Szef mazowieckiego OPZZ Piotr Szumlewicz mówi, że praca w sferze budżetowej „po prostu się nie opłaca” – a strategia Prawa i Sprawiedliwości ma na celu zniszczenie związków, które nie chcą współpracować z rządem. Dzisiaj 20 tys. pracowników budżetówki wyszło na ulice, a to nie koniec protestów

„Heja rodacy, czas na cywilizowany rynek pracy”, „dość pracy aż do śmierci, wiedzą to dorośli, wiedzą też i dzieci”, „świadczenia socjalne: pożyteczne i fajne!” – przy takich wesołych okrzykach przeszedł warszawskimi alejami Ujazdowskimi protest pracowników sfery budżetowej zrzeszonych w Ogólnopolskim Porozumieniu Związków Zawodowych (OPZZ). Według organizatorów, protestujących było 20 tysięcy.

Polska potrzebuje wyższych płac! – demonstracja OPZZ

Geplaatst door OKO.press op Zaterdag 22 september 2018

Codzienna sytuacja wielu z tych pracowników już tak wesoła nie jest. Jak wskazuje OKO.press Piotr Szumlewicz, przewodniczący mazowieckiej rady OPZZ, pracownicy administracji służby zdrowia, pomocy społecznej, bibliotek, czy osoby na początkowych stanowiskach w oświacie czy straży pożarnej, dostają pensję równą lub niewiele wyższą od płacy minimalnej.

  • Zobacz ultimatum związkowców z lipca 2018

    W lipcu związkowcy zapowiedzieli akcję protestacyjną jeśli rząd i pracodawcy z Rady Dialogu Społecznego nie spełnią ich postulatów. Jakich?

    • Odmrożenia wynagrodzeń i ich wzrostu o co najmniej 12,1 proc. Tyle realnie kosztował pracowników wieloletni brak waloryzacji.
    • Podniesienia minimalnego wynagrodzenia do wysokości połowy przeciętnej płacy. Rząd chciał wówczas, aby płaca minimalna w 2019 roku wyniosła 2220 zł (ostatecznie wyniesie 2250 zł). Postulat OPZZ – nie mniej niż 2383 zł.
    • Powiązania wzrostu płac ze wzrostem PKB

    Ultimatum minęło 12 lipca. Postulaty nie zostały spełnione.

Szumlewicz zwraca uwagę, że za rządów PiS zamrożony od dziesięciu lat wskaźnik waloryzacji wyniósł 0 proc., a więc płace realnie spadły ze względu na inflację.

Jego zdaniem, premier Mateusz Morawiecki „bez przerwy kłamie i stosuje nadużycia”, kiedy on i jego ministrowie mówią o tym, że sytuacja pracowników się poprawia”.

Wskazuje, że np. nauczyciele czy pracownicy socjalni mają za „dobrej zmiany” więcej obowiązków (choćby ze względu na reformę edukacji czy obsługę zasiłków) bez dodatkowego wynagrodzenia. Dlatego rozpoczynanie pracy w sferze budżetowej po prostu się nie opłaca, bo więcej można zarobić w dyskoncie – a bez właściwie wynagradzanych pracowników nie ma mowy o dobrej jakości usług publicznych.

„Młodzi nie chcą pracować jako nauczyciele za 1400 zł na rękę. Młody człowiek za te pieniądze się nie utrzyma” – mówiła OKO.press jedna z protestujących pedagożek.

„Celowa akcja niszczenia związków”

Szumlewicz zwraca uwagę na jeszcze jeden problem: osoby na takich samych stanowiskach mogą zarabiać „radykalnie różne” stawki. Wynika to z mechanizmu zwiększania nakładów, który podnoszenie pensji pozostawia dysponentom budżetowym – oznacza to, że podwyżki mogą dostać np. tylko dyrektorzy placówek albo faworyzowani pracownicy.

Według niego, na takie względy mogą liczyć wyłącznie pracownicy zrzeszeni we współpracującym z rządem związku NSZZ „Solidarność”. Rada Dialogu Społecznego w praktyce nie funkcjonuje, a rząd za zamkniętymi drzwiami dogaduje się z „Solidarnością” – tak było w przypadku dyskusji o podwyższeniu płacy minimalnej.

Jak mówi Szumlewicz, strategia PiS oparta na zastraszaniu i marginalizowaniu innych niż „Solidarność” związków to „celowa akcja ich niszczenia”. Przykład? Demonstracyjne ataki na Związek Nauczycielstwa Polskiego, takie jak zapowiedź „ocen moralnych” nauczycieli albo nagonki na uczestniczki czarnego protestu.

Szumlewicz podkreśla, że w poszczególnych zakładach OPZZ współpracuje z „Solidarnością” i nawet na poziomach wojewódzkich toczą się rozmowy.

„Jednak im wyżej, tym gorzej. Przewodniczący „Solidarności” Piotr Duda jest zdrajcą środowiska pracowniczego, a otaczający go ludzie to bojówka władzy uczestnicząca w jej propagandzie” – mówi.

OPZZ chce zjednoczenia postępowej lewicy

Szumlewicz: „PiS myślał, że 500 plus zatka usta lewicowym działaczom związkowym”. Podkreśla jednak, że dla społeczeństwa ważniejsze niż doraźna pomoc finansowa mogą być żłobki, przedszkola, opieka senioralna, służba zdrowia, czy opieka nad osobami z niepełnosprawnościami.

Marzy mu się zjednoczenie postępowej lewicy, która mogłaby wprowadzić do parlamentu związkowców, aby ci patrzyli na ręce polityków.

W najbliższych wyborach OPZZ nie będzie wspierało żadnej partii politycznej, choć tradycyjnie związek był blisko Sojuszu Lewicy Demokratyczniej. Jak podkreśla Szumlewicz, lokalnie związkowcy startują zarówno z list SLD, jak i Razem, PSL czy nawet PO. Także w Warszawie organizacja wspiera nie tylko Andrzeja Rozenka z SLD, ale też Jana Śpiewaka (jego komitet Wygra Warszawa skupia m.in. Partię Razem i Zielonych) i Piotra Ikonowicza.

OPZZ jest drugim co do wielkości związkiem zawodowym w Polsce. Do organizacji należy ok. 530 tys. członków, a do „Solidarności” 650 tys. 

Polska ma bardzo niski wskaźnik uzwiązkowienia. To zresztą problem całej Europy Wschodniej, ale u nas jest wyjątkowo źle. Jedyny kraj naszego regionu z dobrym wskaźnikiem reprezentacji pracowniczej – Słowenia – nie przypadkiem ma też wysoki udział płac w PKB.

To nie koniec protestów grup niezadowolonych z polityki rządu PiS. 2 października na ulice wyjdą policjanci (choć to nie jest pewne, bo minister Brudziński przedstawił propozycję podwyżek), strażacy, straż graniczna i służba więzienna, na 12 października demonstracje zapowiadają pracownicy pomocy społecznej, a 19. zaprotestują taksówkarze, którym brakuje regulacji wobec serwisów takich jak Uber czy Taxify.


Maciek Piasecki (1988) – studiował historię sztuki i dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, praktykował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej w Londynie. Dla OKO.press pisze o protestach, polityce ekonomicznej i wpływie gospodarki na życie każdego z nas. Debiutował w „Machinie”, publikował m.in. w „Wysokich Obcasach”, „Dwutygodniku” i „VICE”.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym