstawy programowe.
„Jako nauczycielka nie sięgam do tego, co dzieje się w domach. A rodzice przychodzą i mówią, że ich dzieci mają relacje poza siecią, bo w weekend spotkają się w piątkę w domu. Tylko że jak zapytasz, co razem robili, okażę się, że grali, nie zamieniając ze sobą słowa” – mówi Kowalewska.
Co ważne, zakaz, który chce wprowadzić MEN, ma dotyczyć tylko szkół publicznych. W szkołach prywatnych będzie obowiązywać zasada, z której korzystały do tej pory wszystkie szkoły w Polsce – to społeczność szkolna samodzielnie zadecyduje o wewnątrzszkolnych regułach. To jest zwyczajnie niesprawiedliwe. Nie wspominając o tym, że ze szkół prywatnych korzystają ponadprzeciętnie często dzieci polityków, a więc ich ten eksperyment społeczny raczej nie obejmie.
Całkowity zakaz używania telefonów dla uczniów wprowadziły Francja, Belgia i Holandia. W Finlandii smartfon może służyć tylko do nauki. Za to Portugalia ograniczyła liczbę dni, w których można korzystać z urządzeń. Badania dotyczące korzystania ze smartfonów nie są jednoznaczne.
Z diagnozy PISA 2022, gdzie badano polskich 15-latków, wynikało, że co trzecią osobę podczas lekcji rozprasza telefon. Dla dyscypliny i koncentracji niekorzystanie z telefonów na pewno jest więc pomocne.
W badaniu opublikowanym w „The Lancet Regional Health”, w którym porównano 30 szkół w Anglii – 20 z restrykcyjnym zakazem, 10 z liberalnymi przepisami – nie udało się jednak wykazać, że obostrzenia poprawiają dobrostan uczniów i ich wyniki w nauce.
Co więcej, uczniowie w szkołach z zakazem może używali telefonu mniej w samej szkole, ale w ciągu dnia czy tygodnia ich czas spędzony przed ekranem wcale nie spadał. Badacze uznali więc, że czas „stracony” w czasie lekcji, nadrabiali później.
Z badań „Nastolatki 3.0” wynika, że w dni powszednie w godzinach nocnych w sieci przebywa co 10 młody internauta, a w dni wolne – 20 proc. uczniów i uczennic (badanie obejmowało uczniów klas VI i VII SP oraz I i II szkół ponadpodstawowych).
Z badań realizowanych w ramach Narodowego Programu Zdrowia w 2023 roku wynika, że ze smartfona korzysta codziennie 86 proc. uczniów szkół podstawowych. Diagnoza, którą zleciło ministerstwo edukacji, pokazuje, że 60 proc. nastolatków odczuwa chroniczne zmęczenie w związku z używaniem telefonów.
W 2025 roku SOS dla edukacji sprawdziło, jak wygląda smartfonoza oczami rodziców, nauczycieli i uczniów. Z ankiety wynikało, że telefon posiada niemal każdy uczeń w Polsce, za wyjątkiem klas 1-3 – tam ze smarfona korzysta co drugie dziecko. Tylko połowa badanych nauczycieli uważała, że szkolne obostrzenia już dziś są przestrzegane. A uczniowie zwracali uwagę, że z pilnowaniem zasad i stosowaniem się do ograniczeń problem mają sami dorośli.
„Patrząc na wyniki naszego badania, należy stwierdzić, że co najmniej 20 proc. uczniów, a więc ci, korzystający z telefonu na każdej bądź prawie każdej lekcji i/lub przerwie, może to robić kosztem np. interakcji z innymi uczniami, czy zdrowego odpoczynku – dla ciała, po spędzeniu 45 minut w szkolnej ławce, i dla umysłu, który oprócz przyswajania nowej wiedzy, jest bombardowany kolejnymi bodźcami płynącymi ze smartfona” – pisało SOS dla edukacji.
Najbardziej radykalne obostrzenia wspierają dorośli: 60 proc. z nich opowiadała się za całkowitym wyeliminowaniem telefonów ze szkół. Uczniowie woleliby, żeby zakaz obejmował tylko lekcje, ale nie przerwy (54 proc. badanych). A wiele z nich chciałoby, żeby żadnych regulacji nie było (38 proc.). Uczniowie ewentualne zmiany uważali za opresyjne i uwsteczniające – dla nich telefony to też najszybsza ścieżka do wiedzy. Dzieci wolałyby, żeby zasady dotyczące telefonów, ustalali rodzice.
Eksperci wskazują, że technologii nie można demonizować. Przypomnijmy, że do pandemii UNESCO uznawało, że smartfony pozytywnie wpływały na rozwój umiejętności pisania i czytania. Dopiero po przedłużającej się edukacji zdalnej i izolacji, zaczęto powszechnie mówić o problemach, które generuje nadmiernie korzystanie z telefonów.
SOS dla edukacji wskazywało, że odgórne zakazy nie są najlepszą metodą.
"Wielu dorosłych czeka na taki centralny zakaz, bo zdejmuje odpowiedzialność ze szkół i nauczycieli (czasem także rodziców). Zapewnia spójność przepisów we wszystkich placówkach i może wydawać się łatwiejszy w egzekwowaniu.
Ma jednak dwie istotne wady: nie uwzględnia specyfiki i lokalnych uwarunkowań oraz odbiera społecznościom szkół samodzielność, co może być postrzegane jako nadmierna centralizacja i wyraz braku zaufania” – pisali w raporcie eksperci SOS dla edukacji.
Projekt nowelizacji prawa oświatowego trafił do konsultacji. Opiniowanie potrwa do końca kwietnia. Premier Donald Tusk obiecywał, że polska odpowiedź na wyzwanie, którym jest powszechność smartfonów w życiu młodych osób, nie powstanie bez ich głosu. Pozostaje tylko obserwować, czy faktycznie tak będzie, czy rząd po razy kolejny dopchnie kolanem nieprzemyślane rozwiązanie, a potem zajmie się sprawdzaniem, czy i jak to w ogóle działa. W przypadku pospiesznie zaordynowanego zakazu prac domowych ta strategia okazała się zgubna. Nauczyciele zaobserwowali spadek motywacji i samodzielności w uczeniu się. A w wielu szkołach zakazy omijano, nie dając jednocześnie uczniom dodatkowego wsparcia.
Rocznik ‘92. Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o migracjach, społeczności LGBT+, edukacji, polityce mieszkaniowej i sprawiedliwości społecznej. Członek n-ost - międzynarodowej sieci dziennikarzy dokumentujących sytuację w Europie Środkowo-Wschodniej. Gdy nie pisze, robi zdjęcia. Początkujący fotograf dokumentalny i społeczny. Zainteresowany antropologią wizualną grup marginalizowanych oraz starymi technikami fotograficznymi.
Rocznik ‘92. Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o migracjach, społeczności LGBT+, edukacji, polityce mieszkaniowej i sprawiedliwości społecznej. Członek n-ost - międzynarodowej sieci dziennikarzy dokumentujących sytuację w Europie Środkowo-Wschodniej. Gdy nie pisze, robi zdjęcia. Początkujący fotograf dokumentalny i społeczny. Zainteresowany antropologią wizualną grup marginalizowanych oraz starymi technikami fotograficznymi.
Komentarze